Blogrys Mixtape 2018

longplay

Szczęśliwego Nowego Roku! Wracam po bez mała półrocznej nieobecności; na razie wyłącznie po to, by zgodnie z blogową (blogosferową) tradycją podsumować miniony rok przeczytanymi książkami, obejrzanymi filmami oraz wysłuchaną muzyką. Zaczynamy od nut.

Jedno jedyne kliknięcie dzieli Was od

Blogrys Mixtape 2018,

zestawu 58 kawałków, które wpadły mi w ucho tak głęboko, że skrupulatnie zanotowałem tytuł i wykonawcę.

Jedną trzecią playlisty stanowi, przyznaję bez bicia, pop; drugą trzecią utwory z popowych pograniczy; trzecią trzecią zaś przedstawiciele innych, niekoniecznie jasno zdefiniowanych gatunków. Mixtape jest więc całkiem łatwy i bardzo przyjemny w słuchaniu. Nie usiłuje schlebiać wyrafinowanym melomańskim gustom, ale ze względu na jego eklektyczność mogę zaręczyć, że każdy wyłowi przynajmniej trzy… nie, pięć perełek. Przynajmniej!

Z przykrością stwierdzam, że w zestawie nie znalazła się ani jedna polska piosenka. Poza tym prawie w ogóle nie wrzucałem doń utworów z albumów, które podobały mi się od początku do końca, chociaż wiele takowych rozbrzmiewało w mym głośniku i słuchawkach w ubiegłym roku. No to w kolejności alfabetycznej i z króciutkimi omówieniami:

  • René Aubry: Petits sauts délicats avec grand écart (2018) – delikatna, przeurocza francuska elektronika, nieślubne dziecko Vangelisa i Jarre’a.
  • The Band: Music From Big Pink (1968) – ZESPÓŁ lepiej odkryć późno niż nigdy…
  • James Brown: 20 All Time Greatest Hits! (1991) – …podobnie jak Janusza Brąziaka, mistrza soulu (ale on obił mi się przynajmniej wcześniej o uszy).
  • Leonard Cohen: The Future (1992) – akurat tej płyty Cohena nie znałem jak dotąd w całości, chociaż kiedyś, dawno temu, przy pomocy pochodzącej z niej piosenki przetrąciłem Blogrysowi kręgosłup.
  • Diana & Marvin: Diana & Marvin [album pod linkiem jest niepełny, szukajcie całości na Spotify] (1973) – w minionym roku namiętnie słuchałem Marvina Gaye’a. Z Dianą Ross stworzył chyba duet wszech czasów, natomiast…
  • Marvin Gaye: What’s Going On (1971) – …na swoim legendarnym concept albumie jest cudowny w pojedynkę…
  • Marvin Gaye: Let’s Get It On (1973) – …i oczywiście warto zapoznać się z resztą jego dyskografii.
  • Genesis: We Can’t Dance (1991) – mam słabość do Phila Collinsa.
  • Sonny Landreth: Outward Bound (1992) – elektryczny blues jak marzenie.
  • Lao Che: Wiedza o społeczeństwie (2018) – najnowsza płyta Lao Che uchodzi wśród fanów za jedną ze słabszych w ich dorobku, ale w niczym mi to nie przeszkadza. Przesłuchałem ją już z dziesięć razy. Liczba mnoga bliżej Boga.
  • Madonna: Ray of Light (1998) – chciałbym, żeby wszystkie albumy popowe były choć w połowie tak przemyślane i sprawne warsztatowo jak światło Madonny.
  • Vangelis Papathanassiou: L’apocalypse des animaux (1973) – w końcu dane mi było przesłuchać w całości płytę, z której pochodzi urzekająca La Petite Fille de la mer.
  • Shakira: Laundry Service (2001) – do Shakiry też mam słabość!
  • Nina Simone: Little Girl Blue (1959) – nadgryzłem pokaźną dyskografię Simone. Jak na razie najbardziej podobała mi się jej debiutancka płyta, chociaż większość albumów wciąż przede mną.
  • Karsten Troyke: Noch Amul! (2012) – pierwszego września byłem w doborowym towarzystwie matki i żony na niezapomnianym koncercie Troykego, Niemca specjalizującego się w tradycyjnych piosenkach żydowskich.
  • Kamasi Washington: Heaven and Earth [nie ma na YT, szukajcie na S] (2018) – spiritual jazz bez pudła.

Zaledwie trzy z powyższych są rzeczywiście nowe, to znaczy datowane na 2018 r. Pozostałe odkryłem z zawstydzającym opóźnieniem. Tak już mam.

Reklamy

Longplay 2017

longplay

W zeszłym roku moja muzyczna codzienność została zrewolucjonizowana. Odkryłem otóż, że darmowa wersja Spotify jest więcej niż przyzwoita (jak im się to opłaca?!). Zacząłem słuchać całych albumów – o tych godnych polecenia pisałem w cyklu Longplay. Dziś przyszła pora na krótkie podsumowanie i tuzin wyróżnień. Zrezygnowałem z jakichkolwiek opisów, bo pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze. Kto ciekaw, niech wyklika – tam, gdzie się dało, podlinkowałem cały album – albo na początek zapozna się z YouTube’ową playlistą.

ALTERNATYWA: Doug Hream Blunt, My Name Is (2015)
ANTOLOGIA: Różni wykonawcy, The Spirit of Talk Talk (2012)
CONCEPT ALBUM: Slow Dakota, The Ascension of Slow Dakota (2016)
Jenny Hval, Blood Bitch (2016)
GATUNEK NIEZNANY: Moderator, The World Within (2015)
HIP-HOP1: Swet Shop Boys, Cashmere (2016)
MUZYKA ŚWIATA: Fanfare Ciocărlia, Iag Bari (2001)
ODKRYTE PO LATACH: Dire Straits, Brothers in Arms (1985)
POEZJA ŚPIEWANA: Różni wykonawcy, nowOsiecka (2017)
PRAWIE POP: Prinze George, Illiterate Synth Pop (2016)
R&B: The Internet, Ego Death (2015)
SKŁADANKA: Air, Twentyears (2016)
SOUNDTRACK: Kristofer Maddigan, Cuphead OST (2017)
Różni wykonawcy, Moana OST (2016)

____________________
1 O dobrych albumach hip-hopowych usłyszanych w zeszłym roku mógłym opowiadać długo – i wkrótce to zrobię, Doktor Chojny jest w trakcie układania sążnistego, subiektywnego przeglądu – lecz na potrzeby tej notki wybrałem po prostu coś bardzo świeżego, co zaskoczyła mnie zarówno swoją gatunkową przynależnością jak i miodnością.

Blogrys Mixtape 2017

zycie_wedlug_singli

Parę lat temu bardzo spodobała mi się piosenka Dana Crolla pt. From Nowhere. Jej wartość zwiększał pomysłowy teledysk opowiadający o turnieju wpatrywania sobie w oczy bez mrugania. Wczoraj przesłuchałem wreszcie cały album pt. Sweet Disarray. Żena do kwadratu. Dobry był tylko tamten kawałek. Cała reszta to jakieś mruczando rodem z podrzędnego klubu studenckiego.

W Życiu Według Singli pisałem o takich właśnie utworach: bardzo dobrych (podług mojego ucha nastrojonego w danym momencie na muzykę lekką i przyjemną), ale pochodzących z płyt, które nie zachwycają od początku do końca. Dwa tysiące siedemnasty już się skończył, pora więc zebrać wszystkie te piosenki w jedną playlistę. Oto Blogrys Mixtape 2017. Liczy ponad sto kawałków. W prawie żadnym miejscu nie jest ambitny, ale eklektyczności mu nie odmówicie.

Cóż to, nie macie czasu na pięciogodzinną playlistę gościa pasjonującego się Eurowizją? Poniżej więc wersja skrócona, skondensowna do dwudziestu jeden tytułów, posegregowana, zagnieżdżona, nic tylko poklikać.

Czytaj dalej

Blogrys Mixtape 2016

tl;dr ― oto link do najnowszej eklektycznej Blogrysowej playlisty na YouTubie

Osoby, które nie chcą klikać w ciemno, w rozwinięciu notki znajdą wykaz wszystkich pięćdziesięciu piosenek. Kryterium podwójnie subiektywne: Utwór po raz pierwszy musiałem usłyszałem w minionym roku i musiał naturalnie wpaść mi w ucho. W paru przypadkach chodzi nie tyle o fizyczne-usłyszenie-po-raz-pierwszy, co o porządne wsłuchanie-się-po-raz-pierwszy.

O dziwo, blisko połowę z kawałków stanowią ★autentyczne nowości, czyli piosenki, które swą premierę (singlową bądź albumową) miały w minionym roku. To zasługa darmowej wersji Spotify odkrytej przeze mnie dopiero kilka miesięcy temu — supersprawa — oraz magazynu muzycznego Pitchfork, który opublikował w grudniu szereg interesujących podsumowań 2016 r. Nie omieszkałem ich zgłębić ze Spotify’em na podorędziu.

Wiele piosenek z poniższej listy polecam z całym dobrodziejstwem inwentarza, tzn. rekomenduję też gorąco albumy, z których pochodzą. Tytuły tychże w nawiasach kwadratowych.

the_getaway.png

Czytaj dalej

Najlepsze z usłyszanych w 2015

Znów sporządziłem YouTube’ową playlistę najfajniejszych piosenek usłyszanych w minionym roku. Określenie „najfajniejsze” pasuje tu bardziej niż „najlepsze”, ponieważ na mojej liście dominuje pop, wkręcający się co prawda w ucho, ale zazwyczaj niezbyt ambitny. Bądź co bądź słucham muzyki z doskoku. Popowi towarzyszy na szczęście wiele rodzynków.

Kilka słów komentarza:

• Moim największym odkryciem 2015 r. jest soulowy zespół Monophonics, który poznałem dzięki kawałkowi Deception.

• Za najlepszą piosenką zeszłego roku uważam chyba Elastic Heart Sii z fenomenalnym zapętlonym samplem w tle i rewelacyjnym teledyskiem. Sia na propsie, bo przecież w 2014 r. niezmiernie podobał mi się jej Chandelier.

• Najpiękniejszym utworem okazał się z kolei Keep Me Warm Toma Rosenthala i Aleksa Brenchleya, który zawsze już będzie kojarzył mi się z melancholijnym końcem świata, zagładą żyjących i odciętymi od metafizyki myślącymi robotami, słowem, ze Starością aksolotla Jacka Dukaja.

Czytaj dalej

Najlepsze z usłyszanych w 2014

Nastał znów styczeń, więc pora na kolejny cykl podsumowań muzyczno-filmowo-książkowych minionego roku. Z jednej strony mobilizują mnie do wzmożonej aktywności blogowej, a z drugiej pozwalają na wygodne podzielenie się polecankami.

Zacznijmy od muzyki. W 2014 r. przyjemność akustyczną sprawiło mi blisko pięćdziesiąt kawałków. Zamiast tworzyć długi, nużący ranking, wrzuciłem wszystko do YouTubowej playlisty. Dominuje pop w różnych odmianach, ponieważ na aktywne poszukiwania różnorodnej muzyki nie mam (niestety?) czasu – sporo zgromadzonych utworów usłyszałem po raz pierwszy w radiu. Zestawienie jest jednak poniekąd eklektyczne: obok rozprawy o piciu wódki figuruje romantyczna ballada o miłości, radziecki bard śpiewa przy wtórze elektronicznego dance’u, a playlistę zamykają poezja śpiewana i mash-up.

Jeżeli określenie „radziecki bard” słabo komuś współgra z liczbą 2014, to przypominam, że nie dzielę się piosenkami powstałymi w minionym roku, a takimi, które ja w 2014 r. po raz pierwszy usłyszałem. Zresztą nawet ten warunek jest naciągany, gdyż sześć pierwszych kawałków z playlisty znam dłużej, jednak zagnieździły mi się w uchu dopiero w zeszłym roku.

Czytaj dalej

Najlepsze z usłyszanych w 2013 (cz. 3)

8. Modlitwa (Marek Pisarski)

Usłyszałem Modlitwę jeden raz nocną porą w radiowej Jedynce. Przepiękny utwór: Marek Pisarski mocnym, operowym głosem, z rzewliwą pasją śpiewa Françoisa Villona do muzyki Bułata Okudżawy. Niestety, nie do znalezienia w Internecie.

7. Love Will Tear Us Apart (Susanna & The Magical Orchestra)

Zuzanna to Norweżka Susanna Karolina Wallumrød, a jej Magiczna Orkiestra składa się z jednej osoby, klawiszowca Mortena Qvenilda. Specjalizują się w bardzo powolnych, nastrojowych interpretacjach przebojów z dawnych lat; mają na swoim koncie Jolene Dolly Parton oraz Hallelujah Leonarda Cohena. Najlepiej wyszedł im cover Love Will Tear Us Apart Joy Division. Zachęcam przy okazji do poznania oryginału. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, ile osób go nie zna.

Czytaj dalej

Najlepsze z usłyszanych w 2013 (cz. 2)

16. Fly Away on the Wings of the Wind (Natasza Morozowa)

Z pewnością wiele razy słyszałem ten motyw, ale dopiero tej jesieni wpadł mi w ucho na dobre. Niezwłocznie ustaliłem, że to chór z Tańców Połowieckich z opery Kniaź Igor. Muzykę zaczął układać Aleksander Borodin, a po jego śmierci pracę dokończył Nikołaj Rimski-Korsakow. Klasyczne wykonanie znajdziecie na przykład tutaj; poniżej wklejam jednak współczesną wersję pop, nieco monotonną, ale za to pozwalającą nacieszyć się do woli tym najpiękniejszym fragmentem.

Czytaj dalej

Najlepsze z usłyszanych w 2013 (cz. 1)

24. Duża żółta taksówka (Martyna Jakubowicz)

Jakieś dziesięć lat temu w radiu często grali piosenkę, która wtedy niezbyt mi się podobała, ba, irytowała mnie nawet, ale gdy przestali ją grać, zatęskniłem. Nie zapamiętałem niestety ani wykonawcy, ani tytułu. Moja metoda szukania guglem po tekście się nie sprawdziła, gdyż jedyna fraza, jaka uparcie kołatała mi po głowie – „funky star” albo „funky light” – do niczego nie prowadziła. Wreszcie, po latach, radio zagrało kawałek ponownie. Tym razem wsłuchałem się uważnie w zapowiedź: Big Yellow Taxi zespołu Counting Crows (swoją drogą cover utworu Joni Mitchell z 1970 r.). A niedawno usłyszałem wersję spolonizowaną. To, co brałem za „funky star”, to był „parking lot”, który Jakubowicz wymawia jako „asfalt”.

Czytaj dalej