Nowej notki na razie nie będzie (16)

nnnrnb

Czy raczej: „przez jakiś czas nie było”. Ale teraz już, jak widać, się pojawiła. Chociaż następnej przez jakiś czasu znowu może nie być. Nigdy nic nie wiadomo. Zobaczymy.

Bywalcy Blogrysa wiedzą, że zimą i wiosną pisałem nadzwyczaj często. Bodajże na przełomie stycznia i lutego zrobiło się też regularnie. Przez kilka miesięcy nowe notki pojawiały się w każdą środę i niedzielę. Systematyczność napędzał początkowo ich mały zapas. Jednak gdy się wyczerpał, zacząłem robić bokami i w połowie kwietnia odpadłem. Pomyślałem zresztą, że jeżeli odstawię blogowanie, to rozpędzę swój artykuł poświęcony historii amerykańskiego hip-hopu i zdołam napisać parę zaległych recenzji.

Nic takiego się nie zdarzyło.

Czytaj dalej

Reklamy

Filmorys (26)

the_shawshank_redemption-kadr

W minionym roku uprawiałem gatunek mikrorecenzji filmowej (zawsze dokładnie tysiąc znaków!) intensywnie. Przedstawiłem w ten sposób 60 tytułów. Pora na przerwę. Następny Filmorys nastanie nieprędko.

 

Skazani na Shawshank
(The Shawshank Redemption; 1994)

Stephen King nie ma szczęścia do ekranizacji. Jednak może się pochwalić, iż na podstawie właśnie jego minipowieści nakręcono film wszech czasów. „Skazani na Shawshank” są zasłużonym numerem jeden na liście IMDB, choć w roku swojej premiery przegrali walkę o widza i o Oskary z „Pulp Fiction” i „Forrestem Gumpem”.

O wybitności więziennej epopei – wydarzenia rozgrywają się wszak na przestrzeni 20 lat – przesądziło mistrzowskie manewrowanie pośród gatunków. „Skazani…” rozpoczynają się jak dramat sądowy, potem płynnie przechodzą w sensację o brutalnym życiu za kratami. Środkowa część filmu to dobrze rozpisana obyczajówka z frapującymi postaciami. Akt trzeci skręca w kierunku thrillera, a zakończenie proponuje nam jeden z najsłynniejszych happy-endów w historii kina. Poza tym należy zaznaczyć, że reżyser i scenarzysta Frank Darabont wyminął wszystkie warsztatowe pułapki. Nie uświadczymy tu melodramy ani flashbacków, zaś kompozycja finałowej sceny stanowi dowód wielkiego wyczucia rzemiosła.

★★★★★

Czytaj dalej

Tedious Things

stranger_things2-2

…czyli dlaczego kontynuacja serialu Stranger Things, netfliksowego objawienia zeszłorocznych wakacji, jest do bani.

Głównie dlatego, że nie powinna była w ogóle powstać. Pierwszy sezon zafundował nam przecudną, sentymentalną wyprawę w lata 80. Sam fakt rozegrania fabuły w tamtej dekadzie był drugorzędny. Liczyło się to, że reżyserzy, zdjęciowcy, scenografowie, kompozytorzy i ludzie odpowiedzialni za kostiumy skrupulatnie zrekonstruowali retroatmosferę. Na kamery tudzież w post-produkcji nałożono odpowiednie filtry, na ulice Hawkins wyjechały samochody z epoki, wygrzebano skądś nostalgiczne rekwizyty, zadbano o odpowiednie fryzury i wąsy, w tle zabrzmiała wyśmienita syntetyzatorowa muzyka Michaela Steina i Kyle’a Dixona składająca hołd elektrycznym snom Tangerine Dream, Vangelisa, Johna Carpentera, Jeana-Michele Jarre’a.

stranger_things2Na wysokości zadania stanęli także scenarzyści, którzy ułożyli historię wtórną do bólu, ale właśnie dzięki swej wyrachowanej odtwórczości będącą strzałem w dziesiątkę: grupka dzieciaków z małego amerykańskiego miasteczka natrafia na coś Paranormalnego i Groźnego. Antagonistami są żołnierze i przedstawiciele rządu, protagonistów wspiera starsze rodzeństwo, (niektórzy) rodzice i miejscowy szeryf. Materiał jak znalazł na dziesięcioodcinkowy serial. Podróż w popkulturową przeszłość udała się bez pudła, czego nie można powiedzieć o mającym podobne ambicje, o pięć lat wcześniejszym Super 8.

Po co kręcić ciąg dalszy? Wiadomo, dla pieniędzy, ale skoro już, trzeba było zdecydować się na format antologii w rodzaju American Horror Story. Drugi sezon mógł przecież opowiadać zupełnie nową historię w tym samym stylu. Może teraz coś o UFO? Albo o demonie żyjącym w kanałach i żerującym na lękach małoletnich? Rzekomo bracia Duffer chcieli nakręcić remake Tego Stephena Kinga, ale producenci wybrali Andy’ego Muschiettiego. Gdyby druga część ich serialu stanęła chytrze w szranki z nową ekranizacją i ją przerosła – co nie byłoby trudne – nikomu nie chciałoby się nawet zarzucać duetowi mściwego półplagiatu.

Umieszczenie akcji w latach 80. stanowiłoby oczywiście warunek sine qua non, chociaż geografia mogłaby z pożytkiem dla serialu ulec zmianie. Zamiast szykującego się do nadejścia zimy miasteczka w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych – na przykład głęboka prowincja amerykańskiego Południa. Albo któraś z metropolii na Wschodnim Wybrzeżu. Albo słoneczna Kalifornia. Albo mroczne lasy Oregonu. Mulder i Scully jeździli sobie w różne miejsca, to i Duffertowi bohaterowie też by mogli. Aktorzy zaś nie musieliby się wcale zmieniać. Wystarczyłoby, że wcieliliby się w nowe role. Winona Ryder jako wścibska dziennikarka? David Harbour jako psychopatyczny zabójca? Finn Wolfhard jako wredny łobuz? Ależ proszę.

Niestety, bracia Duffer poszli po linii najmniejszego oporu i po prostu odgrzali kotleta. Tym razem odtwórczość zadziałała na szkodę Stranger Things. Akcja rozkręca się wolniej. Obejrzawszy dwa pierwsze epizody chciałem rzucić ST2 w cyfrowy kąt (w tym roku posiadłem wreszcie szalenie przydatną umiejętność szybkiego rezygnowania z dalszego oglądania serialu, jeśli początkowe odcinki nie spełniają pokładanych w nim oczekiwań), lecz zgodnie z zasadą „do trzech razy sztuka” dałem mu jeszcze jedną szansę. W trzecim odcinku coś wreszcie ruszyło. Środkowa część drugiego sezonu jest niezła, przyznaję, ale pod koniec ST2 znów siada, dusząc się pod ciężarem zbędnych wątków.

Teraz konkrety i spojlery.

Czytaj dalej

Filmorys (23)

it-kadr

To
(It; 2017)

Niestraszny horror i wykastrowana ekranizacja przecenionej powieści Stephena Kinga.

Pierwowzór był zbyt długi, rozwlekły, fabuła wielokrotnie rozsypywała się niczym rozbite lustro na fragmenty będące ni to rozdziałami zwartej narracji, ni to opowiadaniami o upiornym klaunie prześladującym dzieci – ale oryginał manewrował przynajmniej na dwóch planach czasowych i czerpał w kluczowych momentach energię ze swej asynchronicznej kompozycji. Śledziliśmy losy dzieciaków stawiających czoło krwiożerczemu, odwiecznemu Złu, a jednocześnie poznawaliśmy je jako osoby dorosłe. Warstwa psychologiczna pogłębiała się wręcz samodzielnie.

W Hollywood komuś jednak poplątały się baloniki w mózgu. Ja rozumiem, że trudno zamknąć ponad tysiąc stron prozy w dwuipółgodzinnym filmie, lecz rozwiązaniem naprawdę nie jest delegowanie „dorosłej” części do sequela. Co gorsza, reżyser pokazuje strachy bez niedomówień, raz za razem zachłystując się możliwościami komputerowych efektów specjalnych. Nie tędy łódka płynie.

★★★☆☆

it-kadr2

Czytaj dalej

Obejrzane w 2016: Rozczarowania, cz. 2

arrival

5. Thank you for playing
(2015)

Bo za mało tu o grach komputerowych lat 90. Półtoragodzinny film poświęcony polskim czasopismom komputerowym legendarnej dekady pozornie nie może być poświęcony również i grom jako takim, ale bądź co bądź Secret Service i Gamblera czytało się przede wszystkim dla nich, w przeciwieństwie, na przykład, do Programu Trzeciego Polskiego Radia, który, odnoszę wrażenie, fani Manna i Niedźwieckiego słuchają przede wszystkim po to, żeby posłuchać Programu Trzeciego Polskiego Radia, ale może się czepiam i jestem złośliwy, bo wciąż nie mogę Trójce wybaczyć promocji Bukartyka.

Wracając do tematu: Dokument Thank you for playing sporo by zyskał, gdyby od niechcenia wspomniano w nim o kilku konkretnych pecetowych tytułach, które ukształtowały elektroniczną rozrywkę. Na przykład o Doomie, Warcrafcie, Half-Lifie, UFO, Cywilizacji, Carmageddonie, jakiejś przygodówce. Tym sposobem przełamano by też formułę gadających głów. Pod koniec robią się monotonne, chociaż z drugiej strony przefajnie jest posłuchać Pegaz Assa, Gulasha, Dra Destroyera oraz Mr Roota i przypomnieć sobie, jak budowało się społeczność fanów w przedinternetowej epoce przy pomocy gęsto zadrukowanego, szeroko kolportowanego papieru.

TYFP porusza także fascynujące zagadnienie z pogranicza etyki dziennikarskiej. Potęga polskich czasopism komputerowych tamtej ery zbudowana została poniekąd na złodziejstwie. Przepraszam za mocne słowo, ale nazwijmy rzecz po imieniu, nawet jeśli za chwilę spróbujemy ją usprawiedliwić:

Otóż w latach 90. praktycznie wszyscy piracili. Redaktorzy może i korzystali z oryginałów, lecz wiedzieli doskonale, że odbiorcami ich magazynów są (młodzi) ludzie, którzy najpierw z wypiekami na twarzy czytają recenzje nowego Battle Isle, a potem bez skrępowania wędrują na giełdę. Tak, wiem, trudno mówić tu o nagannym oportunizmie, choćby dlatego, że prawo polskie przez wiele lat zezwalało na piracki proceder. Poza tym inaczej się nie dało, ceny oryginalnych gier wołały wówczas o pomstę do nieba. Niemniej, sytuacja nie była w stu procentach czysta.

Za to TYFP jest w stu procentach nostalgiczny. Ale, kurczę, tego Dooma i Warcrafta mogli przez minutę powspominać!

Niezwykle znamienna jest scena, w której Pegaz, niegdyś naczelny Secret Service, rysuje kamieniem na piachu miejsce, w którym stała redakcja magazynu. Dlaczego na piachu? Bo dziś jest tam tylko plac budowy. Mało kto pamięta, że w latach 90, pracowali tam idole młodego pokolenia. Mnie ta scena bardzo poruszyła uświadamiając po raz kolejny, że magia lat 90. już nigdy nie wróci. Ale może to i lepiej. Niech to wszystko pozostanie w naszych wspomnieniach.

Roger Żochowski (PPE, 30/9/2015)

(Kliknijcie na link i zerknijcie do recenzji Żochowskiego dla pewnego cudnego zdjęcia.)

thank you for playing

Czytaj dalej

Obejrzane w 2016: Zaskoczenia (cz. 2)

5. Marsjanin
(The Martian; 2015)

the_martian1

Obejrzawszy Prometeusza stwierdziłem autorytatywnie że „Ridley Scott skończył się na Gladiatorze”. Nakręceni przezeń później Adwokat oraz Bogowie i królowie tezę potwierdziły. Jednak powstały dwa lata temu Marsjanin zdecydowanie nią szarpnął. Zobaczymy, czy zapowiedziany na wiosnę kolejny Obcy wyrwie pogląd z korzeniem przydając 79-letniemu reżyserowi nowej twórczej młodości, czy też odwrotnie, osadzi go na powrót w krytycznym gruncie posyłając Scotta do kreatywnej trumny.

the_martian2Tak czy owak, Marsjanin zawsze już będzie dostarczać sporo frajdy. Ridley, nie siląc się na formalną oryginalność, za to dbając na każdym kroku o nadwerężony ostatnimi czasy warsztat, zekranizował bestsellerową powieść Andy’ego Weira o marsjańskim „rozbitku”, któremu w skrajnie niegościnnych warunkach udaje się przetrwać na Czerwonej Planecie polegając przede wszystkim na naukowym instynkcie.

Brakowi formalnej oryginalności zawdzięczamy film, który mógłby powstać w latach dziewięćdziesiątych (taka fraza w moich ustach jest oczywiście zawsze pochwałą). Natomiast dzięki rzemieślniczej staranności ogląda się Marsjanina nad wyraz przyjemnie od pierwszej do ostatniej sceny. To Robinson Cruzoe na miarę XXI wieku, szkoda tylko, że bez papugi, psa i Piętaszka.

Czytaj dalej

Przeczytane w 2016

przeczytane_w_2017

Rok 2016 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na papierze i w Kindlu zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne wydarzenia. Moje czytelnicze statystyki groźnie zaszumiały, zafalowały, spieniły się sprzecznościami, a z zielonego kajetu, w którym skrzętnie zapisuję tytuły lektur, powyłaziły cudaczne bałwany wykrzywiając niemiłosiernie czytelnicze trendy i stawiając pod znakiem zapytania książkową przyszłość. No dobra, troszkę przesadzam. Ale:

Czytaj dalej

Obejrzane w 2015: Seriale

House of Cards

Pierwszy sezon wyróżniał się polityczną drapieżnością. Łatwo przychodziło uwierzenie, że to nie serial, lecz brutalna rzeczywistość kuluarów amerykańskiego parlamentu. W sezonie drugim cyniczny, przełamujący czwartą ścianę Kevin Spacey nie robił już takiego wrażenia, jednak serial nadrabiał dobrze poprowadzoną intrygą polityczną. Wszystkie odcinki można było znów z niekłamaną przyjemnością obejrzeć „na raz” w przeciągu weekendu.

Niestety, w sezonie trzecim tendencja spadkowa jest coraz wyraźniejsza. Trudno kibicować bohaterowi realistycznego (w zamierzeniu) serialu, któremu wszystko się udaje, nawet jak nie od razu, to z czasem; jeszcze trudniej, gdy bohater ten w zasadzie znalazł się już na szczycie i nie wiadomo, co niby miałoby być jego kolejnym celem. Wątek ze Stamperem poszukującym Rachel jest zbędny, a homoseksualne tropy powodują, że widz momentami podnosi ręce w bezradnym geście. Finałowy zwrot akcji każe co prawda zainteresować się w marcu sezonem czwartym… ale jeżeli się skuszę, to tylko z rozpędu.

Notabene, obejrzałem też pierwszy sezon brytyjskiego House of Cards z 1990 r. Pierwowzorowi telewizyjnemu (przedtem była jeszcze książka) na plus liczy się to, że scenarzyści z Wysp potrzebowali tylko czterech odcinków na opowiedzenie tej samej historii, którą ich koledzy zza Atlantyku rozciągneli na epizodów kilkanaście. Minus stanowi natomiast Ian Richardson, niby aktor szekspirowski, który niemniej w roli Francisa wypada gorzej niż Kevin Spacey, a jego maniera wpychania twarzy w kamerę, gdy zwraca się do widza, wypada bardzo nachalnie. Oglądania kontynuacji pt. To Play the King poniechałem w połowie.

house_of_cards-s4

Czytaj dalej

Nowej notki na razie nie będzie (8)

1. Znów zmieniłem layout Blogrysa. Jestem konserwatystą i z częstych zmian nie czerpię bynajmniej przyjemności. Poprzedni, minimalistyczny, ale nowoczesny układ strony odpowiadał mi w zasadzie pod niemal każdym względem… tyle tylko, że nietypowy krój czcionki nie radził sobie do końca z wyświetlaniem polskich liter. A dla bloga, którego istotą jest nie obraz, a tekst, stanowiło to spory mankament. W mojej przeglądarce nie wyglądało to jeszcze najgorzej, ale gdy doszły mnie słuchy, że u niektórych użytkowników ś i ć są zastępowane krzaczkami, zrozumiałem, że będę musiał rychło pożegnać się z Boardwalkiem.

Czytaj dalej

Kiedy robot budzi się

Przeczytałem książkę fantastycznonaukową. Wydaną tylko w wersji elektronicznej, przez pewien czas dostępną za darmo na Amazonie, napisaną przez debiutanta. Zupełnie więc nie rozumiem, dlaczego okazała się kiepska.

turing_evolvedW Turing Evolved Davida Kitsona na wyróżnienie zasługuje wyłącznie pomysł. Bohater zakochuje się w żeńskiej Sztucznej Inteligencji, która w wirtualu jawi się jako urocza i atrakcyjna młoda kobieta, ale której inkarnacja w realu to niemy, metalowy humanoid (nie mogli na okładce pokazać ładniejszej wersji?). Utalentowany pisarz bez trudu osnułby na takiej kanwie inteligentny melodramat w oprawie SF, ale Kitson nie potrafi stanąć na wysokości zdania. Turing Evolved jest psychologicznie dość naiwne (choć tragedii nie ma), fabuła nie wciąga (choć się nie wlecze), język nie porywa (choć nie przeszkadza). Za to zafascynowała mnie zdolność autora do tworzenia angelelogicznych akronimów. Kochanka protagonisty jest Aniołem (Autonomicznym NIegenetycznym Okazem Łagodności) wyprodukowanym w Niebie (Nowoczesnym i Energochłonnym Badawczym Ośrodku), a minimechy sterowane przez złych ludzi to Demony (Drapieżne Elektroniczne Militarne Ofensywne Neurokostiumy). Sam bym tego nie wymyślił, ale przynajmniej umiem ironicznie przetłumaczyć.

Potem przeczytałem jeszcze jedną książkę fantastycznonaukową. Wydaną dobrze ponad sto lat temu, należącą już do domeny publicznej, napisaną przez Herberta George’a Wellsa. I znów zupełnie nie rozumiem, dlaczego okazała się taka słaba.

when_the_sleeper_wakesKiedy śpiący budzi się to historia londyńczyka, który zasypia na dwieście lat, a letarg ustępuje, bohater odkrywa, że jest najbogatszym człowiekiem na świecie; gromadzące się odsetki zamieniły bowiem jego skromne oszczędności w fortunę. Mniejsza z tym, że w rzeczywistości pieniędzmi zaopiekowałby się The Pensions Service, czyli brytyjski ZUS. Powieść jak na Wellsa jest po prostu zaskakująco nudna – konflikt między Rządem Światowym a Ludem, w który zostaje wplątany Graham, pomimo swej globalnej skali w ogóle nie porywa. Sam autor przyznał, że to akurat dzieło zupełnie mu nie wyszło i dwanaście lat później napisał je na nowo pod lekko zmienionym tytułem. Z jakim skutkiem, nie mam pojęcia, bo nie czytałem.

Mimo wszystko Kiedy śpiący budzi się to nie tylko dobry temat na zadanie matematyczne z procentu składanego. W pamięci zapadło mi kilka scen: oniryczny prolog, opisy maszyn latających (pamiętajmy, że powieść powstała na kilka lat przed epokowym dokonaniem braci Wright), nocna ucieczka ośnieżonymi dachami futurystycznego Londynu i odważne, otwarte zakończenie. Zdecydowanie za mało, by polecić książkę zwykłemu czytelnikowi, ale dość, by zarekomendować ją osobie mającej apetyt na jakieś mniej znane dzieło pioniera gatunku.