Uwłaszczenie nomenklatury

Lingwistyczno-polityczny dowcip rzecze, że zwrot „uwłaszczenie nomenklatury” jest nieprzetłumaczalny na język angielski. Tak naprawdę nie sprawia on jednak szczególnego kłopotu w przekładzie. W słownikach angielskich funkcjonuje bowiem słowo „nomenklatura” będące dosłownym zapożyczeniem z rosyjskiego. Odpowiednik „uwłaszczenia” zaś to „enfranchisement” (bez negatywnych skojarzeń) tudzież „embezzlement” (z).

„Nomenklatura’s embezzlement” rozwiązuje więc sprawę.

Niedawno naszła mnie ponadto myśl, że dla „nomenklatury” istnieje w gruncie rzeczy dobry angielski ekwiwalent. Albo inaczej – istnieje pewne angielskie słowo, które rozgościło się w polszczyźnie, ale które wolno chyba tłumaczyć na „nomenklaturę” właśnie, i vice versa.

Chodzi o „establishment”.

Etymologiczni i leksykalni konserwatyści z miejsca zaprotestują, że tak się nie da. „Nomenklatura” po łacinie oznacza „przydzielanie rzeczom nazw” tudzież „mianowanie”; politologicznie rzecz ujmując związana jest jednoznacznie z komunizmem, denotuje sformalizowany system partyjnych mianowań na urzędnicze i kierownicze stanowiska.

Z kolei morfologicznym rdzeniem „establishmentu” jest „stabilny”, a wyraz ten odwołuje się do ugruntowanej, choć niekoniecznie oficjalnej, struktury władzy w społeczeństwie, do przedstawicieli jej elity, i nie zależy od obowiązującego ustroju. „Nomenklatura” jest więc ostentacyjnie jawna, partyjniacka. „Establishment” pociąga za sznurki z ukrycia dysponując zarazem wielkimi zasobami kapitałowymi.

Gdzież tam Cyrankiewiczowi do Bidena!

Sądzę jednak, że przy odrobinie dobrej woli i językowej giętkości znak równości między oboma terminami da się utrzymać. Czy „establishment’s embezzlement” nie brzmi równie dźwięcznie co „uwłaszczenie nomenklatury”?

Zjawy i mary

Dlaczego właśnie „Zjawa”? Roztrząsanie polskich tłumaczeń filmowych tytułów przynosi mi sporo frajdy. Czy „The Revenant”, skądinąd bardzo dobry film z 2015 r. z Leonardo DiCaprio, za który otrzymał wreszcie zasłużonego Oskara, nie mógłby po naszemu nazywać się inaczej?

„Revenant” to słowo francuskiej prowieniencji z XIX wieku. Oznacza dosłownie „powróconego” (od czasownika „revenir”). Może chodzić o kogoś, kto fizycznie powrócił np. z dalekiej podróży, o kogoś kto metaforycznie się odrodził, albo o kogoś kto powrócił zza grobu – jako duch lub nawet coś bardziej cielesnego.

Czy w języku polskim nie występuje jednowyrazowe określenie na „osobę, która wróciła”? Pozornie nie. To dość dziwne, zważywszy, że w wielu codziennych sytuacjach by się przydało. Gdyby istniało i gdyby posiadało dodatkowe fajne konotacje (niekoniecznie nadnaturalne), „The Revenant” przetłumaczyłby się sam.

Zajrzałem do paru starych słowników („Słownika warszawskiego” z początku XX wieku i do XIX-wiecznego „Słownika Lindego”). Czy nasi przodkowie znali „powrótnego”, „powracacza”, „powrotnika”? Warszawiacy i Linde jakoś nie, ale znał Doroszewski:

powrotnik

Problem rozwiązany.

Oczywiście, można by się przyczepić, że „powrotnik” brzmi archaicznie. Kto dzisiaj używa tego słowa? Ja w każdym razie zacznę. Pamiętajmy jednak, że „revenant” w angielszczyźnie nie jest bynajmniej archaizmem. Od połowy XX wieku używa się go coraz częściej, choć przyznam, że przed premierą filmu Iñárritu nigdy się z nim nie spotkałem.

Poszukajmy dalej. „Ożywieniec”! Pasuje idealnie. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu okazało się, że to słowo nie figuruje w słownikach współczesnej ani dawnej polszczyzny (!). Jest najwyraźniej neologizmem ukutym na potrzeby gier erpegowych i komputerowych, notabene niedopuszczalnym w skrablach.

Alternatywą dla „powrotnika” mogłaby więc stać się „mara”. To też określenie na „ducha”, a ponadto – i tutaj tkwi jej przewaga nad „zjawą” – „mara” jest ciekawie dwuznaczna. Odwołuje się także do majaków (wizji?) dręczących półżywego głównego bohatera, a mimo to nie budzi natychmiastowych skojarzeń z horrorami.

Jak zwał, tak zwał. „The Revenant” gorąco polecam: mistrzowska lekcja kinematografii, prequel westernów (western metafizyczny?), instrukcja hardkorowego survivalu, niedźwiedź trzymający Leo w parterze.

I na zakończenie lingwistyczny smaczek. Przeglądając na chybił trafił „Słownik warszawski” natknąłem się na słowo POMISIĆ.

Image

„Wymisić”? „Potrzebić”? „Pokastrować”?!?

Kabel od internetu (14)

DESIGN. Minimalistyczne okładki książek Przemka Dębowskiego oraz zaprojektowane przezeń „okładkowe plakaty” w stylu retro. A tutaj coś na dłuuugie godziny przeglądania w ten sam deseń: imponująca kolekcja ilustracji książkowych z całego świata. Naprawdę warto pogrzebać w archiwum.

FILMIKI. Na Wikipedii znajdziemy wykaz najczęściej oglądanych filmików na YouTubie. Ech, być jak Gangnam Style… flaga_uk

CIEKAWOSTKI. Słowik kląska, szpak świszczy, skowronek dziędzieje, a jak gada jemiołuszka…? Oraz od zatrzęsienia innych ciekawostek. flaga_polska

Czytaj dalej Kabel od internetu (14)

Hamilton

Jestem zacofany, jeśli chodzi o nowinki technologiczne. Za dowód rzeczowy niech posłuży moja komórka – zgrabna, czarna, lekka Nokia 105, którą wystarczy ładować raz na tydzień. Pamiętam też, że nadzwyczaj późno, dopiero w drugiej połowie ubiegłej dekady, odkryłem możliwość oglądania filmów na DVD.

Jasne, wiedziałem wcześniej o tym wynalazku – wiecie, że napisanie tutaj „o tej technologii” byłoby uchybieniem językowym? to fascynujące zagadnienie semantyczne, gdyż zjawiska, które w mowie potocznej nazywamy „technologią”, powinno określać się jako „technikę”; na dodatek znaczenia pojęć „technologia” i „technika” są w języku angielskim mniej więcej odwrotne niż w polskim, co potęguje zamieszanie – no więc zdawałem sobie wcześniej sprawę z faktu wydawania filmów na DVD, lecz długo nie wpadłem na to, że przecież ja też mogę kupić odtwarzacz, podłączyć go do telewizora i oglądać na zawołanie przygody Jamesa Bonda.

Niedawno „odkryłem” z kolei legalne platformy z muzyką online. Okazuje się, że ze Spotify da się wygodnie strumieniować dowolną muzykę nie płacąc ani centa. W darmowej wersji trzeba tylko raz na jakiś czas – bez porównania rzadziej niż w stacjach radiowych! – wysłuchać krótkiej reklamy.

Jednym z pierwszych albumów odsłuchanych przeze mnie na Spotify był Hamilton, soundtrack z broadwayowskiego musicalu święcącego obecnie wielkie triumfy w USA. Spektakl opowiada o życiu oraz politycznym dziele Aleksandra Hamiltona, jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych.

Odsłuchałem i teraz bardzo chętnie obejrzałbym całość. Do USA na razie się nie wybieram, pozostaje więc trzymać kciuki za planowaną ekranizację. Płyta robi wrażenie. Owszem, dużo tam hip-hopu, ale takiego inteligentnego, z historyczną i polityczną treścią. Album dostępny jest także na YouTubie. Polecam!

Czy Polacy kiedykolwiek doczekają się podobnego widowiska o transformacji ustrojowej? Generał Jaruzelski jako groźny DJ Wrona, Wałęsa jako MC Lechu, Michnik jako niepokorny b-boy? Pomarzyć wolno. Serio uważam, że wśród młodzieży (i nie tylko) byłby to wielki hicior.

Napędzana bestia

Dawno, dawno temu, gdy trawa Web 2.0 zieleniła się wiosenną świeżością, Seji bronił na forum Poltergeista tezy o leksykalnej wyższości języka angielskiego nad polskim. Teza ta na pierwszy rzut oka wydaje się banalnie łatwa do uzasadnienia: mowa Anglosasów z powodów geograficzno-historycznych (brytyjskoimperialnych i paxamericańskich) często zapożyczała wszak zwroty z innych języków, a jej żywa kultura napędzała procesy neologizmotwórcze.

Przykład dosłownie pierwszy z brzegu: „napędzać”. Po angielsku to „animate”, „drive”, „fuel”, „induce”, „instigate”, „power”, „prompt” albo „propel”. Synonimów do wyboru, do koloru, pełna gama odcieni semantycznych. Jak to wygląda w polskim? Biednie. Jest „napędzać”, jest „wprawiać w ruch” (oszustwo, bo trzy słowa!), ewentualnie „zasilać” (ale tego ostatniego w przeciwieństwie do „power” nie używa się w przenośni). 8:3 dla angielskiego.

Czyżby?

napędzać napędzam napędzasz napędza napędzamy napędzacie napędzają napędzałem napędzałeś napędzał napędzała napędzało napędzaliśmy napędzałyśmy napędzaliście napędzałyście napędzali napędzały napędzę napędzisz napędzie napędzimy napędzicie napędzą napędzaj! napędzajcie! napędzajmy! napędzałbym napędzałabym napędzałbyś napędzałabyś napędzałby napędzałaby napędzalibyśmy napędzałybyśmy napędzalibyście napędzałybyście napędzaliby napędzałyby napędzając napędzający napędzająca napędzające napędzany napędzana

Naliczyłem 45 form. Jeszcze mój ukochany imiesłów przysłówkowy uprzedni – „napędziwszy” – oraz grzeczny ukłon w stronę Reymonta – „napędzajta!” – i dobiliśmy do 47. To oczywiście nie koniec, bo w języku polskim istnieje także magiczne rozróżnienie na aspekt dokonany oraz niedokonany. „Napędziłem, napędziłeś, napędził…” Siedem dych jak w mordę strzelił. Łaskawie zignoruję wersję bez „na-„, ponieważ „pędzić” znaczy trochę co innego.

Czasowniki w języku angielskim też się odmieniają, lecz żałośnie skromnie:

drive drives driving drove driven

Pomnożenie przez ilość synonimów daje nam oszołamiające 210:40 dla polskiego. Po druzgoczącym zwycięstwie na boisku piłkarskim przyszła nieoczekiwanie pora na miażdżący rewanż w koszykówce.

„Hold your horses!”, zakrzykną anglofile, „liczymy leksemy, nie formy jednego słowa!” Ale właściwie dlaczego? Naszym celem jest przecież zmierzenie zasobów danego języka, a trudno zaprzeczyć, że bogata gramatyka pozwala na więcej szaleństw. W znakomitym, obfitującym w trafne przykłady artykuliku Counting words nadworny lingwista The Economist wyjaśnia, że sposób liczenia słów to sprawa wysoce uznaniowa. O „napędzajta” niestety nie wspomina, ale pojawia się u niego „Unabhängigkeitserklärung”.

Do napisania powyższej notki zainspirowała mnie rozmowa z Arkiem oraz uświadomienie sobie, że gdy w języku polskim chcemy trochę uwznioślić jakieś słowo, a brakuje nam odpowiedniego synonimu, możemy zawsze skorzystać z dobrodziejstw inwersji. Tytuł filmu The Fault in Our Stars to dosłownie Wina w naszych gwiazdach, ale taka wersja brzmi nieco topornie; choćby dlatego, że angielskie „fault” to nie „wina”, lecz coś pomiędzy „winą” a „błędem”. Błąd w naszych gwiazdach? Nie. Grzech w naszych gwiazdach? Uchybienie w naszych gwiazdach? Przewina w naszych gwiazdach? Nie, nie, nie. Dodajmy raczej szczyptę inwersji. Oficjalny tytuł polski brzmi Gwiazd naszych wina – jest idealnie.

W wirtualne ręce wpadła mi niedawno książka Elizabeth A. Johnson pt. Ask the Beasts poświęcona chrześcijańskiej ekologii. „Beast” to słowo-pułapka, wredny fałszywy przyjaciel, bo nawet osoba obeznana z językiem angielskim przetłumaczy je bez wahania na „bestię”. Tymczasem taki przekład nie zawsze zadziała, ponieważ, owszem, „beast” może być „bestią-potworem”, ale stanowi także liryczny synonim „zwierzęcia”. Coś jak polskie „bydlę” (ale to znowu kojarzy się z polityką) albo „bydlątko” (to z kolei brzmi zbyt delikatnie). Sprawdziłem z ciekawości w Biblii Tysiąclecia. Tam też nie mieli dobrego pomysłu, bo o ile w Rdz 1:30 czytamy po angielsku:

And to all the beasts of the earth and all the birds in the sky and all the creatures that move along the ground (…)

to w polskim tłumaczeniu brzmi to już po prostu tak:

A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi (…)

Jak zatem należałoby przetłumaczyć tytuł książki Johnson? Spytajcie bestii? Wychodzi nam horror egzystencjalny. Spytajcie bydląt? Historia SLD. Spytajcie zwierząt polnych? Kolejna książka o doktorze Dolittle.

Na ratunek spieszy inwersja: Zwierząt spytajcie. Mucha nie siada.

Autorem ilustracji tytułowej jest Philip Kirk (CC).