Gombrowicz

Nie mogę oblać się rumieńcem i powiedzieć, że nigdy nie przeczytałem „Ferdydurke” w liceum, bo owszem, nie przeczytałem, ale miałem ku temu doskonały powód: Nigdy nie chodziłem do polskiego liceum. Miny stroiłem za granicą, parobka po mordzie nie tłukłem.

Wreszcie, po wielu latach, nadrobiłem zaległości z krytyki tradycjonalizmu, romantyzmu i nacjonalizmu. Na przełomie 2018 i 2019 r. przeczytałem wszystkie cztery najważniejsze powieści Gombrowicza. Teraz, będąc autentycznym fanem Słowackiego (piękny kościół) i Mickiewicza (w dodatku z Bogiem w środku), wezmę zatem do ręki słynny bon mot przez autora „Pornografii” sklecony i jemu samemu nim bez pardonu po gębie przyłożę: I jak masz zachwycać, Gombro, skoro nie zachwycasz?

Tak naprawdę i od początku do końca podobał mi się tylko „Transatlantyk”, na pokładzie którego małoszycki autor wywinął popisowy taniec z językiem. (Niesamowite, jak jeden Prosty zabieg typograficzny Wpłynął na rytm Narracji). Z fabuły także boki idzie zrywać. Skądinąd wiem, że „Transatlantyk” to tytuł szalenie ważny z kulturowohistorycznego punktu widzenia, choć ja akurat czytałem bez lupy i nie analizowałem niuansów polskiej formy. Uznałem raczej książkę – to ryzykowne porównanie – za antybiegun „Ameryki”. U Kafki surrealistyczna frustracja imigrancka mieszała się z dobrodusznym humorem, u Gombrowicza zaś – dobroduszna frustracja imigrancka – z humorem surrealistycznym.

Słynne „Ferdydurke” także miało swoje – nieliczne, w gruncie rzeczy – momenty, lecz objętościowo dominowały tam dłużyzny. Przyszło mi na myśl, że czytam oto powieść na kanwie kilku doskonałych rysunków satyrycznych opublikowanych w superinteligenckiej wersji „Przekroju”. W miejscach, gdzie owe rysunki zostały przetworzone na prozę bezpośrednio (upupianie, pojedynek na miny, parobek) „Ferdydyrke” osiągnęła wyżyny, ekhm, formy. Cała reszta była jednak zbyteczna, dodana na siłę, jak na przykład owa opowiastka o Filidorze dzieckiem podszytym, która przemówiłaby do mnie bardziej, gdybym był filozoficznym laikiem, albo, na dwoje babka wróżyła, wówczas znużyłaby mnie jeszcze mocniej.

„Pornografia” – czyli sielanka według Gombrowicza. Koncertowy pomysł: Dwóch gejów (gejów?) wyjeżdża w trakcie okupacji na wieś i z dala od wojennego zgiełku próbuje w akcie zblazowania zeswatać nastoletnich zakochanych. A potem ktoś kogoś morduje. Jednak aby wyszło z tego coś porządnego, trzeba by przyłożyć się do narracji zamiast uciekać w odmęt rozmazanej, rozmigotanej literatury pięknej. Gombrowicz uciekł, rozmigotał.

I na koniec „Kosmos”. O nie, to już nie dla mnie, wszak przed wkroczeniem w rejony powieści eksperymentalnych się wzbraniam, do grona papierowych przyjaciół dopuszczam jedynie „Ulissesa”. W swoim rzekomo największym dziele Gombro poraził mnie z siłą co najwyżej sześciowoltowej bateryjki, nawet pomimo mej pozornej podatności na metafizykę uwidaczniającej się między innymi w fakcie, że też czasami ze zdwojoną uwagą przyglądam się rysom na suficie i rozważam ich ukryte znaczenie.

Reklamy

Godzinki

w_zla_godzine-ksiadz.jpg

Jak rozmawia się z matką, gdy ma się naście lat? Zupełnie nie pamiętam. A jak rozmawiamy z matką w wieku nastoletnim, jeżeli właśnie skończyła się straszna wojna, która obróciła kraj w ruiny, a nasz ojciec, jej mąż, stracił na niej życie? Szczęśliwie nie mogę tego wiedzieć z autopsji. Kąkolewskiemu zaś, który usiłował przedstawić ową relację w swej powieści, na jotę nie uwierzyłem. Albo stosunki między matkami i synami były podówczas całkiem inne niż dzisiaj, albo też pisarz popuścił wodze fantazji. Rachunek prawdopodobieństwa wespół z kilkoma poszlakami kompozycyjnymi podpowiadają, że zapewne to drugie.

Czytaj dalej Godzinki

„Chłopi” według Nowickiego

Kilka lat temu napisałem krótko i pochlebnie o ekranizacji Chłopów. Gdy kilka miesięcy temu przyszło mi obejrzeć powtórnie serial Jana Rybkowskiego, skupiłem się przede wszystkim na wizualnej stronie produkcji. Marek Nowicki spisał się fenomenalnie tworząc mnóstwo przepięknych ujęć, których kolorystyka i kompozycja przywodzą na myśl olejne obrazy o tematyce wiejskiej. Chłopi to ta sama zdjęciowa liga co o dwa lata starszy Barry Lyndon, tyle że Kubrick nakręcił wszystko w naturalnym świetle, natomiast pewnym mankamentem rodzimej produkcji są cienie z reflektorów padające niekiedy w niewłaściwych miejscach i kierunkach.

Z trzynastu odcinków dzieła Rybkowskiego wyciąłem 107 najlepszych kadrów i utworzyłem z nich album. Przypuszczam, że to największy zbiór kadrów z Chłopów w internecie. Może kiedyś przyda się komuś do prezentacji maturalnej. :)

Niedokończona trylogia

Gwiazda Tomasza Kołodziejczaka zabłysnęła na nieboskłonie polskiej fantastyki w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wydana w 1996 r. powieść Kolory sztandarów dała autorowi Zajdla, a czytelnikom nadzieję na pierwszy rodzimy space-operowy cykl. Minęły trzy lata nim ukazał się ciąg dalszy. Zakończenie Schwytanego w światła, choć do pewnego stopnia niejednoznaczne, sugerowało jednak, że pisarz do postaci Daniela Bondaree już nie wróci. I faktycznie, nie wrócił, a cykl Dominium Solarne nie doczekał się po dziś dzień kontynuacji, podobnie zresztą jak twórczość literacka Kołodziejczaka (nie licząc kilku opowiadań opublikowanych w antologiach Fabryki Słów), który obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego "Świata komiksu" prezesa Egmont Polska.

Czytaj dalej Niedokończona trylogia