Godzinki

w_zla_godzine-ksiadz.jpg

Jak rozmawia się z matką, gdy ma się naście lat? Zupełnie nie pamiętam. A jak rozmawiamy z matką w wieku nastoletnim, jeżeli właśnie skończyła się straszna wojna, która obróciła kraj w ruiny, a nasz ojciec, jej mąż, stracił na niej życie? Szczęśliwie nie mogę tego wiedzieć z autopsji. Kąkolewskiemu zaś, który usiłował przedstawić ową relację w swej powieści, na jotę nie uwierzyłem. Albo stosunki między matkami i synami były podówczas całkiem inne niż dzisiaj, albo też pisarz popuścił wodze fantazji. Rachunek prawdopodobieństwa wespół z kilkoma poszlakami kompozycyjnymi podpowiadają, że zapewne to drugie.

Czytaj dalej

Reklamy

Nowej notki na razie nie będzie (16)

nnnrnb

Czy raczej: „przez jakiś czas nie było”. Ale teraz już, jak widać, się pojawiła. Chociaż następnej przez jakiś czasu znowu może nie być. Nigdy nic nie wiadomo. Zobaczymy.

Bywalcy Blogrysa wiedzą, że zimą i wiosną pisałem nadzwyczaj często. Bodajże na przełomie stycznia i lutego zrobiło się też regularnie. Przez kilka miesięcy nowe notki pojawiały się w każdą środę i niedzielę. Systematyczność napędzał początkowo ich mały zapas. Jednak gdy się wyczerpał, zacząłem robić bokami i w połowie kwietnia odpadłem. Pomyślałem zresztą, że jeżeli odstawię blogowanie, to rozpędzę swój artykuł poświęcony historii amerykańskiego hip-hopu i zdołam napisać parę zaległych recenzji.

Nic takiego się nie zdarzyło.

Czytaj dalej

Sympatia do diabła

woland_berlioz

„…Jam częścią tej siły,
która wiecznie zła pragnąc,
wiecznie czyni dobro.”

— J.W. Goethe, „Faust”

Michał Bułhakow to szczególna i tragiczna postać rosyjskiej – radzieckiej – literatury. Urodzony w Kijowie, był jednym z siedmiu synów wysoko postawionego urzędnika państwowego, teologa i znanego eseisty. Skończył medycynę, przez czas jakiś praktykował na smoleńskiej prowincji. W 1919 r. porzucił zawód i zajął się pisarstwem.

Jego twórczość cieszyła się początkowo wielkim uznaniem Stalina. W latach dwudziestych Bułhakow był wręcz (mimowolnym?) protegowanym dyktatora. Wkrótce jednak komunistyczna krytyka rozpętała nagonkę na pisarza. Względy wielkiego szefa bolszewii uratowały go przed więzieniem, lecz nie uchroniły przed zakazem publikacji.

Wpędzony w depresję Bułhakow spalił pierwszą wersję swej najwybitniejszej powieści, Mistrza i Małgorzaty. Wrzucił do ognia bruliony z gotowym rękopisem, któremu – po napisaniu na nowo i wydaniu w latach sześćdziesiątych, ćwierć wieku po śmierci autora – przeznaczone było stać się jednym z arcydzieł literatury światowej.

„Los oszczędził Bułhakowi drastycznych represji, lecz przeprowadził go za to przez piekło nienawiści, zapoznania, niezrozumienia. Przekonany o swoim literackim posłannictwie i w ogóle posłannictwie literatury (…) uporczywie pisał, choć odebrano mu możliwość dotarcia do czytelnika. Co może być większą tragedią dla pisarza?”, mówiła w posłowiu Jadwiga Śliszowa.

Czytaj dalej

Nowej notki na razie nie będzie (9)

1. W kilogramie wody znajduje się sto milionów miliardów miliardów molekuł H2O; jedynka z dwudziestoma sześcioma zerami. Dużo. Wyobraźmy więc sobie maleńką „kropelkę” wody składającą się z zaledwie 300 molekuł i dla wielkiego uproszczenia przyjmijmy, że każda z nich może znajdować się w jednym z dwóch stanów, np. albo wibruje zgodnie z ruchem wskazówek zegara (nazwijmy go stanem A), albo w kierunku przeciwnym (B).

Chcemy opisać naszą kropelkę poprzez skatalogowanie wszystkich możliwych kombinacji stanów molekuł. Ile ich będzie? Dla dwóch molekuł istniałyby tylko cztery (AA, AB, BA, BB), dla trzech molekuł – osiem (AAA, AAB, ABA, itd.), a dla trzystu łączna liczba kombinacji wynosi dwa pomnożone przez siebie trzysta razy, czyli dwa do trzechsetnej potęgi, a to z kolei daje nam jedynkę z 90 zerami. Kombinacji jest więcej niż atomów we Wszechświecie!

I teraz morał: Twardy dysk wielkości całego kosmosu nie pomieściłby szczegółowego opisu maleńkiej kropelki wody.

Czytaj dalej

Co ja czytam

Molierowski pan Jourdain zadziwił się okrutnie dowiedziawszy się, że całe życie mówił prozą. Oczywiście nie dlatego, iż myślał, że mówi wierszem, lecz dlatego, że obce było mu rozróżnienie na prozę i poezję. Ja na szczęście poznałem owe kategorie dość wcześnie dzięki jednemu z Kompendiów Wiedzy. Pochodzący stamtąd dowcip rysunkowy, prawdopodobnie autorstwa Śledzia, pokazywał trzy komputery ustawione w rządku: peceta, Amigę i bodajże Atari. Podpisane były: „epika – liryka – dramat”.

Jednak literackie kategorie skrywały przede mną przez długie lata dwie inne tajemnice. Objawiły się one przede mną spontanicznie i niemalże jednocześnie, bo w przeciągu kilku ostatnich tygodni.

Czytaj dalej

Cierpienia młodego Wertera


Wszyscy znamy tę historię. Pechowcy doświadczyli jej osobiście, większość obserwowała ją z dystansu, reszta słyszała o niej od kolegi kuzyna. On ugania się za dziewczyną, która nie jest nim zainteresowana; albo dlatego, że jej się nie podoba, albo dlatego, że już kogoś ma. W zależności od dziewczyny i stopnia wcześniejszej zażyłości możliwych jest kilka scenariuszy. Nakreślmy ich pełne spektrum: ona składa doniesienie na policję o stalkingu – spławia go bezpardonowo – ignoruje go – toleruje, ale trzyma na dystans – szufladkuje jako psiapsiela, vulgo friendzonuje. Legendy miejskie głoszą, że z friendzonu niektórym udało się wydostać, ale Goethe wiedział, że takie opowieści można wsadzić między bajki. Napisał więc własną wersję, w której finale tytułowy bohater strzela sobie w łeb z pistoletu pożyczonego od jej męża. “Ponieśli go do mogiły rękodzielnicy miejscy. Nie odprowadził ciała żaden z księży.”

Z Cierpieniami młodego Wertera zetknąłem się po raz pierwszy w wydaniu obrazkowym. Dawno temu, w “Komiksie Gigancie”, przeczytałem Cierpienia młodego kaczora, swobodną disneyowską adaptację z Donaldem w roli Wertera, Daisy w roli Karoliny (vel Loty, skrót od Charlotty) i Gogusiem w roli Alberta. Kwerenda internetowa wykazuje, że miałem wtedy dziewięć lat. Dla porządku dodajmy, że cztery lata później w o klasę gorszym “Kaczorze Donaldzie” pojawiły się inne Cierpienia młodego kaczora, tym razem nie mające bodajże nic wspólnego z Goethowskim pierwowzorem.

Johann Wolfgang napisał swą debiutancką powieść w 1774 r. w wieku zaledwie dwudziestu pięciu lat (i co Ty na to, świeżo upieczony magistrze humanistycznego kierunku?). Historia nieszczęśliwej i tragicznej miłości młodzieńca w błękitnym fraku i żółtej kamizelce trafiła szybko do kanonu Sturmu und Drangu przygotowując grunt pod nadchodzący szybkimi krokami romantyzm. Zaczytywał się w niej Napoleon Bonaparte podczas kampanii egipskiej, a inni, mniej rozsądni fani naśladowali swojego idola popełniając samobójstwo w identycznym stroju. Cierpienia… doczekały się nawet fanfiku: Friedrich Nicolai napisał Radości młodego Wertera, w których Albert nie tylko uniemożliwia Werterowi popełnienie samobójstwa, ale na dodatek oddaje mu Lotę. Samowola kolegi po piórze nie spodobała się autorowi oryginału. Goethe napisał w odpowiedzi poemat, w którym wieśniak imieniem Nicolai sra na grób Wertera. Serio.

Cierpienia młodego Wertera są niedługą i wcale przyjemną w odbiorze książką. To powieść epistolarna, prawie w całości składająca się z listów pisanych przez Wertera do przyjaciela Wilhelma i do Loty. Listów bardzo egzaltowanych, dzięki czemu utwór posiada niezaprzeczalny stylistyczny urok i w wielu miejscach prędzej wywoła na twarzy czytelnika uśmiech niż grymas empatycznego wzruszenia. Nie mam pojęcia, czy Goethe celowo przejaskrawił swojego bohatera, czy też w tamtej epoce po prostu tak się pisało (podejrzewam, że jedno i drugie), lecz Werter jawi się jako postać nie tragiczna, tylko irytująca, żeby nie powiedzieć – trochę żałosna. Sympatia czytelnicza leży więc po stronie biednej Loty, która nie śmie odpędzić natrętnego adoratora, i Alberta, wzorowego narzeczonego i męża, któremu dobre maniery nie pozwalają pogonić z kijem bezrobotnego poety wzdychającego bez przerwy, głośno i z bardzo bliska do jego dziewczyny.

W ramach odrabiania klasyków z pewnością warto Cierpienia młodego Wertera przeczytać. Książka dostępna jest w przekładzie Franciszka Mirandoli na Wolnych Lekturach.

Dyskusja literacka: „Dżuma” (Albert Camus)

Dyskutują: Stanisław Krawczyk i Borys Jagielski

Nawet jeśli afirmujemy problematyczny podział literatury na "popularną" i "wysoką", natychmiast trzeba zaznaczyć, że również i ta druga służy do czytania "dla przyjemności". Z tego oczywistego spostrzeżenia płynie mniej oczywisty wniosek — o literaturze wysokiej wolno dyskutować z punktu widzenia zwykłego czytelnika. Zwykłego, a więc takiego, którego bardziej interesuje, czy dany tytuł dobrze się czytało, aniżeli jaką teorię literatury najlepiej ilustruje, jak wpisuje się w swoją epokę i jaki jest jego stosunek do innych kanonicznych dzieł. Bo przecież "wysoka" literatura posiada także wymiar beletrystyczny. A beletrystykę ocenia się pod kątem pomysłu, fabuł, przekonywających postaci, zapadających w pamięci scen, tempa, klimatu, zwrotów akcji, dialogów, stylu. Podchodzenie na kolanach nie jest wymagane. Oczywiście, wielka literatura nie staje się wielką bez powodu, i zalety z reguły będą przewyższały wady. Mimo wszystko jednak, jeśli coś nam się nie spodoba, można śmiało wytknąć to palcem bez oglądania się na rzesze zawodowych krytyków. I odwrotnie: chwalić też zawsze należy po swojemu. W końcu każdy z nas szuka w literaturze czegoś innego.

Rozmawiamy o książkach. Tych głównonurtowych, tych kanonicznych, tych głośnych, tych uznanych, i to wcale niekoniecznie z ostatniego półwiecza. Rozmawiamy na luzie, choć czasem pozwalamy sobie również popaść w bardziej zaawansowany dyskurs.

Tego rodzaju dyskusje o wytworach kultury najlepiej czyta się po uprzednim zapoznaniu się z danym utworem. Zdajemy sobie zatem sprawę, że nasze wymiany poglądów są adresowane przede wszystkim do osób, które daną książkę znają i mogą skonfrontować swoje opinie z naszymi. Niemniej nie musi to wcale oznaczać, że nigdy nie zdołamy nikogo skłonić do sięgnięcia po pisarza z przysłowiowej górnej półki. Im więcej takich zachęconych, tym lepiej.

STASZEK: Chyba pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy podczas lektury, było pierwsze dwadzieścia stron. Gdyby to sprowadzić do poziomu samych zdarzeń, mielibyśmy do czynienia z iście beletrystyczną konwencją fabularną: protagonista utworu odnajduje martwego szczura, potem pojawiają się następne, w kolejnych dniach ich liczba idzie w setki, później w tysiące. W końcu epidemia wśród zwierząt gwałtownie ustaje, ale tylko po to, aby za cel obrać sobie ludzi. Potem jednak narrator w kilku miejscach odchodzi od takiego sposobu opowiadania, zatrzymując się czasami na opisach, a co ważniejsze — na dialogach i przemyśleniach postaci. Bardziej od przyrody interesują go przy tym ludzie i ich dzieła. "Dżuma" odchodzi zatem od typowych struktur literatury popularnej a spowolnienia akcji pozwalają pogłębić tło zdarzeń, ba! — wysunąć je nawet na pierwszy plan.

Tyle tytułem wstępu. Od razu powiem, że powieść Camusa czytało mi się nieźle, choć kontrast między momentami "beletrystycznymi" a retardacjami był dość znaczny i niekiedy nieco przeszkadzał. A jak u ciebie?

BORYS: Anegdota głosi, że pewien uczeń, zapytany, o czym tak właściwie jest "Dżuma", odpowiedział: "to książka o problemach służby zdrowia w czasie epidemii". Zakładając, że anegdota jest prawdziwa — w końcu kroniki szkolne notują nie takie kwiatki — i zakładając, że rzeczony uczeń spróbował być złośliwy, muszę powiedzieć, że doskonale go rozumiem. Tylko że ja powiedziałbym nie "książka", a "kiepska książka"…

Tak jak i ty od razu więc określę swoje stanowisko: Mnie powieść Camusa się nie podobała, ani jako dzieło beletrystyczne, ani jako metaforyczne. Owszem, pierwsze dwadzieścia stron było fajne i pozytywnie kojarzyło mi się z "Epidemią" bądź "Bastionem". Autorowi nieźle udało się sportretować przysłowiową ciszę przed burzą; wiszące nad miastem zagrożenie pomorem, którego my jako czytelnicy jesteśmy świadomi, ale o którym mieszkańcy Oranu niczego nie wiedzą. Niestety, według mnie to pierwsza i ostatnia zaleta "Dżumy", bo potem warstwa beletrystyczna wyparowuje i zamienia się w metaforę. Oczywiście, niczego innego się nie spodziewałem, wiedziałem przecież, że nie trzymam w ręku thrillera medycznego. Rzecz w tym, że owa Camusowa metafora ani trochę do mnie nie przemówiła. …

Czytaj dalej