Powędrować przez Ansarac

Antologia fantastyki naukowej pt. „Year’s Best SF 8” (z utworami z roku 2002) pod red. Hartwella i Cramer jest, jak wszystkie tomy z tej serii, doskonale średni. Obok paru opowiadań wybitnych i kilku dobrych znajdziemy tutaj liczne historie z niewykorzystanym potencjałem, szereg „trójek z plusem” oraz parę głupot.

Image

Rzecz najlepsza: „Pory roku na Ansarac” spod pióra, jakżeby inaczej, Ursuli K. Le Guin. To raczej zmyślony antropologiczny szkic niż pełnoprawne opowiadanie: autorka wyobraża sobie inteligentną rasę obcych, którzy co kilkanaście lat migrują między miastami na południu a północnymi wsiami. Na południu, w trakcie długiej zimy i wiosny, jej przedstawiciele są aseksualni i tworzą sobie kulturę, zaś na północy, latem i jesienią, łączą się w pary i płodzą potomstwo. Kawał solidnego, melancholijnego worldbuildingu.

Bardzo dobrym opowiadaniem jest też krótkie „W Dorado” Geoffreya A. Landisa. Osadziwszy akcję na stacji kosmicznej przy wormholu autor w oryginalny sposób wykorzystuje motyw podróży w czasie. W finale z całą mocą ujawnia się emocja, na której historia została wygrana.

Na wyróżnienia zasługują również queerowe „Poematy z plecaka” Eleanor Arnason (niezmiernie rzadko używam tego przymiotnika jako pochwały); „Ujrzałem światło” Terry’ego Bisona, który łączy najlepsze cechy prozy Clarke’a, Bradbury’ego i Dicka; „Geropody” Roberta Onopy o staruszkach na gigancie (bardziej legal fiction niż science fiction); oraz „Zaginiona Czarodziejka Cichej Cytadeli” Michaela Moorcocka pastiszująca pulpowe „marsjańskie romanse” Burroughsa, napisana stylem egzaltowanym, ale utrzymanym w ryzach. To ostatnie opowiadanie byłoby, swoją drogą, znakomitym wstępem do spaceoperowej sagi o kosmicznym zabijaku w stylu wiedźmina – chce się więcej!

A w opowiadaniu Gene’a Wolfe’a znowu nie zrozumiałem, o co chodzi.

Obejrzane w 2020: Powtórki

Skusiłem się na repetę trzech najgłośniejszych filmów Christophera Nolana: Mrocznego Rycerza, Incepcji oraz Interstellara. Dawniej twierdziłem, że jakościowo należy je zaszeregować zgodnie z chronologią; że z każdym kolejnym widowiskiem twórca Prestiżu obniżał pułap o mniej więcej pół punktu na dziesięciopunktowej skali.

Ale po powtórnych seansach uznałem, iż Mroczny Rycerz plasuje się niżej niż Interstellar, które z kolei jest gorsze od Incepcji. Nolanowski „dream heist” stanowi historię bezprecedensową, staranną, oryginalną i narracyjnie domkniętą. Jej jedyna, choć dość istotna wada zagnieździła się na ostatnim poziomie finałowego snu. Strzelanka w śnieżnej scenerii w ogóle mnie nie rusza i wolałbym, żeby scenarzysta sięgnął po rozwiązania lynchowskie, bardziej oniryczne.

Czytaj dalej Obejrzane w 2020: Powtórki

Wydma i Atari

Najfajniejszym polskim kanałem YouTubowym poświęconym starym grom komputerowym jest bez wątpienia Loading. Marcin Kiendra prowadzi też blog pt. Retrospekcja, gdzie regularnie raczy czytelników migawkami z cyfrowej przeszłości.

Niedawno przypomniał o pierwszej części Dune. Zabawna sprawa – wszyscy doskonale wiedzą, że sequel zapoczątkował wielką modę na RTS-y, lecz mało kto zdaje sobie sprawę, że „jedynka” była jeszcze bardziej innowacyjna, gdyż próbowała pożenić nurt przygodowy ze strategicznym. Akurat tamten pomysł nie chwycił, chociaż nie był bynajmniej zły. Wprost przeciwnie: Uważam, że pierwsza „Diuna” zestarzała się lepiej od drugiej (chociaż jej replaybility jest z pewnością niższe).

Swoją drogą, aż dziwne, że gamizacji powieści Herberta dokonało Cryo Interactive, a nie czarodzieje z Cinemaware, którzy w eklektycznym mieszaniu gatunków się przecież specjalizowali.

Marcin pisał też miesiąc temu o Atari i słusznie zauważył, że Lucjan Wencel i programiści-amatorzy „dali na chwilę Atari drugie życie” w Polsce. „Piękna śmierć na naszej ziemi”.

Obejrzane w 2020: Dobre niezłe seriale (1)

Dwukrotnie poskarżyłem się na znane i powszechnie lubiane seriale. Czy Sex Education, Midnight Gospel i Dark są w gruncie rzeczy bardzo dobre? Niewykluczone. Zależy od gruntu.

Dzisiaj natomiast rzucę retrospektywnym okiem na produkcje subiektywnie dobre; niekoniecznie nowe, znane, czy powszechnie lubiane.

Czytaj dalej Obejrzane w 2020: Dobre niezłe seriale (1)

Nowej notki na razie nie będzie (16)

nnnrnb

Czy raczej: „przez jakiś czas nie było”. Ale teraz już, jak widać, się pojawiła. Chociaż następnej przez jakiś czasu znowu może nie być. Nigdy nic nie wiadomo. Zobaczymy.

Bywalcy Blogrysa wiedzą, że zimą i wiosną pisałem nadzwyczaj często. Bodajże na przełomie stycznia i lutego zrobiło się też regularnie. Przez kilka miesięcy nowe notki pojawiały się w każdą środę i niedzielę. Systematyczność napędzał początkowo ich mały zapas. Jednak gdy się wyczerpał, zacząłem robić bokami i w połowie kwietnia odpadłem. Pomyślałem zresztą, że jeżeli odstawię blogowanie, to rozpędzę swój artykuł poświęcony historii amerykańskiego hip-hopu i zdołam napisać parę zaległych recenzji.

Nic takiego się nie zdarzyło.

Czytaj dalej Nowej notki na razie nie będzie (16)

Filmorys (26)

the_shawshank_redemption-kadr

W minionym roku uprawiałem gatunek mikrorecenzji filmowej (zawsze dokładnie tysiąc znaków!) intensywnie. Przedstawiłem w ten sposób 60 tytułów. Pora na przerwę. Następny Filmorys nastanie nieprędko.

 

Skazani na Shawshank
(The Shawshank Redemption; 1994)

Stephen King nie ma szczęścia do ekranizacji. Jednak może się pochwalić, iż na podstawie właśnie jego minipowieści nakręcono film wszech czasów. „Skazani na Shawshank” są zasłużonym numerem jeden na liście IMDB, choć w roku swojej premiery przegrali walkę o widza i o Oskary z „Pulp Fiction” i „Forrestem Gumpem”.

O wybitności więziennej epopei – wydarzenia rozgrywają się wszak na przestrzeni 20 lat – przesądziło mistrzowskie manewrowanie pośród gatunków. „Skazani…” rozpoczynają się jak dramat sądowy, potem płynnie przechodzą w sensację o brutalnym życiu za kratami. Środkowa część filmu to dobrze rozpisana obyczajówka z frapującymi postaciami. Akt trzeci skręca w kierunku thrillera, a zakończenie proponuje nam jeden z najsłynniejszych happy-endów w historii kina. Poza tym należy zaznaczyć, że reżyser i scenarzysta Frank Darabont wyminął wszystkie warsztatowe pułapki. Nie uświadczymy tu melodramy ani flashbacków, zaś kompozycja finałowej sceny stanowi dowód wielkiego wyczucia rzemiosła.

★★★★★

Czytaj dalej Filmorys (26)

Tedious Things

stranger_things2-2

…czyli dlaczego kontynuacja serialu Stranger Things, netfliksowego objawienia zeszłorocznych wakacji, jest do bani.

Głównie dlatego, że nie powinna była w ogóle powstać. Pierwszy sezon zafundował nam przecudną, sentymentalną wyprawę w lata 80. Sam fakt rozegrania fabuły w tamtej dekadzie był drugorzędny. Liczyło się to, że reżyserzy, zdjęciowcy, scenografowie, kompozytorzy i ludzie odpowiedzialni za kostiumy skrupulatnie zrekonstruowali retroatmosferę. Na kamery tudzież w post-produkcji nałożono odpowiednie filtry, na ulice Hawkins wyjechały samochody z epoki, wygrzebano skądś nostalgiczne rekwizyty, zadbano o odpowiednie fryzury i wąsy, w tle zabrzmiała wyśmienita syntetyzatorowa muzyka Michaela Steina i Kyle’a Dixona składająca hołd elektrycznym snom Tangerine Dream, Vangelisa, Johna Carpentera, Jeana-Michele Jarre’a.

stranger_things2Na wysokości zadania stanęli także scenarzyści, którzy ułożyli historię wtórną do bólu, ale właśnie dzięki swej wyrachowanej odtwórczości będącą strzałem w dziesiątkę: grupka dzieciaków z małego amerykańskiego miasteczka natrafia na coś Paranormalnego i Groźnego. Antagonistami są żołnierze i przedstawiciele rządu, protagonistów wspiera starsze rodzeństwo, (niektórzy) rodzice i miejscowy szeryf. Materiał jak znalazł na dziesięcioodcinkowy serial. Podróż w popkulturową przeszłość udała się bez pudła, czego nie można powiedzieć o mającym podobne ambicje, o pięć lat wcześniejszym Super 8.

Po co kręcić ciąg dalszy? Wiadomo, dla pieniędzy, ale skoro już, trzeba było zdecydować się na format antologii w rodzaju American Horror Story. Drugi sezon mógł przecież opowiadać zupełnie nową historię w tym samym stylu. Może teraz coś o UFO? Albo o demonie żyjącym w kanałach i żerującym na lękach małoletnich? Rzekomo bracia Duffer chcieli nakręcić remake Tego Stephena Kinga, ale producenci wybrali Andy’ego Muschiettiego. Gdyby druga część ich serialu stanęła chytrze w szranki z nową ekranizacją i ją przerosła – co nie byłoby trudne – nikomu nie chciałoby się nawet zarzucać duetowi mściwego półplagiatu.

Umieszczenie akcji w latach 80. stanowiłoby oczywiście warunek sine qua non, chociaż geografia mogłaby z pożytkiem dla serialu ulec zmianie. Zamiast szykującego się do nadejścia zimy miasteczka w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych – na przykład głęboka prowincja amerykańskiego Południa. Albo któraś z metropolii na Wschodnim Wybrzeżu. Albo słoneczna Kalifornia. Albo mroczne lasy Oregonu. Mulder i Scully jeździli sobie w różne miejsca, to i Duffertowi bohaterowie też by mogli. Aktorzy zaś nie musieliby się wcale zmieniać. Wystarczyłoby, że wcieliliby się w nowe role. Winona Ryder jako wścibska dziennikarka? David Harbour jako psychopatyczny zabójca? Finn Wolfhard jako wredny łobuz? Ależ proszę.

Niestety, bracia Duffer poszli po linii najmniejszego oporu i po prostu odgrzali kotleta. Tym razem odtwórczość zadziałała na szkodę Stranger Things. Akcja rozkręca się wolniej. Obejrzawszy dwa pierwsze epizody chciałem rzucić ST2 w cyfrowy kąt (w tym roku posiadłem wreszcie szalenie przydatną umiejętność szybkiego rezygnowania z dalszego oglądania serialu, jeśli początkowe odcinki nie spełniają pokładanych w nim oczekiwań), lecz zgodnie z zasadą „do trzech razy sztuka” dałem mu jeszcze jedną szansę. W trzecim odcinku coś wreszcie ruszyło. Środkowa część drugiego sezonu jest niezła, przyznaję, ale pod koniec ST2 znów siada, dusząc się pod ciężarem zbędnych wątków.

Teraz konkrety i spojlery.

Czytaj dalej Tedious Things

Filmorys (23)

it-kadr

To
(It; 2017)

Niestraszny horror i wykastrowana ekranizacja przecenionej powieści Stephena Kinga.

Pierwowzór był zbyt długi, rozwlekły, fabuła wielokrotnie rozsypywała się niczym rozbite lustro na fragmenty będące ni to rozdziałami zwartej narracji, ni to opowiadaniami o upiornym klaunie prześladującym dzieci – ale oryginał manewrował przynajmniej na dwóch planach czasowych i czerpał w kluczowych momentach energię ze swej asynchronicznej kompozycji. Śledziliśmy losy dzieciaków stawiających czoło krwiożerczemu, odwiecznemu Złu, a jednocześnie poznawaliśmy je jako osoby dorosłe. Warstwa psychologiczna pogłębiała się wręcz samodzielnie.

W Hollywood komuś jednak poplątały się baloniki w mózgu. Ja rozumiem, że trudno zamknąć ponad tysiąc stron prozy w dwuipółgodzinnym filmie, lecz rozwiązaniem naprawdę nie jest delegowanie „dorosłej” części do sequela. Co gorsza, reżyser pokazuje strachy bez niedomówień, raz za razem zachłystując się możliwościami komputerowych efektów specjalnych. Nie tędy łódka płynie.

★★★☆☆

it-kadr2

Czytaj dalej Filmorys (23)

Obejrzane w 2016: Rozczarowania, cz. 2

arrival

5. Thank you for playing
(2015)

Bo za mało tu o grach komputerowych lat 90. Półtoragodzinny film poświęcony polskim czasopismom komputerowym legendarnej dekady pozornie nie może być poświęcony również i grom jako takim, ale bądź co bądź Secret Service i Gamblera czytało się przede wszystkim dla nich, w przeciwieństwie, na przykład, do Programu Trzeciego Polskiego Radia, który, odnoszę wrażenie, fani Manna i Niedźwieckiego słuchają przede wszystkim po to, żeby posłuchać Programu Trzeciego Polskiego Radia, ale może się czepiam i jestem złośliwy, bo wciąż nie mogę Trójce wybaczyć promocji Bukartyka.

Wracając do tematu: Dokument Thank you for playing sporo by zyskał, gdyby od niechcenia wspomniano w nim o kilku konkretnych pecetowych tytułach, które ukształtowały elektroniczną rozrywkę. Na przykład o Doomie, Warcrafcie, Half-Lifie, UFO, Cywilizacji, Carmageddonie, jakiejś przygodówce. Tym sposobem przełamano by też formułę gadających głów. Pod koniec robią się monotonne, chociaż z drugiej strony przefajnie jest posłuchać Pegaz Assa, Gulasha, Dra Destroyera oraz Mr Roota i przypomnieć sobie, jak budowało się społeczność fanów w przedinternetowej epoce przy pomocy gęsto zadrukowanego, szeroko kolportowanego papieru.

TYFP porusza także fascynujące zagadnienie z pogranicza etyki dziennikarskiej. Potęga polskich czasopism komputerowych tamtej ery zbudowana została poniekąd na złodziejstwie. Przepraszam za mocne słowo, ale nazwijmy rzecz po imieniu, nawet jeśli za chwilę spróbujemy ją usprawiedliwić:

Otóż w latach 90. praktycznie wszyscy piracili. Redaktorzy może i korzystali z oryginałów, lecz wiedzieli doskonale, że odbiorcami ich magazynów są (młodzi) ludzie, którzy najpierw z wypiekami na twarzy czytają recenzje nowego Battle Isle, a potem bez skrępowania wędrują na giełdę. Tak, wiem, trudno mówić tu o nagannym oportunizmie, choćby dlatego, że prawo polskie przez wiele lat zezwalało na piracki proceder. Poza tym inaczej się nie dało, ceny oryginalnych gier wołały wówczas o pomstę do nieba. Niemniej, sytuacja nie była w stu procentach czysta.

Za to TYFP jest w stu procentach nostalgiczny. Ale, kurczę, tego Dooma i Warcrafta mogli przez minutę powspominać!

Niezwykle znamienna jest scena, w której Pegaz, niegdyś naczelny Secret Service, rysuje kamieniem na piachu miejsce, w którym stała redakcja magazynu. Dlaczego na piachu? Bo dziś jest tam tylko plac budowy. Mało kto pamięta, że w latach 90, pracowali tam idole młodego pokolenia. Mnie ta scena bardzo poruszyła uświadamiając po raz kolejny, że magia lat 90. już nigdy nie wróci. Ale może to i lepiej. Niech to wszystko pozostanie w naszych wspomnieniach.

Roger Żochowski (PPE, 30/9/2015)

(Kliknijcie na link i zerknijcie do recenzji Żochowskiego dla pewnego cudnego zdjęcia.)

thank you for playing

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Rozczarowania, cz. 2