Nowej notki na razie nie będzie (16)

nnnrnb

Czy raczej: „przez jakiś czas nie było”. Ale teraz już, jak widać, się pojawiła. Chociaż następnej przez jakiś czasu znowu może nie być. Nigdy nic nie wiadomo. Zobaczymy.

Bywalcy Blogrysa wiedzą, że zimą i wiosną pisałem nadzwyczaj często. Bodajże na przełomie stycznia i lutego zrobiło się też regularnie. Przez kilka miesięcy nowe notki pojawiały się w każdą środę i niedzielę. Systematyczność napędzał początkowo ich mały zapas. Jednak gdy się wyczerpał, zacząłem robić bokami i w połowie kwietnia odpadłem. Pomyślałem zresztą, że jeżeli odstawię blogowanie, to rozpędzę swój artykuł poświęcony historii amerykańskiego hip-hopu i zdołam napisać parę zaległych recenzji.

Nic takiego się nie zdarzyło.

Czytaj dalej

Reklamy

Bézier na peryferiach

krzywe_beziera

Gdy byłem troszkę młodszy i gdy łatwiej było wywrzeć na mnie wpływ, Lord Thomas udzielił mi porady, którą obracam od tamtego czasu w głowie:

— Za każdym razem, gdy chcesz przeczytać książkę, która byłaby stratą czasu — powiedział — pamiętaj, że możesz raczej poświęcić się lekturze, z której dowiesz się czegoś nowego o otaczającym nas świecie.

Potem przez pół godziny utyskiwał nad bezsensem czytania biografii i natrząsał się z frajerów wertujących życie Steve’a Jobsa w nadziei, że sami lada miesiąc też zaczną zarabiać miliony na komputerowej technice. Tak było, Tomek.

Ze wszystkich mądrych książek, które przeczytałem w zeszłym roku, najlepiej wspominam Analizę systemów-światów. Wprowadzenie Immanuela Wallersteina. Srogi tytuł, surowe nazwisko! Analiza… wpasowała się tematem wprost idealnie w moje zaciekawienie historią światową (nie mylić z historią powszechną!1) dopiero co rozbudzone przez Andrew Marra (który co prawda opowiadał o historii powszechnej, nie światowej, ale czynił to w nad wyraz syntetyczny sposób).

Czytaj dalej

Trzy szybkie spojrzenia na polską transformację

strong

Patrząc na to co wydarzyło się w Polsce po ’89 roku wydaje mi się, że mamy ogromny problem z tym, że jesteśmy polonocentryczni. Zarówno apologeci polskiej transformacji i jej krytycy są tak obezwładnieni polską perspektywą, że (…) historia Polski tego okresu jest kompletnie przeinaczona.

Mamy w historii XX-wiecznej Polski takie momenty, kiedy to co się u nas działo miało oczywisty wymiar oryginalności – klasycznymi przykładami są: Powstanie Warszawskie i szerzej fenomen Armii Krajowej, albo Solidarność, szczególnie rok 1980. Akurat transformacja 1989 roku, podobnie jak chociażby sanacja w latach 20-tych i 30-tych były częścią bardzo szerokiego trendu. I w tym trendzie, jak dobrze się nad tym zastanowić, to faktycznie polska transformacja wyglądała trochę bezalternatywnie. (…)

Można było wykorzystać te trendy lepiej lub gorzej, ale raczej nie wchodziły w grę zupełnie inne rozwiązania. Polska na tym tle nie wypadła źle. Balcerowicz ówczesne trendy i polski potencjał wykorzystał, jeśli porównać z innymi reformatorami, optymalnie. Mamy wokół kraje, którym się mniej powiodło. (…)

Wspomniany przeze mnie polonocentryzm, jeżeli chodzi o pisanie historii – bo w tym sensie tego sformułowania używam – kompletnie nam odbiera zdolność do zbalansowanej oceny tamtego procesu. A w końcu historia jest po to by lepiej rozumieć.

– Paweł Kowal (4/4/2016)

Czytaj dalej

Świat według Andrzeja

frederick_dielman-history

inicjalWsiadasz do swojego ulubionego wehikułu czasu, ustawiasz tempomat na tysięczny rok przed Chrystusem, a geolokator na, dajmy na to, ówczesne Chiny. Nie zabawiasz jednak w starożytnym Państwie Środka zbyt długo. Uprowadzasz tylko jakiegoś średnio rozgarniętego, skośnookiego urzędnika i w try miga przywozisz z powrotem do dwa tysiące siedemnastego.

Załóżmy, że znasz jego język. Chcesz pokazać naszą epokę. Zaczynasz od techniki. Wciskasz do ręki smartfona. Próbujesz wytłumaczyć co i jak. Szanse powodzenia? Bliskie zeru. Działanie nowoczesnego telefonu komórkowego opiera się na tylu zaawansowanych koncepcjach – ekran dotykowy, system operacyjny, internet, media społecznościowe, sieć telekomunikacyjna, podzespoły elektroniczne, fale elektromagnetyczne, prąd – że za Chiny ludowe nie dałoby się go wyłuszczyć osobie przednowożytnej. Twój gość jest wstrząśnięty i zmieszany.

Zmieniasz więc temat. Rozmawiacie o polityce. Opowiadasz o skorumpowanym burmistrzu, którego proces toczy się od ponad roku, ale którego nie idzie skazać, bo ma koneksje. Przez twarz gościa przemyka cień uśmiechu. Opowiadasz o Unii Europejskiej, o problemach politycznych związanych ze scaleniem rozległego regionu w jeden pseudopaństwowy organizm, o kosmopolitycznych elitach, którym nie ufają zwykli obywatele. Starożytny Chińczyk uśmiecha się szerzej. Opowiadasz o historii politycznej XX wieku, o zawieruchach, wojnach, ludobójstwach. Twój gość kiwa gorliwie głową, bynajmniej nie dlatego, że rajcują go holokausty. „Tak, tak! Korupcja, nieudolne traktaty, dyktatorzy. U nas też tak jest!”

Jaki wniosek płynie z tego prostego eksperymentu myślowego? W przeciągu minionych tysiącleci – a w zasadzie w przeciągu ostatnich stu-dwustu lat – technika poczyniła postępy tak olbrzymie, że w jej wymiarze naszą cywilizację dzieli od czasów dawniejszych nieprzekraczalna przepaść. Jednakże w sensie politycznym tkwimy wciąż w tym samym miejscu. Chełpimy się demokracją i prawami człowieka, ale ta pierwsza jest wszak wynalazkiem starożytnych Greków, a te drugie istnieją zbyt krótko, by dało się stwierdzić, jaki wpływ będą miały na politykę w perspektywie wieków. Jak dotąd zestaw bolączek ustrojowych nie zmienił się ani na jotę. O polityce pogadałbyś bez problemów i z poddanym Filipa II, i z kupcem z rubieży Cesarstwa Rzymskiego. O używanych samochodach – nie.

Czytaj dalej

Przeczytane w 2016

przeczytane_w_2017

Rok 2016 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na papierze i w Kindlu zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne wydarzenia. Moje czytelnicze statystyki groźnie zaszumiały, zafalowały, spieniły się sprzecznościami, a z zielonego kajetu, w którym skrzętnie zapisuję tytuły lektur, powyłaziły cudaczne bałwany wykrzywiając niemiłosiernie czytelnicze trendy i stawiając pod znakiem zapytania książkową przyszłość. No dobra, troszkę przesadzam. Ale:

Czytaj dalej

Pożegnanie z bronią

W grach planszowych złożone zasady nie muszą wykluczać ogromnej miodności. Owszem, podwyższają próg wejścia, lecz czas zainwestowany w naukę reguł zostaje nam potem zwrócony z nawiązką w postaci dziesiątek godzin strategicznej frajdy. Takie podejście stanowi doskonały kompromis między eurogrami pokroju Carcassonne i Puerto Rico oraz modularnymi potworami w rodzaju planszowego Starcrafta czy Twilight Imperium. Te pierwsze stają się dość szybko powtarzalna. W tych drugich przeszkadza brak harmonii między formalną stroną zasad a ich fabularną treścią.

Bezbłędnej syntezy obu elementów dokonała natomiast gra Twilight Struggle opisująca dzieje Zimnej Wojny i uznana za najwybitniejszą planszówkę w ogóle. Moja obszerna recenzja ukazała się kilka miesięcy temu w Esensji. GMT Games wydało również grę pt. Paths of Glory poświęconą Pierwszej Wojnie Światowej. Bardzo chciałbym w nią pograć, ale na razie nie miałem ku temu okazji. Przejrzałem jednak instrukcję, z której wynika, że w rozgrywce kluczową rolę odgrywają linie zaopatrzenia. Ich przerwanie prowadzi do rychłej porażki.

Ta sama zasada obowiązuje oczywiście i w realu. Gdyby jednak Opatrzność wyłączyła ją jakimś cheatem wiosną 1918 roku, Pierwszą Wojnę Światową niechybnie wygraliby Niemcy.

Czytaj dalej

Na Zachodzie bez zmian

Czy Pierwsza Wojna Światowa mogła ciągnąć się dłużej? Pewnie nie. Po czterech latach zmagań Stary Kontynent był wyczerpany gospodarczo i demograficznie. Przyłączenie się Stanów Zjednoczonych do „europejskiej wojny domowej” przesądziło o rychłym zwycięstwie Ententy. Wszelako błąka się po mojej głowie pomysł na opowiadanie rozgrywające się w cieniu podobnej wojny, lecz znacznie, znacznie dłuższej, trwającej kilkanaście, może kilkadziesiąt lat, której końca wciąż nie widać. Byłaby to również wojna krwawa i uprzemysłowiona, pozycyjna i konwencjonalna.

Oczywiście, stawiając sprawę realistycznie, tak zarysowane tło nie trzymałoby się kupy. W jakiej właściwie epoce ta fikcyjna wojna miałaby się toczyć? Dlaczego nie wynaleziono i nie użyto broni atomowej? Skąd płynie strumień rekrutów mielonych od razu na mięso armatnie? Dlaczego zaangażowane państwa nie załamały się jeszcze ekonomicznie? Od odpowiedzi na powyższe pytania musiałbym się wymigać jakimś na poły fantastycznym sztafażem, co akurat mi nie przeszkadza, bo wszystkie moje pomysły na opowiadania są w pewnym stopniu z fantastyką związane.

Czytaj dalej

Wszystkiemu do widzenia!

Początkowo nosiłem się z zamiarem napisania pojedynczej notki poświęconej trzem najsłynniejszym bitwom Pierwszej Wojny Światowej. Jak widać na załączonym tagu, pierwotny zamiar powoli przekuwa się w pięcioczęściowy – jeden rok, jedna część – przegląd wszystkich głównych bitew Wielkiej Wojny. Jesteśmy w jej połowie i dotarliśmy do źródła mojej motywacji. To właśnie w 1916 r. odbyły się dwa osławione starcia: pod Verdun i nad Sommą. Zastanówmy się, jak je od siebie odróżniać.

Czytaj dalej

Ścieżki chwały

O bitwach toczonych na frontach Wielkiej Wojny w 1914 r. pisałem tutaj. Rok następny był poniekąd rokiem „przejściowym”. Czas osławionych bitew pod Verdun i nad Somme miał dopiero nadejść.

W 1915 r. państwa centralne odniosły dwa wielkie sukcesy na wschodzie oraz południu kontynentu. Po pierwsze, wiosną przerwano front rosyjski i na dobre odpędzono armię cara od Galicji. Po początkowych wątpliwościach niemiecki szef sztabu Erich von Falkenhayn zgodził się na pomysł zaatakowania na linii Gorlice-Tarnów. W wielkiej tajemnicy przegrupowano wojska. Bitwa rozpoczęła się 2 maja i przyniosła zwycięstwo tyleż wielkie, co zaskakujące. Obrona Rosjan szybko załamała się, a wysłane na pomoc dywizje zostały doszczętnie zniszczone przez nacierającego wroga.

Dnia 2 maja ata­kiem so­jusz­ni­ków za­czę­ła się ope­ra­cja gor­lic­ka. W woj­skach państw cen­tral­nych było wie­lu Pola­ków, po­dob­nie zresz­tą jak w woj­skach ro­syj­skich. Przez czte­ry go­dzi­ny na te ostat­nie spadło siedem­set tysięcy po­ci­sków. Ta­kiej po­tę­gi ognia na fron­cie wschod­nim jesz­cze nie do­świad­czo­no. Tego samego dnia sojusznicy za­ję­li twar­do bro­nio­ne Gor­li­ce, któ­re znisz­czo­no. Pra­wie wszyst­kie domy zostały poważ­nie uszkodzo­ne albo zrów­na­ne z zie­mią. W oko­li­cy pa­li­ły się szy­by naf­to­we. Świad­ko­wie porównywali to do przed­sion­ka pie­kła. Jesz­cze tego sa­me­go dnia dzwo­ny w ko­ścio­łach w Ber­li­nie ra­do­śnie biły na zwycięstwo.
– Andrzej Chwalba, Samobójstwo Europy

Zwycięstwo państw centralnych pod Gorlicami zmieniło całkowicie sytuację strategiczną w regionie. Stawka zarządziła generalny odwrót, ewakuowano też Warszawę. Do końca sierpnia 1915 r. cała Polska znajdowała się już w rękach Austro-Węgrów.

Drugi z przełomów dokonał się pod koniec roku. Między 10 listopada a 4 grudnia przeprowadzono ofensywę kosowską zakończoną rozbiciem armii serbskiej. Co prawda poprzedniej jesieni Serbowie zadali Austro-Węgrom parę druzgoczących ciosów, lecz w październiku 1915 r. po stronie państw centralnych stanęła Bułgaria. Wzmocnionego naporu wrażych sił Serbia nie przetrwała. Ocalała część jej wojska wycofała się do Albanii. Potem Alianci przerzucili ją na grecką wyspę Korfu.

Dynamiczna sytuacja w Europie Wschodniej i na Bałkanach stanowiła kontrast dla kostniejącego frontu zachodniego. W kwietniu i maju stoczono Drugą Bitwę pod Ypres (składającą się de facto z sześciu pomniejszych starć). Niemcy po raz pierwszy użyli tam na masową skalę broni chemicznej, toteż straty Ententy były dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy Kajzera. Mimo to ci ostatni nie uzyskali wcale decydującej przewagi. Zapewne stało się tak częściowo za sprawą walecznych oddziałów z Kanady, które biły się pod sztandarem Imperium Brytyjskiego. Jak pamiętamy, stara brytyjska gwardia uległa zagładzie pół roku wcześniej w Pierwszej Bitwy pod Ypres, lecz metropolia rychło ściągnęła do Europy zamorskie jednostki z dominiów i tym sposobem Union Jack wrócił z impetem do gry.

Ruiny Ypres. W tym miejscu znajdował się kiedyś rynek.
Ruiny Ypres. W tym miejscu znajdował się kiedyś rynek.

W 1915 r. Alianci wierzyli, że przewaga liczebna wystarczy do uczynienia strategicznego wyłomu w niemieckim froncie. Trzeba było szeregu nierozstrzygniętych bitew, by dowódcy docenili defensywną potęgę nowoczesnego uzbrojenia oraz zdolność szybkiego uzupełniania strat przez przeciwnika. Ententa atakowała późną wiosną (Druga Bitwa pod Artois, 9 maja-18 czerwca) i jesienią (Druga Bitwa pod Champagne, 25 września-6 listopada; Trzecia Bitwa pod Artois, 25 września-4 listopada; Bitwa pod Loos, 25 września-14 października). Okopy były już wtedy zbyt długie i głębokie, by wojna pozycyjna na powrót mogła stać się wojną manewrową. Straty liczono w setkach tysięcy żołnierzy, lecz Niemcy ponosili ich zdecydowanie mniej. Można więc powiędzieć, że armia kajzera względnie spokojnie przeczekała Herbstschlacht w swych umocnieniach, aby w następnym roku spróbować odbić piłeczkę z okrutną siłą pod Verdun.

Wielka Wojna toczyła się także cały czas poza Europą. W Afryce Wschodniej partyzantka generała von Lettowa-Vorbecka nękała bezustannie wojska alianckie. Na Bliskim Wschodzie Imperium Ottomańskie wspomagane przez Niemców toczyło z Brytyjczykami bój o Mezopotamię. Koniec końców kampanię wygrali Alianci, lecz zwycięsto nie przyszło im łatwo. Na przykład oblężenie brytyjsko-indyjskiego garnizonu w Kut Al Amara na południe od Bagdadu zakończyło się upokarzającą kapitulacją Brytyjczyków. Wielką niekompetencją podczas organizowania obrony wykazał się generał Charles Townshend. Rząd brytyjski oferował dwa miliony funtów za wykupienie jego oddziałów, ale Enver Pasza propozycję odrzucił. Ponad połowa wziętych do niewoli jeńców zmarła wskutek chorób. Pewną pociechę przyniosiła im pewnie myśl, że ich generał spędził resztę wojny w luksusowej niewoli u Turków.

____________________
Ilustracja w nagłówku notki przedstawia armię pruską pod Gorlicami.

„Czy będę Polaków kochać?”

1 sierpnia 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie. Niewinni cywile, uwięzieni w oblężonym przez niemieckie wojska mieście, szybko zaczęli cierpieć głód. Sytuacja stała się szczególnie dramatyczna w ubogiej dzielnicy Wola. Narastające ryzyko katastrofy humanitarnej skłoniło grupę oficerów Wehrmahtu do zorganizowania wielkiej operacji pomocowej. Prawdopodobnie powodowało nimi zwykłe ludzkie współczucie, choć nieżyczliwi sugerują, że chodziło o wypromowanie wizerunku niemieckiej armii. Tak czy owak, pod wiadukt na ulicy Wolskiej żołnierze Fuhrera spędzili kilka tysięcy świń i krów z podmiejskich gospodarstw. Ich masowe zarżnięcie i przekazanie mięsa warszawiakom przeszło do kronik wojennych pod ironiczną nazwą Rzezi Woli.

Nie wykluczam, że powyższą karykaturę wyciosałem jeszcze grubiej niż francuscy satyrycy z Charlie Hebdo swoje wulgarne rysunki; chciałem tam jednak zawrzeć zawoalowaną krytykę pewnych trendów w polskiej polityce historycznej. Nie wyszło? Trudno. Przyjmijmy więc, że z okazji niedawnej premiery serialowej ekranizacji Człowieka z Wysokiego Zamku snuję sobie rozważania, jak w oficjalnej (i jedynej) wersji wyglądałby pewien fakt dziejowy, gdyby Drugą Wojnę Światową wygrali Niemcy. O prawdziwej Rzezi Woli przeczytamy natomiast w książce Piotra Gursztyna wydanej w minionym roku nakładem wydawnictwa Demart.

Moją recenzję opublikował dzisiaj Histmag.org. Zaznaczam jednak, że redakcja poczyniła w niej spore zmiany stylistyczne, które zupełnie mi się nie podobają. Na przykład mój lead wyglądał pierwotnie tak:

„Wola” to piękna nazwa dla dzielnicy. „Wola” to także pojęcie mocno splątane z ideologią nazistowską. Rozchichotana historia wytyczyła tu symboliczną trajektorię. Leni Riefenstahl nakręciła swój niesławny film propagandowy „Triumf woli” na zjeździe NSDAP we wrześniu 1934 r. Prawie dokładnie dziesięć lat później niemiecka Wille bezlitośnie zamordowała Wolę polską.

…a zamieniono go na:

„Wola” to nie tylko piękna nazwa dla dzielnicy, ale także pojęcie mocno związane z ideologią nazistowską. W połowie lat 30. Leni Riefenstahl nakręciła swój niesławny film propagandowy „Triumf woli” na zjeździe NSDAP w Norymberdze. Prawie dokładnie dziesięć lat później dokonała się masakra w Warszawie.

Oceńcie sami.

Wycięto poza tym cały akapit, w którym formułuję pewien kontrowersyjny, ale istotny zarzut wobec książki:

Swoją drogą podejrzewam, że karty Rzezi Woli siłą rzeczy usiane są drobną nieprawdą. Nie neguję bynajmniej, że Niemcy dopuścili się w Warszawie okropieństw i okrucieństw i że ocalali zdawali swe relacje w dobrej wierze. Ludzka percepcja oraz pamięć są jednak ułomne; wiadomo, iż zeznania świadków, nawet jeśli składane uczciwie, nigdy nie pokrywają się w stu procentach z prawdą, a naznaczone traumą mogą od niej znacząco odbiegać, tym bardziej, jeśli od opisywanych zdarzeń minęło wiele lat. Natrafiając raz za razem na wyliczanki detali dotyczących kolejnych egzekucji – do kogo i ile razy Niemcy strzelali, gdzie trafiały kule, kto pod kim leżał, kto się gdzie odczołgiwał itd. – powątpiewałem, że to wszystko wyglądało dokładnie tak jak przedstawiono. Gursztyn, szatkując relacje na kawałki i sklejając je następnie własnymi słowami, sugeruje między wierszami, że opisywane zdarzenia są prawdziwe w każdym szczególe. Lepiej już byłoby przytoczyć zeznania in extenso bez autorskiej narracji.

Tak czy owak, „oficjalna” wersja tekstu po wsze czasy będzie dostępna tutaj.