Nowej notki na razie nie będzie (16)

nnnrnb

Czy raczej: „przez jakiś czas nie było”. Ale teraz już, jak widać, się pojawiła. Chociaż następnej przez jakiś czasu znowu może nie być. Nigdy nic nie wiadomo. Zobaczymy.

Bywalcy Blogrysa wiedzą, że zimą i wiosną pisałem nadzwyczaj często. Bodajże na przełomie stycznia i lutego zrobiło się też regularnie. Przez kilka miesięcy nowe notki pojawiały się w każdą środę i niedzielę. Systematyczność napędzał początkowo ich mały zapas. Jednak gdy się wyczerpał, zacząłem robić bokami i w połowie kwietnia odpadłem. Pomyślałem zresztą, że jeżeli odstawię blogowanie, to rozpędzę swój artykuł poświęcony historii amerykańskiego hip-hopu i zdołam napisać parę zaległych recenzji.

Nic takiego się nie zdarzyło.

Czytaj dalej

Reklamy

Szer & lajk

facebook-vs-blog.png

Są różne sposoby na aktywne spędzanie czasu wolnego. Niektórzy lubią się spocić. Dostarczają swojemu organizmowi weekendowej porcji dopaminy machając łopatą w przydomowym ogródku albo na przemian podnosząc i opuszczając hantle. Inni wolą popracować palcami. Wieczorną porą wyczarowują z plastikowych okruchów wierne repliki myśliwców w skali 1:50 lub dręczą sąsiadów odgłosami niekończącego się remontu. Jeszcze inni przedkładają nad zajęcia manualne rozrywki intelektualne. Rozwiązują sudoku. Grają w szachy. Uczą się języków. Od dwunastu lat prowadzą blog.

Nie, nie natknęliście się bynajmniej na autorefleksyjną notkę, w której tłumaczę światu i sobie samemu, dlaczego wciąż wytrwale blogrysuję. Jeżeli odnieśliście takie wrażenie, to zbyt szybko przeczytaliście pierwsze zdanie poprzedniego akapitu. „Blogging” stanowi dla mnie – z pewnością nie tylko dla mnie – formę rozrywki, na poły umysłową, na poły kreatywną. Bez wątpienia nosi znamiona diariuszowe – fajnie jest przypomnieć sobie własne zdanie sprzed pięciu-dziesięciu lat na jakiś temat – ale gdybym chciał pisać dziennik z prawdziwego znaczenia, udostępniałbym go wyłącznie szufladzie.

Niestety, złota era blogów przeminęła wiele, wiele lat temu. Obecnie przędą cienko. Stłamsił je oczywiście Facebook, mamiąc zarówno potencjalnych autorów jak i potencjalnych czytelników blogów istniejących. Ci pierwsi woleli sprzedać się w wirtualną niewolę Zuckerbergowi w zamian za szybkie, społecznościowe lajki. Ci drudzy poszli po linii najmniejszego oporu i zamiast rozszyfrowywać enigmatyczny skrót RSS wybrali scrollowanie walla, które w najlepszym razie zamknęło ich w algorytmicznej bańce, a najczęściej bezpardonowo wyprało mózgi animowanymi GIF-ami.

Czytaj dalej

Bunio pożera świat

facebook-logo.png

Tak, wiem, czytaliście i słyszeliście już te ostrzeżenia. Facebook staje się internetem w internecie zastępując swobodę i anarchię WWW lat dziewięćdziesiątych regulacjami Zuckerbegowej korporacji; algorytmy newsfeedowe polaryzują opinie zamykając użytkowników w informacyjnych bańkach i pokazując im tylko te posty, które zgadzają się ze skrupulanie wyliczonymi gustami i poglądami; bunio jest inkubatorem narcyzów żebrzących o lajki i gotowych do najbardziej prymitywnego uproszczenia przekazu, byle tylko wygrać kilka sekund uwagi swoich zblazowanych „przyjaciół”; FB podsuwa nam pod twarze niekończący się szereg prymitywnych memów i durnych gifów, którym trudno się oprzeć, ponieważ każde przesunięcie ekranu wyciska z nadnerczy kropelkę dopaminy; tak zwane media społecznościowe erodują kontakty międzludzkie, gdyż komunikacja w okienku komentarzy zastąpiła rozmowę o życiu i całej reszcie na kolacji z wódeczką.

Ale skutki fejsbukizacji i twitteryzacji mogą okazać się jeszcze gorsze. Zagrażają instytucjom politycznym. Alan Jacobs, profesor nauk humanistycznych, bloger kwartalnika The New Atlantis, napisał w lutym coś bardzo mądrego:

W coraz większym stopniu będziemy domagać się od platform [internetowych], by nas jednoczyły, jako że zdolność jednoczenia wykracza [we współczesnym świecie] poza możliwości instytucji oświatowych. Sądzę jednak, że owe platformy z powodu swej natury do jednoczenia ludzi się nie nadają. Zaprojektowano je bowiem tak, by były uniwersalne i przez to stały się obojętne na konkretne potrzeby swoich użytkowników.

Skontaktowanie się z kimś pracującym w Google’u, Facebooku, Twitterze albo Instagramie jest praktycznie niemożliwe. Zamiast tego platformy tresują nas, żebyśmy robili to, co chcą. Nie dostosowują się bynajmniej do naszych życzeń i potrzeb. Model edukacji związany z platformami (…) w pierwszej chwili wyda się wyzwalający — „nauczę się wszystkiego, czego mi potrzeba, w Khan Academy!” — lecz poczucie wolności będzie trwało dopóty, dopóki będziemy posłusznie zadawać wyłącznie te pytania, na które platformy umieją odpowiedzieć i dopóki będziemy pielęgnować tylko te myśli, które platformy są gotowe do przekazywania. (…)

Większość przyzwyczai się do anonimowego usztywnienia wymuszonego przez platformy. Przestanie dostrzegać różnoskalowe zalety instytucji. Przypuszczam, że jednym ze skutków będzie narastająca niecierpliwość do demokracji reprezentacyjnej. Towarzyszyć jej będzie chęć zastąpienia politycznych instytucji decyzjami podejmowanymi poprzez platformy, w referendach i plebiscytach przeprowadzanych na jak najwyższym szczeblu (narodowym lub, w przypadku UE, transnarodowym). Skończy się między innymi na wyzysku społeczności i zasobów naturalnych przez ludzi, którym nigdy nawet nie będzie dane zobaczyć i dowiedzieć się, kogo i co wyzyskują.

Polecam też poświęcony Facebookowi niedawny odcinek Tanich drani.

Wszystkie wyróżnienia moje (4)

Tetlock przeprowadził słynne, trwające dwadzieścia lat badanie, w ramach którego grupa ekspertów dokonała łącznie około 28 tysięcy przewidywań związanych m.in. z polityką, wojną i ekonomią. Eksperci prognozowali przyszłość na jeden do dziesięciu lat naprzód. Porównując później ich przewidywania z rzeczywistością, Tetlock odkrył, że równie dobrze można by kazać małpie rzucać strzałkami do tarczy.

Powyższa konkluzja stała się bon motem. Była jednak jeszcze druga, którą zapamiętało niewiele osób. Choć przewidywania przeciętnego eksperta okazały się istotnie niewiele lepsze od zgadywania w ciemno, niektórzy poradzili sobie nadzwyczaj dobrze. Tetlock nazwał ich „superprognostykami”. [Jak odróżnić ich od pozostałych?] Należy wystrzegać się ekspertów, którzy mówią „ponadto” częściej niż „jednakże” – ludzi, którzy dają się ponieść swym argumentom nie umiejąc okiełznać ich przeciwstawnymi poglądami – oraz tych, którzy uznają rzeczy za „niemożliwe” lub „pewne”.

Ana Swanson (4/1/2016)

Czytaj dalej

Lajkuj przyjaźń

Prawdopodobnie wiesz już, że:
• Od kilkudziesięciu lat zachodnie społeczeństwa zarządzane są na modłę utylitarną, co ma swoje dobre (nikt nie usiłuje nas ideologicznie ściąć na gilotynie) jak i złe (liberalna erozja wartości) strony.
• Nowym trendem w ekonomii jest behawioryzm, który uczy manipulowania emocjami konsumentów dla zysku.
• Korporacje wykorzystują aktywnie media społecznościowe do celów brandingowych, czyli do zarabiania grubego szmalu na naszych wirtualnych relacjach.
• W naszym skrajnie urynkowionym społeczeństwie przyjaźń staje się towarem, i to w kilku różnych znaczeniach tego słowa.

O tym wszystkim opowiada w bardzo zajmujący sposób niedawny artykuł z The Guardiana. Długi i po angielsku, więc pozwoliłem sobie przetłumaczyć kilka najbardziej frapujących akapitów:

Czytaj dalej

Granatowe szeregi

Po raz drugi skasowałem swoje konto na Facebooku. Okolicznik, od którego rozpoczyna się poprzednie zdanie, sugeruje, że należy wzruszyć ramionami i uśmiechnąć się z politowaniem. Skasował po raz drugi? Więc pewnie niedługo na fejsa wróci, potem usunie konto po raz trzeci, potem znowu wróci, ad nauseam i w koło Macieju. Oby nie. Moja poprzednia fejsbukowa abstynencja trwała bowiem dość długo, a na powrót namówili mnie znajomi. Obiecywali, że wirtualny kontakt przez FB będzie częstszy i lepszy niż przez maile.

Nie był.

Zetknąłem się kiedyś z hipotezą – wydaje mi się, że forsował ją Wojciech Orliński, ale nie mogę teraz tego znaleźć – że Facebook rozmyślnie gromadzi nasze zdjęcia i wypowiedzi, by kiedyś wykorzystać je przeciwko nam. Oczywiście, szantażowanie szarego Jana Nowaka zupełnie się nie opłaca, lecz gdy liczba użytkownika sięga miliarda, to statystyka zaczyna IM sprzyjać. Niektórzy z dzisiejszych Nowaków staną się za kilkanaście-kilkadziesiąt lat politykami, prezesami i celebrytami. A ich kompromitujące focie i rasistowskie komentarze z dawnych lat dalej będą zarchiwizowane w monstrualnych serwerowniach.

Hipoteza brzmi atrakcyjnie, bo spiskowo, ale łatwo można ją podważyć: Korporacje nie snują tak dalekosiężnych planów. Kiedyś duże firmy planowały swoje przychody i rozchody na kilka lat do przodu, ale w ciągu minionych dekad okres ten uległ diametralnemu skróceniu. Modelu biznesowego Facebooka nie napędzi się mglistą prognozą, że za iks lat drobny procent gromadzonej przezeń informacji dojrzeje i zyska na wartości. Arek zaoponował w mailu, że przecież „dąży się do jakiejś wizji rozwoju firmy”, ale takie oficjalne wizje są bardzo ogólne i bardzo etyczne. Zresztą, po co w ogóle zawracać sobie głowę, kim Nowak stanie się w przyszłości, skoro już dzisiaj setki milionów Nowaków przynoszą firmie bajońskie sumy*?

Społecznościówkowy potencjał należy więc zdiagnozować inaczej: Każdy z nas z osobna nic nie znaczy w fejsowym molochu, ale kilkaset milionów użytkowników przekłada się na miliardy dolarów zysku. Facebook zarabia na skrojonej reklamie, na sondowaniu gustów, na dynamice lajkowania. Wyżej wspomniany Orliński porównał portal do obory; ja wolę analogię zaczerpniętą z fizyki jądrowej. Nie mam tylko pojęcia, jak ciężka musi być kula użytkowników, by interes zaczął się opłacać.

Za pierwszym razem zrezygnowałem z FB obawiając się o swoją prywatność; teraz rezygnuję, gdyż wzrosła moja świadomość konsumencka. Nie zgadzam się na dalszy udział w przedsięwzięciu, które nijak mnie nie wzbogaca (ani materialnie, ani umysłowo**) i które, oferując iluzję bycia bliżej znajomych, zaprzęga mnie do generowania gigaforsy dla cudzej kieszeni. Mogę być płacącym klientem, który jest autentycznie zainteresowany świadczoną usługą, ale nie chcę być prokastynacjonującym tworzywem przestrzeni reklamowej.

Pragnienie podmiotowości sprawia też, że coraz bardziej wzrasta mój sceptycyzm względem Gmaila. Zastanawiam się nad alternatywami, przyglądam się Hushmailowi, czekam na uruchomienie StartMaila. Poniewczasie zorientowałem się bowiem, iż w trójkącie „prywatność – darmowość – dużo miejsca na serwerze” można złapać tylko za dwa wierzchołki. Na razie jednak widzę, że rządy przejawiają skłonność do traktowania mailowej alternatywy jako działalności wywrotowej. Trzeba cierpliwie czekać na dalszy rozwój sytuacji.

____________________
* Pokuszę się o hipotezę, że politykami i prezesami będą zostawać ludzie, którzy, po pierwsze, zamiast trwonić swoją prywatność, umiejętnie wykorzystują internet do budowy wizerunku, oraz którzy, po drugie, nie tracą dziś czasu na lolowanie zdjęć kotków i na wtrącanie swoich trzech groszy do każdej sieciowej błahostki.

** Genderowa krucjata na wallu Staszka na nic się nie zdała.