Filmorys (26)

the_shawshank_redemption-kadr

W minionym roku uprawiałem gatunek mikrorecenzji filmowej (zawsze dokładnie tysiąc znaków!) intensywnie. Przedstawiłem w ten sposób 60 tytułów. Pora na przerwę. Następny Filmorys nastanie nieprędko.

 

Skazani na Shawshank
(The Shawshank Redemption; 1994)

Stephen King nie ma szczęścia do ekranizacji. Jednak może się pochwalić, iż na podstawie właśnie jego minipowieści nakręcono film wszech czasów. „Skazani na Shawshank” są zasłużonym numerem jeden na liście IMDB, choć w roku swojej premiery przegrali walkę o widza i o Oskary z „Pulp Fiction” i „Forrestem Gumpem”.

O wybitności więziennej epopei – wydarzenia rozgrywają się wszak na przestrzeni 20 lat – przesądziło mistrzowskie manewrowanie pośród gatunków. „Skazani…” rozpoczynają się jak dramat sądowy, potem płynnie przechodzą w sensację o brutalnym życiu za kratami. Środkowa część filmu to dobrze rozpisana obyczajówka z frapującymi postaciami. Akt trzeci skręca w kierunku thrillera, a zakończenie proponuje nam jeden z najsłynniejszych happy-endów w historii kina. Poza tym należy zaznaczyć, że reżyser i scenarzysta Frank Darabont wyminął wszystkie warsztatowe pułapki. Nie uświadczymy tu melodramy ani flashbacków, zaś kompozycja finałowej sceny stanowi dowód wielkiego wyczucia rzemiosła.

★★★★★

Czytaj dalej Filmorys (26)

Filmorys (24)

dunkirk-kadr

Dunkierka
(Dunkirk; 2017)

Nie wierzyłem w „Dunkierkę”.

dunkirk-posterRaz, że Christopher Nolan od dłuższego czasu obniżał loty. Obawiałem się, że brytyjski reżyser, pomimo mocnych pomysłów i znakomitego warsztatu, nigdy nie osiągnie poziomu bezbłędnego „Prestiżu”. Dwa, że dunkierski epizod wydawał się dość słabym materiałem na opowieść z czasów Drugiej Wojny Światowej. Wojska alianckie stłoczone na francuskiej plaży nie były wszak pod naporem niemieckiej ofensywy. Ot, ewakuowały się po prostu przez Kanał.

Nolan pamięta o faktach, nie nagina historii do swoich potrzeb. Rozwija trzy w zasadzie proste wątki – żołnierz błąkający się po plaży; płynący na odsiecz angielski kuter rybacki; „dogfight” – lecz realizuje je z ogromnym kunsztem audiowizualnym i splata w nieliniowy, diachroniczny sposób. Niewidoczni Niemcy nadają lądowym strzelaninom horrowego posmaku, tykająca muzyka Zimmera odmierza czas, we wspaniałej finałowej scenie Spitfire urasta do rangi symbolu niezachwiannej wojennej odwagi.

Nolan znowu leci wysoko nad chmurami.

★★★★★

Czytaj dalej Filmorys (24)

Filmorys (9)

Dziewiąty Filmorys prezentuje się wyjątkowo przyzwoicie. Po pierwsze, ilość — na ruszt znów trafia dziesięć filmów. Po drugie, większość z nich to nowości (cztery produkcje nakręcono w tym roku — z czego jedna nie miała jeszcze premiery w Polsce — a dwie w roku ubiegłym). Po trzecie, jakość. Trzy filmy dostały pięć gwiazdek, i choć w przypadku dwóch z nich taki stan rzeczy nie powinien dziwić, to ten trzeci uważam za swoje osobiste "odkrycie". Nic, tylko oglądać. Ale najpierw — przeczytać.

Notabene, funkcjonalność Filmorysu zostaje rozszerzona. Pod każdym tytułem będzie teraz krył się link do zwiastunu. Powinienem był o tym pomyśleć już dawno temu.

Czytaj dalej Filmorys (9)

Jesteśmy w Warszawie…

Gdy na pierwszej stronie powieści natrafiamy na dramatis personæ i gdy owo zestawienie rozpoczyna się od takich oto patetycznych słów:


Osoby, które stykały się bezpośrednio lub pośrednio ze ZŁYM w pociągach podmiejskich, tramwajach, autobusach, trolejbusach, barach mlecznych, knajpach, nocnych lokalach, dansingach, restauracjach, zakładach zbiorowego żywienia, bufetach stacyjnych, kawiarniach, na ulicach Warszawy, placach, skwerkach, mostach, dworcach kolejowych, przystankach tramwajowych, targowiskach, bazarach, Koszykach, "ciuchach", przed kinami, stadionami sportowymi, aptekami, ślizgawkami, w sklepach, w domach towarowych, w warsztatach samochodowych, w garażach i resztkach ruin, i wszędzie indziej

wiemy już, że nie trzymamy w rękach zwykłej książki. I faktycznie, Zły Leopolda Tyrmanda, dzieło wydane po raz pierwszy w 1955 r., zasługuje na miano kultowego. Nie jestem znawcą rodzimej literatury, ale podejrzewam, że ze świecą by szukać wśród jej przedstawicieli powieści podobnej do Złego. Owo jedyne w swoim rodzaju połączenie kryminału, sensacji i czarnej komedii Gombrowicz nazwał w recenzji "romansem brukowym". Tłumacząc na współczesny język: Zły to wspaniały przykład polskiego pulp fiction, w której wartkiej akcji akompaniuje potoczysty, barwny język. …

Czytaj dalej Jesteśmy w Warszawie…

Gorzkie kwiaty



Varg Veum1, prywatny detektyw z Bergen, to znana postać norweskiej literatury współczesnej. Stworzył ją w latach siedemdziesiątych. Gunnar Staalesen, autor parudziesięciu powieści kryminalnych. Niedawno Norwegowie postanowili przenieść Veuma na duży i mały ekran. Jesienią 2007 r. do kin trafiły Gorzkie kwiaty, w przeciągu następnych miesięcy od razu na DVD wydano Twoją aż po śmierć i Śpiącą Królewnę, a za tydzień swą premierę — tym razem kinową — będą miały Upadłe anioły. Docelowo producenci zamierzają sfilmować pół tuzina powieści o Vargu Veumie.

Twórczości Gunnara Staalesena nie znam. Do obejrzenia Gorzkich kwiatów zachęcił mnie, podobnie jak w przypadku Constantine trzy lata temu… plakat. Tak już czasem mam. Zdrowy rozsądek podpowiada, że to bardzo niewłaściwa motywacja, przez którą można się srogo przejechać. Constantine faktycznie mnie rozczarował. Do Gorzkich kwiatów podchodziłem tak czy owak sceptycznie, bo do końca nie wierzyłem, że Norwegowie potrafią nakręcić dobry kryminał. Myliłem się. …

Czytaj dalej Gorzkie kwiaty

Holmes


Jaki jest sens tego wszystkiego, Watsonie? Czemu służy ten krąg niedoli, przemocy i strachu? Jego istnienie musi mieć jakiś cel, albowiem w przeciwnym razie naszym wszechświatem rządzi przypadek, a przecie uwierzyć w to niepodobna. Lecz jaki cel? Oto wielkie i odwieczne pytanie, a ludzkiemu rozumowi równie daleko do znalezienia na nie odpowiedzi dziś, co kiedyś.

— Sherlock Holmes

Znawcy twierdzą, że tylko trzem postaciom literackim udało się przeniknąć do rzeczywistości: Pewnemu błędnemu rycerzowi z La Manchy. Pewnemu rozbitkowi na bezludnej wyspie. I pewnemu prywatnemu detektywowi zamieszkałemu przy Baker Street 221B w Londynie.

Czytaj dalej Holmes

Rodzime „Sie7em”



Na liście irytujących uczuć przyzwoitą lokatę zajmuje to wywołane przez nieznajomość tytułu utworu (literackiego, filmowego bądź muzycznego), z którym mieliśmy do czynienia i który bardzo nam się podobał. Czasem tytułu się zapomina, jak to bywa w przypadku widzianych przed laty filmów lub czytanych w dzieciństwie książek; czasem tytułu nigdy nie poznajemy, bo albo "nie oglądaliśmy od samego początku", albo "didżej w radiu nie zapowiedział". Na anonimowość piosenek trudno zaradzić, gdyż wyszukiwarki dźwiękowej obsługiwanej mruczeniem na melodię jeszcze nie wynaleziono. Pół biedy natomiast, jeśli problem dotyczy książki albo filmu — w erze internetu z pomocą przychodzą Gugiel, fora, Usenet… Trzeba jednak posiadać jakiś punkt zaczepienia, którego ja niestety nie miałem.

Czytaj dalej Rodzime „Sie7em”