Filmorys (21)

black_pearl

W dzisiejszym Filmorysie aż trzy filmy otrzymały najwyższą możliwą ocenę. Haczyk? Dwa z nich już kiedyś widziałem. Nie ma to jak w pełni satysfakcjonująca powtórka! Mam zresztą taki cichy zamiar: Po skończeniu pięćdziesiątego, ewentualnie sześćdziesiątego roku życia, będę z premedytacją oglądać (prawie) wyłącznie filmy mi znane, „sprzed lat”, takie, o których będę wiedział, że są znakomite. Sentyment połączy się na zawsze z jakością.

Oczywiście, różnie to bywa. Gusta się zmieniają. Niekiedy powtórne seanse rozczarowują. Od takiego przypadku dzisiaj zaczniemy. Zaś na samym końcu znajdziecie omówienie wyjątkowego gniota.

Czytaj dalej Filmorys (21)

Quatermain, Allan Quatermain

loeg-connery

Leibniz głosił, że żyjemy w najlepszym możliwym świecie. Absolutnie nie może to być prawdą. Nasz świat przynajmniej pod jednym względem nie jest zoptymalizowany. Otóż w rzeczywistości alternatywnej – nazwijmy ją Szwatem Wan – ostatni etap kariery Seana Connery’ego potoczył się inaczej.

W Szwiecie Wan pierwszy odtwórca roli Jamesa Bonda wystąpił zamiast Iana McKellena jako Gandalf w Jacksonowskiej trylogii Władcy Pierścieni, zaś w roku 2003 wcielił się w drugoplanową rolę Architekta w sequelu Matriksa. Publiczność pożegnał jako emerytowany pisarz William Forrester w pięknym, choć niepozornym filmie pt. Szukając siebie, ostatnim przed swoją aktorską emeryturą. Dziesięć lat później wstał z bujanego fotela i sprawił swym fanom morową niespodziankę: w finale Skyfall pojawił się na chwilę obok „nowego” 007 jako siwy Kincade, opiekun rodzinnej posiadłości Bondów w mglistej Szkocji.

Powyższych fantazmatów castingowych nie wysysam bynajmniej z palca. Connery’emu faktycznie oferowano role Gandalfa i Architekta. Odmówił, bo „nie czytał Tolkiena” i „nie rozumiał scenariusza”. Zagrał w Szukając siebie – faktycznie świetnym dramacie – który swoją premierę miał już w 2000 r. W Skyfall się nie pojawił, gdyż koniec końców reżyser mu roli nie zaproponował (pewnie i tak by odmówił). W naszym świecie ostatnim filmem z udziałem Connery’ego była Liga Niezwykłych Dżentelmenów z 2003 r. Sean z pewnością i tego scenariusza nie zrozumiał, ale bał się popełnić dwukrotnie ten sam błąd. Pomylił się niestety znowu. Karierę winien był zakończyć na Forresterze.

loeg-posterLND jest filmem kiepskim. Nie widać tego od razu, ponieważ jak na adaptację graficznej powieści Alana Moore’a przystało, odznacza się pewną erudycją. Oto superbohaterowie literatury fantastycznej i przygodowej XIX wieku – emerytowany łowca Allan Quatermain (Kopalnie króla Solomona), kapitan Nemo (tak!), Mina Harker (niedoszła narzeczona Draculi), niewidzialny człowiek, Dorian Gray (ten od portretu), agent specjalny Tom Sawyer (tak!!) oraz Dr. Jekyll / Pan Hyde (tak!!!) – łączą siły pod auspicjami tajemniczego pracownika brytyjskiego wywiadu przedstawiającego się jako M. (tak!!!!), aby powstrzymać złowrogiego, zamaskowanego badguya pragnącego doprowadzić do wybuchu Wielkiej Wojny w Europie.

Miłośnicy prozy Haggarda, Verne’a, Stokera, Wellsa, Wilde’a, Twaina i Stevensona powinni w tym momencie zatrzeć ręce, a pasjonaci fantastycznej historii alternatywnej – oblizać się z mlaśnięciem. Sceptycy zwrócą z kolei uwagę, że tych postaci jest troszkę za dużo; koncepcja brzmi too wygrzew to be true. Rację będą mieli oczywiście ci ostatni. Nie wiem, czy późniejsi o dziesięć lat marvelowscy Avengersi są filmem fajniejszym (nie widziałem), lecz LND jest z pewnością filmem ułomnym.

loeg-team

Pierwsze pół godziny ogląda się całkiem nieźle. Katastrofa przychodzi wraz z drugim aktem. Montażysta kaleczy istotny wątek, literacka zabawa zamienia się w łubudu. Widać jak na dłoni, gdzie kończy się geniusz Moore’a, a zaczyna „innowacyjność” reżysera i scenarzysty. LND nie potrafi uratować ani charyzma Connery’ego (jedynego porządnego aktora w obsadzie), ani zwrot akcji związany z tożsamością Złego, ani tym bardziej fajne efekty specjalne przedstawiające Hulka… przepraszam, Pana Hyde’a (pozostałe efekty mają ciekawy steampunkowy sznyt, ale są plastikowe).

Doprawdy, Wielki Szkot powinien inaczej pożegnać się z kinem. Z tym pożegnaniem, rozumianym jako końcowe sceny filmu, wiąże się zresztą zawód gigantyczny jak „Nautilus”. Toć to chyba jedno z największych rozczarowań metafilmowych wszech czasów! Będę musiał zaspojlerować:

Czytaj dalej Quatermain, Allan Quatermain

Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 2

virunga 2

5. Virunga
(2014)

Dawne dziecko-żołnierz, szlachetny belgijski arystokrata, francuska dziennikarka śledcza i prostoduszny opiekun zwierząt łączą siły, by obronić kongijski park narodowy Virunga, ostatnie siedlisko goryli górskich, przed partyzantami, kłusownikami oraz spragnionymi nafty korporacjami. Brzmi jak fabuła nowej powieści Johna Le Carré, ale to tylko — a właściwie aż — głośny film dokumentalny Netfliksu sprzed kilku lat. Pozycja tyleż gorzka, co obowiązkowa.

virunga

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 2

Obejrzane w 2012: Najlepsze

Po przeglądzie zeszłorocznych filmowych rozczarowań i niespodzianek przyszła nareszcie pora na zestawienie najważniejsze, bo "najlepsze". Znalazły się w nim zaledwie trzy nowości (tj. produkcje z roku 2012 lub końca 2011), ale za to jedna z nich, na przekór powszechnej opinii, zawędrowała bardzo wysoko. Poniższy wpis jest długi, lecz w obawie przed pretensjonalnością nie rozbijałem go na dwie części.

Czytaj dalej Obejrzane w 2012: Najlepsze

Obejrzane w 2012: Rozczarowania

10. Sherlock Holmes (2009)
Listę największych filmowych rozczarowań minionego roku otwiera film, o którym z góry wiedziałem, że mnie rozczaruje, toteż i zawód był raczej niewielki. Literacki Sherlock Holmes to inspirująca postać, lecz Guy Ritchie nie wykorzystał tkwiącego w niej potencjału. Ekranowej charyzmie Roberta Downeya Jra nie mam nic do zarzucenia, ale kolorowy i dynamicznie zmontowany Londyn, do którego wrzucono nową inkarnację najsłynniejszego detektywa na świecie, zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Czekam zatem dalej na wiktoriański odpowiednik Siedem z Holmesem i Watsonem zamiast Somerseta i Millsa.

Czytaj dalej Obejrzane w 2012: Rozczarowania

Indiana Jones i Trzy Grosze Borysa


Nowy Indiana Jones trafił do kin przeszło dwa tygodnie temu. Film obejrzałem w dniu premiery i początkowo nosiłem się z zamiarem popełnienia recenzji, jednak nie miałem czasu zabrać się za to od razu, a zaraz potem obrodziło w Sieci cudzymi tekstami. Pełnowymiarowej recenzji już nie napiszę, ale swoje trzy grosze chciałbym dorzucić.

Czytaj dalej Indiana Jones i Trzy Grosze Borysa

Aye czy argh?


Trzecia część Piratów z Karaibów rozczarowała mnie. Chyba nie na tyle, by żałować pieniędzy wydanych na bilet, lecz z pewnością na tyle, by westchnąć i zamarudzić o zmarnowaniu wielkiego potencjału. Klątwa Czarnej Perły pozostaje najlepszą częścią trylogii i z perspektywy czasu oceniam ją na 5/6, chociaż dobrze byłoby zweryfikować wrażenia i obejrzeć film raz jeszcze. Widziana w zeszłe wakacje Skrzynia umarlaka zasłużyła sobie już tylko na czwórkę z minusem, a Na krańcu świata daję zaledwie nędzną trójeczkę. A teraz uzasadnienie, czy raczej wyliczanka wad.

Czytaj dalej Aye czy argh?