Filmorys (21)

black_pearl

W dzisiejszym Filmorysie aż trzy filmy otrzymały najwyższą możliwą ocenę. Haczyk? Dwa z nich już kiedyś widziałem. Nie ma to jak w pełni satysfakcjonująca powtórka! Mam zresztą taki cichy zamiar: Po skończeniu pięćdziesiątego, ewentualnie sześćdziesiątego roku życia, będę z premedytacją oglądać (prawie) wyłącznie filmy mi znane, „sprzed lat”, takie, o których będę wiedział, że są znakomite. Sentyment połączy się na zawsze z jakością.

Oczywiście, różnie to bywa. Gusta się zmieniają. Niekiedy powtórne seanse rozczarowują. Od takiego przypadku dzisiaj zaczniemy. Zaś na samym końcu znajdziecie omówienie wyjątkowego gniota.

Czytaj dalej Filmorys (21)

Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 1

rope 2

10. Sznur
(Rope; 1948)

Hitchcockowy kanon. Dwóch snobistycznych dupków morduje kolegę, ukrywa zwłoki w skrzyni, przykrywa ją obrusem i urządza kolację, na którą przychodzą między innymi ojciec i narzeczona denata, zastanawiający się na głos, co też mogło tak opóźnić przybycie Davida…

Alfred Hitchcock nakręcił Sznur, swój pierwszy technikolorowy film, w dziesięciu długich ujęciach. Większość z nich została sprytnie sklejona, tak, że liczba cięć wydaje się mniejsza niż dziewięć. Efekt: Formalny majstersztyk z imponującą cykloramą w tle (Hitchcock zalicza kameo przebrany za czerwony neon!). Ale: W Sznurze jest dużo gadania i mało akcji. To w zasadzie teatr telewizji. Niektórych zniecierpliwi.

rope

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 1

Obejrzane w 2015: Polskie

Siekierezada (1985)

siekierezada-plakatJuż, już chciałem bezczelnie oznajmić, że Siekierezada jest najlepszym polskim filmem powstałym w roku mego urodzenia, lecz w ostatniej chwili zapytałem sam siebie, ile ja właściwie polskich filmów z 1985 r. widziałem. Z przygnębieniem odkryłem, że poza Siekierezadą na razie żadnego, bo ani C.K. Dezerterów, ani Kochanków mojej mamy, ani Kronik wypadków miłosnych, ani Ga ga: Chwała bohaterom, ani Osobistego pamiętnika grzesznika. Ta litania tytułów ma w sobie coś z masochizmu, urwijmy ją więc czym prędzej przyjmując po prostu, że rok, w którym Gorbaczow przejął władzę w ZSRR, był świetnym rokiem dla polskiego kina (lepszym od 1984 i 1986, co każdy może w wolnej chwili potwierdzić samemu). A Siekierezada w pełni nadaje się na reprezentowanie go w poniższym zestawieniu.

Film mojego – a co tam, pochwalę się – wujka Witolda Leszczyńskiego stanowi ekranizację niegrubej książki pod tym samym tytułem. Wyszła spod pióra Edwarda Stachury, poety, który w pewnych kręgach cieszy się opinią kultowego, ale który nie jest mimo wszystko w naszej ojczyźnie powszechnie rozpoznawany. A szkoda, bo był postacią fascynującą w swej tragiczności, no i pięknie pisać potrafił.

Siekierezada-film stanowi ekranizacją tyleż wierną, co luźną. Pozorny paradoks bierze się stąd, że pierwowzór posiada niby zwartą fabułę – Janek Pradera, alter-ego pisarza, po rozstaniu z ukochaną wyjeżdżą w leśną głuszą, by podjąć się ciężkiej pracy przy wyrębie – lecz swą liryczną konstrukcją zachęca reżysera do interpretacji. Leszczyński nie daje się dwa razy prosić. Podąża za narracją Stachury, zręcznie tłumaczy poezję tekstu na poezję obrazu, ale i dodaje kilka smakowitych rzeczy od siebie.

siekierezada-kadr

Mimo to żałuję, że jego dzieło jest tak kameralne. Reżyser nie skorzystał z okazji, nie zaczerpnął z innych książek Stachury, nie nakręcił filmu biograficznego pełną gębą. Autor Całej jaskrawości na porządny „biopik” zasługuje i miejmy nadzieję – a piszę to kilka tygodni po premierze filmu o Beksińskich – że kiedyś się go doczeka.

Tak czy owak, Siekierezadę gorąco polecam. Choćby dla dwóch scen: tej rozgrywającej się w barze, w której między innymi mowa o odrąbywaniu ręki podniesionej na kobietę, oraz tej, w której Daniel Olbrychski, alter-ego alter-ega, odpowiada nabrzmiałymi od znaczenia półsłówkami na wścibskie, dobroduszne pytania Franciszka Pieczki. Poza tym film jest bodajże najciekawszym w karierze Edwarda Żentary; odtwórca roli Stachury-Pradery też nieszczęśliwie zakończył swój żywot.

Czytaj dalej Obejrzane w 2015: Polskie

Obejrzane w 2015: Niespodzianki

Dziwak (Creep; 2014)

Znacie przyjemność płynącą z oglądania głupawego, lecz porządnie zrealizowanego kina klasy B? A przyjemność, jaką daje kino o nieokreślonym gatunku? Dziwak łączy je ze sobą. Historyjka o kamerzyście, który jedzie na odludzie za zleceniem, trzyma nas w swoistym metanapięciu. Nie wiemy, w którą stronę ten dziwaczny – godzien tytułu – film skręci. W stronę czarnej komedii? Survivalu? Slashera? Pornosa gejowskiego? Okazuje się zatem nieprzewidywalny także na poziomie fabuły, a wątpliwości rozwiewa dopiero końcówka, jak na hollywoodzkie standardy absurdalna, ale i miażdżąca, pozostawiająca widza w stanie lekkiego szoku.

creepFilm dostarcza też sposobności, by poudawać profesora Miodka. Angielskie słowo „creep” jest nieprzetłumaczalne. Pochodzi od przymiotnika „creepy” oznaczającego coś, co wywołuje lekkie ciarki na plecach, coś więcej niż „niepokojącego” („disturbing”, „unsetting”), ale niezupełnie „strasznego” („scary”). W „creepy” mieści się poza tym odcień dziwności. Niezłym odpowiednikiem byłby swojski wyraz „nieswój”, lecz po pierwsze może on sygnalizować chorobę, a po drugie, odnosi się nie do źródła odczucia, lecz do samopoczucia podmiotu. Po angielsku powiemy na przykład, że wieczorny spacer po lesie był „creepy”, ale po polsku możemy tylko powiedzieć, że czuliśmy się podczas niego nieswojo. Konstrukcja będzie dłuższa. Co najważniejsze, w języku polskim nie funkcjonuje określenie „nieswojak” – choć byłoby ono niegłupim neologizmem! – podczas gdy Anglosas osobę, która jest „creepy”, nazwie po prostu „creepem”.

Czytaj dalej Obejrzane w 2015: Niespodzianki

Filmorys (5)

Piąty Filmorys ukazuje się po trzymiesięcznej wakacyjnej przerwie. Pod lupę trafiło dziewięć filmów, a więc o jeden więcej niż w trzech poprzednich odcinkach. Forma cyklu, zgodnie z Waszymi życzeniami — które stanowiły z kolei odpowiedź na moje zapytanie — pozostaje niezmieniona; dalej też oceny wystawiam przy użyciu prostego systemu pięciu gwiazdek.

No to jedziemy. Miłośnicy komiksów i fanatyczni wielbiciele The X-Files, przygotujcie się, bo zaraz będziecie chcieli mnie rozszarpać.

Czytaj dalej Filmorys (5)

Filmorys (4)

Nie lubię zaczynać opinii o filmach od słów „mógł to być…”, bo zaprzepaszczona szansa na dobre kino boli bardziej niż oczywista od pierwszych minut chała. Czwarty odcinek Filmorysa rozpocznie się od dwóch takich rozczarowań, ale później będzie nieco lepiej. Niestety, pięciu gwiazdek dzisiaj nie uświadczycie.

Tak, gwiazdek. Postanowiłem uprościć filmorysowy system oceniania. Od dzisiaj skalę szkolną z plusami, minusami i słownymi uzupełnieniami („warto zobaczyć”, „trzeba zobaczyć”) zastąpiłem uśmiechniętymi gwiazdkami. Pięć znaczy must-see, cztery — should-see. Trzy to film „wporzo”, ale nic ponadto. Dwie gwiazdki oznaczają coś mniej lub bardziej kiepskiego, a jedna gwiazdka… sami się domyślcie.

Przy okazji chciałem poprosić o mały feedback. Czy dotychczasowa formuła Filmorysu sprawdza się z punktu widzenia wygody blogowego czytelnika? Czy może raczej kolejne odcinki powinny ukazywać się częściej, ale za to do każdego z nich powinno trafiać mniej filmów (2-4)? Z jednej strony nie chcę się rozdrabniać, ale z drugiej wiem doskonale, że długie wpisy na blogu, obojętnie na jaki temat, niekoniecznie są jazzy. …

Czytaj dalej Filmorys (4)

Filmorys (3)


Do trzeciego odcinku Filmorysu trafiło osiem tytułów: Dwa polskie miniseriale, dwa polskie filmy fabularne, jeden nie do końca udany thriller, jeden zupełnie nieudany thriller, wiekowy klasyk kina SF i nowość z Clivem O (która chyba nawet jeszcze nie dotarła do Polski). Zapraszam.

Czytaj dalej Filmorys (3)

Dzień kupy



It's flame time, baby.

Obejrzałem kilka godzin temu Dzień świra. W ciągu tych pięciu lat, jakie zdążyły minąć od premiery, nasłuchałem się o nim niemało superlatywów. Że bardzo śmieszny, ale że poruszający przy tym ważką problematykę społeczną. Że wesoły, ale jednocześnie przygnębiający i dający do myślenia. Że Kondrat świetnie gra, a w tle przewija się cała plejada znanych polskich aktorów. Film miałem okazję obejrzeć dopiero dzisiaj (co jest związane z faktem, że w minioną sobotę wkroczyłem w erę filmów na DVD — do mojego pokoju trafiła kombinacja telewizor plus odtwarzacz). I co? "Kurwa, ja pierdolę", powiedziałby główny bohater. A ja rzeknę krócej: Chała.

Co prawda, przez pierwsze pół godziny widz nabiera apetytu, bo film trzyma przyzwoity poziom. Niestety, Dzień świra traci go gwałtownie w okolicach sceny w mieszkaniu byłej żony Adasia. Następujący po niej obsuw jest szybki i bolesny. Parę dobrych momentów — sekwencja w pociągu i modlitwa balkonowa — nie są w stanie uratować sytuacji. Przy napisach końcowych przeżuwałem spore rozczarowanie.

Prawdopodobnie większości z Was Dzień świra się podobał (?), więc w tym miejscu mógłbym zakończyć swą impresję i stwierdzić defensywnie, że o gustach się nie dyskutuje. Mam jednak pod ręką kilka argumentów konkretniejszych niż "nie, bo nie", i spróbuję nimi nieco zobiektywizować swoją ocenę.

Czytaj dalej Dzień kupy

Rodzime „Sie7em”



Na liście irytujących uczuć przyzwoitą lokatę zajmuje to wywołane przez nieznajomość tytułu utworu (literackiego, filmowego bądź muzycznego), z którym mieliśmy do czynienia i który bardzo nam się podobał. Czasem tytułu się zapomina, jak to bywa w przypadku widzianych przed laty filmów lub czytanych w dzieciństwie książek; czasem tytułu nigdy nie poznajemy, bo albo "nie oglądaliśmy od samego początku", albo "didżej w radiu nie zapowiedział". Na anonimowość piosenek trudno zaradzić, gdyż wyszukiwarki dźwiękowej obsługiwanej mruczeniem na melodię jeszcze nie wynaleziono. Pół biedy natomiast, jeśli problem dotyczy książki albo filmu — w erze internetu z pomocą przychodzą Gugiel, fora, Usenet… Trzeba jednak posiadać jakiś punkt zaczepienia, którego ja niestety nie miałem.

Czytaj dalej Rodzime „Sie7em”