Hitler w dużym pokoju

Nordic_Resistance_Movement_flag

Obejrzałem polecony mi przez kol. ob. Arka półtoragodzinny dokument pt. Wojownicy rasy (tytuł oryginalny: Rasekrigerne) wyprodukowany przez norweską telewizję publiczną NRK. Rzecz świeżutka jak Adolf w 1933 r. Swą premierę telewizyjną miała raptem tydzień temu.

Enerkowscy reporterzy przez dwa lata obserwowali z bliska członków Nordyckiego Ruchu Oporu (NMB, od Den nordiske motstandsbevegelsen), neonazistowskiej organizacji założonej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Rozmawiali z jej szefami, towarzyszyli łysym szeregowcom na wiecach, demonstracjach, zjazdach i nożowych piknikach.

Skandynawskie służby bezpieczeństwa uważają NMB za najniebezpieczniejsze skrajnoprawicowe ugrupowanie w regionie. Dwa lata temu szwedzkie skrzydło utworzyło partię. Następne wybory parlamentarne odbędą się za rok; zobaczymy, jak powiedzie się brodatym, wytatuowanym chłopakom w demokratycznej walce o władzę.

NRK pragnęło przedstawić „Nordyków” w neutralnym, obiektywnym świetle. Dokumentaliści na ich prośbę nie stosują określeń „naziści” ani „neonaziści”, które NMB uważa za polityczne obelgi ustawiające apriorycznie optykę dyskusji. W Wojownikach rasy członkowie ugrupowania są więc konsekwentnie nazywani „narodowymi socjalistami”, zgodnie z ideologią, z którą się utożsamiają.

simon_lindberg.PNG
Simon Lindberg

Zamiar neutralności zrealizowano w stu procentach. Reporterzy przeprowadzili wywiady m.in. z Simonem Lindbergiem i Håkonem Forwaldem, przywódcami odpowiednio szwedzkiej i norweskiej frakcji NMB. Pytania są proste, konkretne. „Kto jest twoim wzorem do naśladowania?”. „Jakie jest wasze zadanie?”. „Co sądzisz o Holokauście?”. „Czy rozmawiałbyś ze mną, gdybym był Żydem?”. Przepytywani nie owijają w bawełnę. „Politycznie rzecz biorąc: Hitler”. „Walka z homoseksualnym lobby”. „Systematyczna eksterminacja narodu żydowskiego w czasie Drugiej Wojny Światowej się nie wydarzyła”. „Nie, nie moglibyśmy rozmawiać, gdybyś był Żydem [śmiech]”. Tylko na jedno pytanie udzielają oględnej odpowiedzi. „Ilu was jest?”. „Nie powiem”. „Dlaczego?” „Liczy się jakość członków, nie ilość”.

Żadnych adnotacji czynić nie będę. Dokument w obiektywny sposób sportretował środowisko skandynawskich neonazistów. Wielka to sztuka. Nietaktem z mojej strony byłoby więc wyrażać własną opinię na temat NMB. Niech każdy wyrobi ją sobie sam. Wojowników rasy w ślad za Arkiem gorąco polecam, wersja z angielskimi napisami dostępna jest tutaj. Nie mam pojęcia, czy i kiedy pojawi się tłumaczenie polskie.

Poniżej komentuję cztery sprawy. Będzie mowa o kłamstwie Holokaustu, niezwykłych babciach, szwedzkiej policji i norweskiej telewizji. Vorwärts!

Czytaj dalej

Reklamy

Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 1

rope 2

10. Sznur
(Rope; 1948)

Hitchcockowy kanon. Dwóch snobistycznych dupków morduje kolegę, ukrywa zwłoki w skrzyni, przykrywa ją obrusem i urządza kolację, na którą przychodzą między innymi ojciec i narzeczona denata, zastanawiający się na głos, co też mogło tak opóźnić przybycie Davida…

Alfred Hitchcock nakręcił Sznur, swój pierwszy technikolorowy film, w dziesięciu długich ujęciach. Większość z nich została sprytnie sklejona, tak, że liczba cięć wydaje się mniejsza niż dziewięć. Efekt: Formalny majstersztyk z imponującą cykloramą w tle (Hitchcock zalicza kameo przebrany za czerwony neon!). Ale: W Sznurze jest dużo gadania i mało akcji. To w zasadzie teatr telewizji. Niektórych zniecierpliwi.

rope

Czytaj dalej

Nowej notki na razie nie będzie (13)

nowej_notki_na_razie_nie_bedzie_8

1. Cezary Krysztopa, prawicowy rysownik satyryczny, wygląda jak syn Bogusława Lindy i Cezarego Pazury.

2. Znakomite motto dla wszystkich polemistów, nie tylko w erze dyskusji na buniu: „Niech twoje poglądy będą skrajne, ale starannie uzasadnione. Bądź zawsze gotów na ich zmianę, jeżeli tylko ktoś przedstawi solidne kontrargumenty.” Niestałe skrajne poglądy są bez wątpienia ciekawsze od poglądów letnich, lecz tożsamościowo niewzruszonych.

3. Niedawno kilka razy przytrafiło mi się coś takiego, że szedłem sobie chodnikiem, z naprzeciwka nadchodziła inna osoba, z oddali wydawało mi się, że jej twarz jest znajoma, ale z bliska – już taka nie była. Dziwne wrażenie. Rysy twarzy wydawały się wręcz morfować na moich oczach. Czy tak właśnie wygląda życie z prozopagnozją? Pewnie nie. Dla prozopagnostyków każda twarz wygląda tak samo.

4. „Zasadzał się on [pomysł] na tym, by obszar KL Auschwitz-Birkenau z przyległościami przekazać Niemcom na wieczność jako niepodzielne ich dziedzictwo, pomnik ich kultury, techniki, obyczaju, militarna zdobycz w skali tysiącleci.” To Marian Pilot. No ale coś za coś. Po Drugiej Wojnie Światowej należało wysiedlić wszystkich Niemców z Badenii-Wirtembergii i oddać kraj w wieczne posiadanie Żydom. Alternatywny Izrael na terenie Europy? Ciekawe, jak wskutek takiego zabiegu potoczyłaby się historia naszego kontynentu i reszty świata.

5. Muhammad Ali był największy. Umiał fruwać jak motyl, umiał żądlić jak pszczoła, ręka wroga nie trafi, jeśli oko ujrzeć nie zdoła.


6. Wyższą odmianą zwrotu akcji jest zwrot gatunku. Czytasz sobie książkę lub oglądasz film. Wydaje ci się, że rozpoznałeś już schemat gatunkowy. Wtem okazuje się, że kryminał przeistacza się w dramat (Gdzie jesteś, Amando) albo thriller w horror (Drabina Jakubowa). To najfajniejsza niespodzianka, jaką mogą zgotować nam powieściopisarze, reżyserzy i scenarzyści, choć oczywiście czytelnicy / widzowie o ograniczonych horyzontach estetyczno-intelektualnych na taki manewr zareagują z obrzydzeniem. Uwaga: zwrotu gatunku nie należy mylić z nieokreślonością gatunkową, czyli sytuacją, gdy twórcy świadomie mieszają ze sobą kilka schematów (The Host: Potwór, Atak na posterunek 13).

Nowej notki na razie nie będzie (10)

1. Od półtorej dekady trwa złota era serialu. Epickie narracje niespodziewanie pokawałkowano na godzinne porcje i przeniesiono do telewizji. Wszyscy znamy z pierwszej ręki niektóre przejawy tego zjawiska – Rodzinę Soprano, Prawo ulicy, Breaking Bad, Grę o tron, House of Cards – i jesteśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu rzeczy.

Z drugiej strony seriale pozbawiły nas tylu wybitnych pełnometrażowych filmów! Nie obejrzymy nigdy bezkompromisowego, dwugodzinnego dramatu o nauczycielu chemii, który postanawia dorobić na produkcji i sprzedaży narkotyków, niszcząc mimowolnie własną rodzinę. Nie obejrzymy nigdy metafizycznego thrillera na miarę Siedem opowiadającego o dwójce detektywów tropiących seryjnego mordercę w Luizjanie. Ani przewrotnej sensacji o psychopatycznym pracowniku policji, który morduje morderców. Ani komediodramatu o ekscentrycznym lekarzu, który rozwiązuje zagadkę śmiercionośnej choroby niczym Sherlock Holmes zagadkę zbrodni. I tak dalej, i tak dalej. No bo czy Skazani na Shawshank, Czas apokalipsy Pulp Fiction byłyby lepszymi fabułami, gdyby poddać je dekompresji i przekształcić na seriale? Czytaj dalej

Ko*iksy, cz. 1

Nie lubię komiksów. Tak w ogóle, tak po prostu. Ani tych humorystycznych, ani tych dramatycznych, określanych nierzadko mianem "powieści graficznych". Uważam, że jest to miałki rodzaj literatury (jeżeli w ogóle komiksy wolno do literatury zaliczyć), miałki na wszystkich możliwych poziomach: i fabularnym, i psychologicznym, i dialogowym. Komiksowe medium zresztą od początku wydaje się stać na przegranej pozycji. Ile narracyjnej głębi da się wydobyć z kombinacji kolorowych obrazków z krótkimi wypowiedziami wrzucanymi w dymki? Podczas gdy pisarze mają możliwość operowania całym bogactwem języka literackiego ze wszystkimi jego niuansami, podczas gdy reżyserzy mogą posługiwać się obrazem w sposób płynny i korzystać ze zróżnicowanego repertuaru zabiegów wizualnych, twórcy komiksów stoją gdzieś pomiędzy tymi dwoma światami, nie mogąc tak naprawdę dosięgnąć ani jednego, ani drugiego.

Gdy byłem mały, oczywiście czytałem komiksy — "Kaczory Donaldy", "Asteriksy", "Tytusy", "Kajka i Kokosze". Potem z nich wyrosłem. Z komiksami "poważnymi", przeznaczonymi dla dorosłych zetknąłem się kilka razy… i to mi wystarczyło. Ze szczątkowych informacji i pojedynczych przesłanek potrafiłem wyrobić sobie negatywne zdanie na ich temat. Zdanie, nazwijmy rzecz po imieniu, trafne. Jako że ze swoją opinią nigdy się nie kryłem i otwarcie głosiłem bezwzględną wyższość literatury tradycyjnej nad komiksami, szybko trafiłem na oponenta w postaci Mateusza, znanego w mazowieckich kręgach apologety i kolekcjonera "dymkowych" opowieści. Mateusz z uporem godnym lepszej sprawy przy każdej okazji zapytywał mnie: "Skąd możesz wiedzieć, że nie lubisz, skoro nie czytałeś tych najlepszych?". Na rzucenie rękawicy nie musiałem długo czekać.

Mateusz zaproponował mi oto, bym zapoznał się z trzema tytułami stanowiącymi ukoronowanie dokonań trzech różnych podgatunków: komiksu psychologiczno-obyczajowego, komiksu biograficzno-historycznego oraz komiksu superbohatersko-sensacyjnego. Przyjąłem wyzwanie, spodziewając się wyłącznie pozyskania dodatkowych argumentów przemawiających za bylejakością "powieści graficznych". …

Czytaj dalej