Apologia książki

ksiazki.jpg

Badania BN [Biblioteki Narodowej] pokazują, [że powiększa się grupa osób] zdecydowanie oświadczających brak jakiejkolwiek aktywności czytelniczej – jeszcze niedawno osoby mówiące, że nigdy nie czytały, stanowiły dużo mniejszy odsetek, być może jeszcze wahały się przed samymi sobą. Dzisiaj te deklaracje są bardzo stanowczo wypowiadane. (…)

Najważniejsze w czytaniu jest to, że nikt nie wchodzi między nas a litery; to jest przestrzeń bardzo intymna. Jeśli pozbawimy się tego azylu dla naszej psychiki, słabiej będziemy się wewnętrznie rozwijać. Czytanie zmniejsza stres, poprawia koncentrację i pamięć.

Osoby czytające obawiają się mniej przyszłości, są bardziej aktywne społecznie, odpowiedzialne i empatyczne, ale też częściej podejmują ryzyko zmiany pracy na lepszą. Poznając inne światy, zapoznając się z innymi bohaterami, nie ograniczają swojego życia wyłącznie do tych osób zdarzeń, sytuacji, które znają bezpośrednio w swoim otoczeniu, z telewizji lub Internetu. (…)

Mamy tylko 10% tzw. czytelników codziennych, którzy czytają więcej niż 7 książek rocznie. To bardzo niewielka grupa, bo jeszcze kilka lat temu to było 20%. Jedyny dobry znak w tych badaniach jest taki, że te osoby, które czytają intensywnie, czytają coraz więcej. (…)

Oczywiście jest tak, że społeczeństwa, które inwestują w książki, siłą rzeczy będą się rozwijały szybciej. (…) To się przekłada na kreatywność, innowacyjność, na odwagę w podejmowaniu nowych wyzwań, także tych o charakterze kulturalnym czy biznesowym. Wysokie czytelnictwo występuje u kierowników i specjalistów, są to w większości osoby, które wykazują się pomysłowością, otwartością i podejmowaniem ryzyka przy zachowaniu rozwagi. (…)

Społeczeństwo, które więcej czyta, jest dużo bardziej kreatywne i innowacyjne, i to zresztą pokazują badania w skali europejskiej na poziomie innowacyjności i kreatywności w różnych krajach Europy.

[Biblioteki publiczne] powinny być atrakcyjne jako budynki, jako przyjazne miejsca związane z prestiżem. Tak jest w krajach skandynawskich, w których biblioteki są większymi budynkami, bardziej reprezentacyjnymi niż urzędy gmin.

— Tomasz Makowski (24/3/2016)

Czytaj dalej Apologia książki

Reklamy

Królowie kultury

Paradox to szwedzki producent gier komputerowych specjalizujący się w strategiach historycznych. Ich portfolio jest imponujące, a perłę w koronie stanowi seria Europa Universalis, w której przez trzy wieki rządzimy wybraną nacją (niekoniecznie europejską) dbając o jej gospodarkę, armię, stosunki dyplomcrusader_kingsatyczne i włości kolonialne. Za prequel EU można z kolei uznać obie części Crusader Kings obejmującego okres późnego średniowiecza, od bitwy pod Hastings do zdobycia Konstantynopola.

Crusader Kings polecali mi wczesną wiosną Bartek z Leszkiem, a paradoksową szalę przeważył Tomek, który przez kilka czerwcowych dni przed zaśnięciem z zapałem referował swój podbój Starego Kontynentu w Europa Universalis. O doborze tytułu zdecydowała pierwotna rekomendacja wraz z ograniczeniami sprzętowymi posiadanego komputera. Założyłem konto na Steamie i kupiłem, chyba nawet w promocji, pierwszą część Królów Krzyżowców.

Jak to w produkcjach Paradoksu bywa, kilka godzin zajęło mi opanowanie interfejsu. Potem już do woli mogłem zachwycać się feudalną mechaniką gry. Inna „epicka” strategia, Civilization, przyzwyczaiła mnie do zarządzania zwartym państwem. Tymczasem CK oddało mi pod bezpośrednią kontrolę tylko dynastię oraz jej dwór. Zamiast więc zabezpieczać pługiem i mieczem interesy ekonomiczne całego powiązanego ze stolicą terytorium, musiałem raczej pielęgnować stosunki z wasalami posiadającymi swoją grową autonomię. Jednocześnie starannie wychowywałem progeniturę wiedząc, że w momencie śmierci mojej postaci wcielę się natychmiast w prawowitego następcę tronu.

Po opanowaniu wszystkich suwaków i przycisków nie bardzo wiedziałem, co właściwie w Crusader Kings należy robić, żeby „wygrać”. Dopiero po parokrotnym zresetowaniu kampanii dotarło do mnie, że gra jest samograjem tudzież sandboksem – robisz, co chcesz, a potem reagujesz na wyniki swoich działań. Otwarty świat w grach przygodowo-zręcznośćiowych kocham, ale w strategii…? Master of Orion, Warcraft i Jagged Alliance wychowały mnie inaczej. Po jakichś dwudziestu godzinach zabawy z dalszego „bezcelowego” grania w CK zrezygnowałem, bo na następnych dwieście nie miałem ochoty.

Czasu spędzonego przy Crusader Kings bynajmniej nie żałuję, ponieważ dzieło Paradoksu pomogło mi zrozumieć historycznego ducha feudalizmu lepiej niż wszystkie przeczytane książki o epoce razem wzięte (choć nie było ich znowu tak wiele). Edukacyjny walor tej gry jest niezaprzeczalny. Przypuszczam zresztą, że gdybym zabrał się od razu za „dwójkę”, jak zalecali Bartek i Leszek, to wygładzony interfejs i mechanika wciągnęłyby mnie mocniej.

Tak czy owak, Paradoks, ani żaden inny producent gier komputerowych, nie ma na razie w swojej ofercie tytułu, który jakiś czas temu sobie wymarzyłem. Otóż chciałbym kiedyś zagrać w „wielką” strategię rozpoczynającą się we wczesnej starożytności (albo nawet późnej prehistorii) a kończącą w (nie)dalekiej przyszłości, w której pokierowałbym dziejami wybranej cywilizacji. Rzecz w tym, że moja wymarzona gra koncentrowałaby się nie tylko na aspekcie militarnym, gospodarczym, eksploracyjnym i dyplomatycznym, ale przede wszystkim na Kulturze pisanej wielką literą. Co przez to dokładnie rozumiem?

Wszystko.

W mechanice mojej wymarzonej gry znalazłoby się miejsce i dla kultury materialnej, i dla kultury duchowej, i dla kultury społecznej, i dla kultury politycznej. Gracz mógłby kształtować naukę, technikę, sztukę, naukę, religię, filozofię, dynamikę społeczną, moralność, ideologię i ustrój polityczny. Wszystkie wątki przenikałyby się, wpływały na siebie w sposób nieliniowy i posiadały oczywiście pewne elementy losowe. Całość kulturowa zamknięta byłaby w ramach typowych dla strategii 4X.

swiat_czlowiekaJak taka synteza wyglądałaby na ekranie? Nie mam zielonego pojęcia. Przypuszczam jednak, że w stworzeniu gry kluczową rolę odegraliby antropolodzy. Na grzebanie w kodzie bym im nie pozwolił, ale na ekspertyzę kulturową już jak najbardziej. Przeczytałem kilka miesięcy temu antologię tekstów klasycznej antropologii, dzięki której poznałem szereg fascynujących sposobów myślenia o kulturze. Każdy z nich w ten czy inny sposób znalazłby odzwierciedlenie w mojej wymarzonej grze:

Ewolucjonizm usprawiedliwiłby umieszczenie w rozgrywce tradycyjnego drzewka technologicznego. Dyfuzjonizm podpowiedziałby jak skodyfikować oddziaływania pomiędzy poszczególnymi cywilizacjami. Szkoła durkheimowska określiłaby mechanikę społeczną i religijną. Relatywizm kulturowy sprawiłby, że każdą cywilizacją grałoby się „jakoś inaczej”. Psychokulturalizm dostarczyłby wskazówek dotyczących postaw i reakcji wirtualnej ludności. Konfiguracjonizm przedstawiłby negatywne skutki kulturowych rewolucji. Funkcjonalizm opisałby działanie instytucji i wszystkich „City Improvements”. Neoewolucjonizm wyjaśniłby znaczenie zasobów naturalnych dla rozwoju kultury. Wreszcie strukturalizm powiązałby wszystkie elementy w miodną całość.

Obawiam się, że moja wymarzona, totalna gra strategiczna nigdy nie powstanie. Jednak po jej ewentualnej premierze Paradox będzie musiał zwinąć interes.

Trochę kultury?

Kluczem do wydajnej intelektualnej pracy są cogodzinne pięciominutowe przerwy. Trzeba pozwolić odpocząć umysłowi od intensywnie zgłębianego zagadnienia i zająć go przez chwilę czymś innym, czymś, co pozwoli mu się odprężyć, lecz zarazem utrzyma go w stanie umiarkowanej koncentracji. Lord i ja wiemy o tym ucinając sobie króciutkie pogawędki na chacie w trakcie godzin pracy. Oczywiście, nigdy przenigdy nie rozmawiamy o pierdołach. Niezmiennym tematem naszych intelektualnych mikrokonwersacji jest kondycja stanu ludzkiego: Lubimy wspólnie dumać nad możliwościami jej poprawy. Ostatnio, zainspirowani problematyką interpretacji twórczości Herberta, pochyliliśmy się nad kulturą i kwestią finansowania tejże z budżetu państwa. Oto główne spostrzeżenia składające się na wyciąg z tamtej dyskusji. Rzecz jasna, poszczególne punkty nie mają żadną miarą definitywnego charakteru (pięć minut przerwy minęło szybko i musieliśmy wracać do pracy!); są aporetyczne i częściowo nieuczesane. Zapraszamy do polemiki pod szyldem „Czy należy finansować kulturę?“.

Czytaj dalej Trochę kultury?