Filmorys (3)


Do trzeciego odcinku Filmorysu trafiło osiem tytułów: Dwa polskie miniseriale, dwa polskie filmy fabularne, jeden nie do końca udany thriller, jeden zupełnie nieudany thriller, wiekowy klasyk kina SF i nowość z Clivem O (która chyba nawet jeszcze nie dotarła do Polski). Zapraszam.

Czytaj dalej Filmorys (3)

Dzień kupy



It's flame time, baby.

Obejrzałem kilka godzin temu Dzień świra. W ciągu tych pięciu lat, jakie zdążyły minąć od premiery, nasłuchałem się o nim niemało superlatywów. Że bardzo śmieszny, ale że poruszający przy tym ważką problematykę społeczną. Że wesoły, ale jednocześnie przygnębiający i dający do myślenia. Że Kondrat świetnie gra, a w tle przewija się cała plejada znanych polskich aktorów. Film miałem okazję obejrzeć dopiero dzisiaj (co jest związane z faktem, że w minioną sobotę wkroczyłem w erę filmów na DVD — do mojego pokoju trafiła kombinacja telewizor plus odtwarzacz). I co? "Kurwa, ja pierdolę", powiedziałby główny bohater. A ja rzeknę krócej: Chała.

Co prawda, przez pierwsze pół godziny widz nabiera apetytu, bo film trzyma przyzwoity poziom. Niestety, Dzień świra traci go gwałtownie w okolicach sceny w mieszkaniu byłej żony Adasia. Następujący po niej obsuw jest szybki i bolesny. Parę dobrych momentów — sekwencja w pociągu i modlitwa balkonowa — nie są w stanie uratować sytuacji. Przy napisach końcowych przeżuwałem spore rozczarowanie.

Prawdopodobnie większości z Was Dzień świra się podobał (?), więc w tym miejscu mógłbym zakończyć swą impresję i stwierdzić defensywnie, że o gustach się nie dyskutuje. Mam jednak pod ręką kilka argumentów konkretniejszych niż "nie, bo nie", i spróbuję nimi nieco zobiektywizować swoją ocenę.

Czytaj dalej Dzień kupy

Rodzime „Sie7em”



Na liście irytujących uczuć przyzwoitą lokatę zajmuje to wywołane przez nieznajomość tytułu utworu (literackiego, filmowego bądź muzycznego), z którym mieliśmy do czynienia i który bardzo nam się podobał. Czasem tytułu się zapomina, jak to bywa w przypadku widzianych przed laty filmów lub czytanych w dzieciństwie książek; czasem tytułu nigdy nie poznajemy, bo albo "nie oglądaliśmy od samego początku", albo "didżej w radiu nie zapowiedział". Na anonimowość piosenek trudno zaradzić, gdyż wyszukiwarki dźwiękowej obsługiwanej mruczeniem na melodię jeszcze nie wynaleziono. Pół biedy natomiast, jeśli problem dotyczy książki albo filmu — w erze internetu z pomocą przychodzą Gugiel, fora, Usenet… Trzeba jednak posiadać jakiś punkt zaczepienia, którego ja niestety nie miałem.

Czytaj dalej Rodzime „Sie7em”