Quatermain, Allan Quatermain

loeg-connery

Leibniz głosił, że żyjemy w najlepszym możliwym świecie. Absolutnie nie może to być prawdą. Nasz świat przynajmniej pod jednym względem nie jest zoptymalizowany. Otóż w rzeczywistości alternatywnej – nazwijmy ją Szwatem Wan – ostatni etap kariery Seana Connery’ego potoczył się inaczej.

W Szwiecie Wan pierwszy odtwórca roli Jamesa Bonda wystąpił zamiast Iana McKellena jako Gandalf w Jacksonowskiej trylogii Władcy Pierścieni, zaś w roku 2003 wcielił się w drugoplanową rolę Architekta w sequelu Matriksa. Publiczność pożegnał jako emerytowany pisarz William Forrester w pięknym, choć niepozornym filmie pt. Szukając siebie, ostatnim przed swoją aktorską emeryturą. Dziesięć lat później wstał z bujanego fotela i sprawił swym fanom morową niespodziankę: w finale Skyfall pojawił się na chwilę obok „nowego” 007 jako siwy Kincade, opiekun rodzinnej posiadłości Bondów w mglistej Szkocji.

Powyższych fantazmatów castingowych nie wysysam bynajmniej z palca. Connery’emu faktycznie oferowano role Gandalfa i Architekta. Odmówił, bo „nie czytał Tolkiena” i „nie rozumiał scenariusza”. Zagrał w Szukając siebie – faktycznie świetnym dramacie – który swoją premierę miał już w 2000 r. W Skyfall się nie pojawił, gdyż koniec końców reżyser mu roli nie zaproponował (pewnie i tak by odmówił). W naszym świecie ostatnim filmem z udziałem Connery’ego była Liga Niezwykłych Dżentelmenów z 2003 r. Sean z pewnością i tego scenariusza nie zrozumiał, ale bał się popełnić dwukrotnie ten sam błąd. Pomylił się niestety znowu. Karierę winien był zakończyć na Forresterze.

loeg-posterLND jest filmem kiepskim. Nie widać tego od razu, ponieważ jak na adaptację graficznej powieści Alana Moore’a przystało, odznacza się pewną erudycją. Oto superbohaterowie literatury fantastycznej i przygodowej XIX wieku – emerytowany łowca Allan Quatermain (Kopalnie króla Solomona), kapitan Nemo (tak!), Mina Harker (niedoszła narzeczona Draculi), niewidzialny człowiek, Dorian Gray (ten od portretu), agent specjalny Tom Sawyer (tak!!) oraz Dr. Jekyll / Pan Hyde (tak!!!) – łączą siły pod auspicjami tajemniczego pracownika brytyjskiego wywiadu przedstawiającego się jako M. (tak!!!!), aby powstrzymać złowrogiego, zamaskowanego badguya pragnącego doprowadzić do wybuchu Wielkiej Wojny w Europie.

Miłośnicy prozy Haggarda, Verne’a, Stokera, Wellsa, Wilde’a, Twaina i Stevensona powinni w tym momencie zatrzeć ręce, a pasjonaci fantastycznej historii alternatywnej – oblizać się z mlaśnięciem. Sceptycy zwrócą z kolei uwagę, że tych postaci jest troszkę za dużo; koncepcja brzmi too wygrzew to be true. Rację będą mieli oczywiście ci ostatni. Nie wiem, czy późniejsi o dziesięć lat marvelowscy Avengersi są filmem fajniejszym (nie widziałem), lecz LND jest z pewnością filmem ułomnym.

loeg-team

Pierwsze pół godziny ogląda się całkiem nieźle. Katastrofa przychodzi wraz z drugim aktem. Montażysta kaleczy istotny wątek, literacka zabawa zamienia się w łubudu. Widać jak na dłoni, gdzie kończy się geniusz Moore’a, a zaczyna „innowacyjność” reżysera i scenarzysty. LND nie potrafi uratować ani charyzma Connery’ego (jedynego porządnego aktora w obsadzie), ani zwrot akcji związany z tożsamością Złego, ani tym bardziej fajne efekty specjalne przedstawiające Hulka… przepraszam, Pana Hyde’a (pozostałe efekty mają ciekawy steampunkowy sznyt, ale są plastikowe).

Doprawdy, Wielki Szkot powinien inaczej pożegnać się z kinem. Z tym pożegnaniem, rozumianym jako końcowe sceny filmu, wiąże się zresztą zawód gigantyczny jak „Nautilus”. Toć to chyba jedno z największych rozczarowań metafilmowych wszech czasów! Będę musiał zaspojlerować:

Czytaj dalej Quatermain, Allan Quatermain

Filmorys (17)

Po wieloletniej przerwie powraca Filmorys, czyli cykl krótkich recenzji niedawno obejrzanych filmów! Publikuję je na Filmasterze, tutaj będę zbierał piątkami. Ze względu na Filmasterowy limit znaków – który postanowiłem wykorzystać do cna – każda z poniższych mikrorecenzji liczy dokładnie 1000 znaków. Przycinanie okołotysiącznakowego tekstu do równych trzech zer zajmuje wbrew pozorom tylko kilka minut, a dostarcza więcej frajdy niż rozwiązanie sudoku.

It-Follows-kadr

Czytaj dalej Filmorys (17)

Opowieści z fantastycznych mielizn

W zeszłym roku zrecenzowałem antologię opowiadań nominowanych do nagrody im. Janusza Zajdla. Od pewnego czasu antologie owe ukazują się w Sieci w darmowym, czytnikowym formacie, co bardzo ułatwia ich lekturę.

Najnowszą również przeczytałem. Zdążyłem z tym nawet przed ceremonią wręczenia nagrody. I niestety powtórzyć muszę to, co napisałem przed rokiem: „Wśród nominowanych utworów możemy oczekiwać szerokiej rozpiętości podgatunkowej, imponujących pomysłów i dojrzałego stylu. Możemy, ale jeśli nie chcemy się srodze rozczarować, lepiej nie oczekujmy.”

Dojrzałego, ale wiernego fantastyce czytelnika, ponownie czeka prawie całkowity zawód. Dorota Dziedzic-Chojnacka drugi raz z rzędu napisała opowiadanie, w którym tylko ona wie, o co chodzi (Nihil fit sine causa). Całe szczęście, że tym razem zajęło jej to mniej stron. Świat przedstawiony w Koziorożcu i Smoku Magdaleny Kucenty jest umiarkowanie ciekawy w swej pulpowości, lecz o pozostałych elementach trudno powiedzieć coś dobrego. Simon Marcina Przybyłka cierpi z powodu erpegowego rodowodu oraz przeciągniętego twistu w końcówce. Tylko dla miłośników Wolsunga.

Najbardziej podobała mi się Pajęczarka. Owszem, alternatywnowiktoriańskie opowiadanie Przemysława Zańki nie jest wybitne, ale wszystko w nim trybi, a jedna scenka jest wręcz mistrzowska, co natychmiast oddziela tę historię od zdyszanego peletonu pozostałych utworów. Właśnie Zańkowi pierwsze zdanie poprzedniego akapitu zawdzięcza słówko „prawie”. Twórczość „chłopa z Mazur” będę z ciekawością obserwował. Niech się rozwija polskiej fantastyce na zdrowie.

Natomiast Zajdla za najlepsze fantastyczne opowiadanie polskie opublikowane w 2015 r. otrzymał Robert Wegner za Milczenie owcy. Dziełko paradoksalnie do antologii nie trafiło, ponieważ zawłaszczył je konkurencyjny (także darmowy) zbiór pt. Legendy polskie wydany przez Allegro. Wegner omawia w prozatorskiej formie zagadnienie budzenia się samoświadomości u AI. Robi to sprawnie, lecz trop ten był wszak przerabiany w fantastyce naukowej setki razy, a Wegnerowska fabuła bynajmniej nie porywa.

Na zakończenie swojej cytowanej wyżej recenzji napisałem, że „jeżeli wszystkie inne rodzime utwory fantastyczne opublikowane w zeszłym roku faktycznie były od nich [opowiadań nominowanych do Zajdla] gorsze, biada nam”. Ale Legendy polskie ratują poniekąd sytuację.

Milczenie owcy oraz Spójrz mi w oczy Elżbiety Cherezińskiej należą akurat do słabszej części zbioru. Błyskotliwy jest Zwyczajny gigant Jakuba Małeckiego, energiczny retelling legendy o Panu Twardowskim, który doczekał się nawet dwóch krótkich, fajnych kontynuacji filmowych w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Ubawiłem się przy Śniętych rycerzach Rafała Kosika – opowiastce o informatyku, któremu kazali pilnować rodzinnych owiec na hali. Niezłe wrażenie robi też liryczny Kwiat paproci Radka Raka, autora powieści o podejrzanie rzewnym tytule, której pozytywne recenzje najwyraźniej nie były przesadzone. Łukaszowi Orbitowskiemu w Niewidzialnym powinęła się niestety noga, jednak należy go pochwalić za klimat i stylistyczny eksperyment.

Nie biadajmy zatem przedwcześnie. Z polską fantastyką nie jest najgorzej. Z elektoratem zajdlowskich opowiadań – nie najlepiej.

Kabel od internetu (11)

1. Czy każda parzysta liczba naturalna większa od dwóch jest sumą jakichś dwóch liczb pierwszych? Pozytywna odpowiedź na to pytanie nosi nazwę hipotezy Goldbacha, lecz jak dotąd nie została udowodniona. Istnieje więcej pozornie prostych, ale wciąż nierozwiązanych problemów matematycznych.

2. Tak miał wyglądać świat oglądany przez okulary od Google’a. Pamiętacie jeszcze o tym projekcie? Jeżeli zastanawialiście się, dlaczego nagle zrobiło się o nim cicho i dlaczego Glass nie trafił do sprzedaży, to wyjaśniam: testy wypadły negatywnie, a postronni ludzie hejtowali gadżet na całego. Google zresetowało pomysł i obmyśla wszystko od nowa. The New York Times napisał parę miesięcy temu zajmujący artykuł o całej sprawie.

3. Kilka stron z muzyką online, których pewnie nie znaliście: starocie, alternatywa, chillout, pop i spółka, kawałki wybrane demokratycznie, wszystko. Notabene, każda witryna oparta jest na innej koncepcji.

Czytaj dalej Kabel od internetu (11)

Pomarańcza Tony’ego


Są takie knigi, brajdaszkowie i frendkowie moi, o które toczy się bladi fajting między nurt-majn-nurtem a jego odnogą fantastico. Jedną z nich jest wydany w 1962 r. „Klokwork oryndż” Tony’ego, to znaczy Anthony’ego, Burgessa, czyli „Mechaniczna pomarańcza” po naszemu. Fantastyczni smołysze nie bez ajronii będę twierdzić, że nurt-majn-nurt woli wulgarniaście zagarnąć buka starego Tony’ego dla siebie niż przyznać, że among utworów sajfaj również znajdują się tru perełki. Majn-boje z kolei nie bez racji zripostują, że w „Oryndżu” elementów fantastico jest tylko małe abitow i że służą one nie jako sztafaż, ale jako odskocznia-podskocznia umożliwiająca Tony’emu zaprezentowanie pewnych tez, soszjal ajdijas i opinii. Ja sam lonsam mógłbym oczywiście zająć neutralną pozycję jak jakiś tchórzliwy san af da bycz bez kręgosłupa poglądowego i wglądowego, ale w tym konkretnym kejzie wolę opowiedzieć się po stronie majn-bojów. Kniga Tony’ego to zdecydowanie bardziej literatura piękna przez duże „bele” niż fantastico… lecz ofkoz formalna klasyfikacja nijak nie wpływa na fakt, że mamy tu, brajdaszkowie i frendkowie moi, po prostu do czynienia z bukiem z gatunku weri gud weri gud indid.

Czytaj dalej Pomarańcza Tony’ego

Filmorys (6)

Najwyższa pora na kolejny Filmorys, niewykluczone, że ostatni w tym roku. Uwagę zwraca nowa szata (typo)graficzna oraz całkiem wysokie notowania — aż pięć z dziewięciu omawianych dzisiaj tytułów zasłużyło w moim odczuciu na cztery gwiazdki. Niestety, nie ma żadnego must-see… za to jest jedno must-not-see. Zapraszam.

Czytaj dalej Filmorys (6)

Filmorys (5)

Piąty Filmorys ukazuje się po trzymiesięcznej wakacyjnej przerwie. Pod lupę trafiło dziewięć filmów, a więc o jeden więcej niż w trzech poprzednich odcinkach. Forma cyklu, zgodnie z Waszymi życzeniami — które stanowiły z kolei odpowiedź na moje zapytanie — pozostaje niezmieniona; dalej też oceny wystawiam przy użyciu prostego systemu pięciu gwiazdek.

No to jedziemy. Miłośnicy komiksów i fanatyczni wielbiciele The X-Files, przygotujcie się, bo zaraz będziecie chcieli mnie rozszarpać.

Czytaj dalej Filmorys (5)

Aye czy argh?


Trzecia część Piratów z Karaibów rozczarowała mnie. Chyba nie na tyle, by żałować pieniędzy wydanych na bilet, lecz z pewnością na tyle, by westchnąć i zamarudzić o zmarnowaniu wielkiego potencjału. Klątwa Czarnej Perły pozostaje najlepszą częścią trylogii i z perspektywy czasu oceniam ją na 5/6, chociaż dobrze byłoby zweryfikować wrażenia i obejrzeć film raz jeszcze. Widziana w zeszłe wakacje Skrzynia umarlaka zasłużyła sobie już tylko na czwórkę z minusem, a Na krańcu świata daję zaledwie nędzną trójeczkę. A teraz uzasadnienie, czy raczej wyliczanka wad.

Czytaj dalej Aye czy argh?