Obejrzane w 2020: Powtórki

Skusiłem się na repetę trzech najgłośniejszych filmów Christophera Nolana: Mrocznego Rycerza, Incepcji oraz Interstellara. Dawniej twierdziłem, że jakościowo należy je zaszeregować zgodnie z chronologią; że z każdym kolejnym widowiskiem twórca Prestiżu obniżał pułap o mniej więcej pół punktu na dziesięciopunktowej skali.

Ale po powtórnych seansach uznałem, iż Mroczny Rycerz plasuje się niżej niż Interstellar, które z kolei jest gorsze od Incepcji. Nolanowski „dream heist” stanowi historię bezprecedensową, staranną, oryginalną i narracyjnie domkniętą. Jej jedyna, choć dość istotna wada zagnieździła się na ostatnim poziomie finałowego snu. Strzelanka w śnieżnej scenerii w ogóle mnie nie rusza i wolałbym, żeby scenarzysta sięgnął po rozwiązania lynchowskie, bardziej oniryczne.

Czytaj dalej Obejrzane w 2020: Powtórki

Obejrzane w 2019 r.: Powtórki

…czyli filmy, które są jak wino.

licence_to_kill
Był kiedyś żonaty. Dawno temu.

the_get_down-s1-screencap
Tam gdzie są ruiny, jest też nadzieja na skarb.

dark-knight-rises-movie-screencaps.com-16304
Czy czujesz, jakbyś sprawował kontrolę?

tystnaden
Dlaczego mamusia nie chce z nami być?

motyl_i_skafander
Jak żeglarz patrzy na znikający ląd, tak i ja oglądam moją cofającą się przeszłość, która zamienia się w popioły pamięci.

 

Obejrzane w 2016: Powtórki

Przeliczam skrupulatnie linijki w pliku tekstowym obejrzane_w_2016, przeliczam, przeliczam i w głowę zachodzę, kiedy ja znajduję czas na oglądanie tych wszystkich filmów i seriali. Ilość przeczytanych książek jest z grubsza zgodna z moim wyobrażeniem o ilości czasu poświęcanego lekturom. Ilość obejrzanych — zupełnie nie.

Niech przemówią liczby: W zeszłym roku widziałem 73 filmy pełnometrażowe, ponad dwadzieścia filmów krótkometrażowych oraz siedemnaście (sezonów) seriali, łącznie prawie 200 odcinków. Wśród filmów pełnometrażowych dominowały oczywiście produkcje anglosaskie, choć od czasu do czasu zdarzało mi się obejrzeć reprezentanta tzw. „kina świata” tudzież przedstawiciela rodzimej kinematografii. Zdecydowanie częściej niż po nowości sięgałem do domowej kolekcji DVD po filmy już raz kiedyś widziane. Wiadomo, powtórki (prawie) nigdy nie rozczarowują, bo przynajmniej tutaj selektywna percepcja szczerze z człowiekiem współpracuje. Natomiast z nowościami bywa już różnie, szczególnie przy mojej wybredności.

Zacznijmy więc przegląd od powtórek. Wszystkich odcinków „Obejrzanych w 2017” będzie aż siedem, ale solennie obiecuję, że wyrobię się z nimi szybciej niż w zeszłym roku, tzn. przed grudniem.

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Powtórki

Obejrzane w 2014: Powtórki

Istnieje niemało filmów, które raz na jakiś czas lubię sobie odświeżyć. Każdy z nich uważam oczywiście za dzieło nadzwyczaj udane, choć z niezgłębionych przyczyn nie każdą bardzo dobrą produkcję chce mi się oglądać powtórnie. W zeszłym roku odnawiałem filmowe znajomości dziesięciokrotnie.

Kolejny seans Oczu szeroko zamkniętych przyniósł częściowe rozczarowanie. Nasycony erotyzmem dramat Stanley Kubricka stracił na sile wyrazu, ponieważ kino przez tych piętnaście lat przekroczyło sporo różnych granic, a i człowiek im starszy, tym mniej fascynuje go (ekranowy) seks i nagość. Owszem, jako studium niewierności i mrocznej strony ludzkiej cielesności film wciąż się broni, ale, szczerze powiedziawszy, ostatnie dzieło Kubricka jest zarazem jego dziełem najsłabszym. Masońska konspiracja seksualna? Bardziej porusza hardkorowy seksoholizm we Wstydzie, chociaż Eyes Wide Shut odznacza się zdecydowanie lepszym zakończeniem

Nie zachwyciło mnie też, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, Dziecko Rosemary. Obejrzałem je ponownie będąc świeżo po lekturze literackiego pierwowzoru Iry Levina. Nie, nie, książka nie jest bynajmniej lepsza, ale odkryłem, że Roman Polański, reżyser i autor scenariusza, przepisał ją bardzo dokładnie. Wierne ekranizacje są zawsze w cenie, jednak główną siłę Dziecka Rosemary stanowi fabuła, a ta, jak się okazało, pochodzi od deski do deski z kart powieści. Szkoda, że Polański czegoś tu od siebie nie dodał, nie zmienił. Z drugiej strony należą mu się pochwały za dobór muzyki, aktorów i perfekcyjne wyczucie słynnego epilogu z kołyską.

Wyżej niż Dziecko Rosemary stawiam wyśmienity horror z 1990 r., o którym wiele osób niestety nigdy nie słyszało i który z zapałem reklamuję przy każdej nadarzającej się okazji. W Drabinie Jakubowej Tim Robbins wcielił się w weterana wojny wietnamskiej, któremu nowojorska, depresyjna rzeczywistość pomieszała się z niezrozumiałym koszmarem. Film Adriana Lyne’a (Dziewięć i pół tygodnia, Niemoralna propozycja, remake Lolity) przypomniał mi, że naprawdę dobry horror wywołuje w sercu widza nie tylko strach, ale także smutek i współczucie dla egzystencjalnej niedoli głównego bohatera.

obejrzane2014powtorki

Słoń Gus van Santa też wzbudza strach i smutek, choć filmem grozy bynajmniej nie jest. To opowieść o szkolnej masakrze nawiązująca wprost do zdarzeń w liceum w Columbine w 1999 r. Dorota Chrobak tak pisała dziesięć lat temu w Esensji:

[Reżyser] nie próbuje niczego wyjaśniać. Zamiast tego woli wciągnąć nas w koszmar. Co więcej, na naszych oczach tworzy arcydzieło sztuki reżyserskiej, lepiąc z materii filmowej twór rzadki niczym jednorożec – eksperyment formalny, będący równocześnie moralitetem.

Słoń przeszedł w Polsce bez większego echa, a przecież bezwzględnie na te 80 minut naszego czasu zasługuje.

Swoją drogą, mam hipotezę – którą chciałbym kiedyś rozwinąć w dłuższym artykule – że w wybitnych filmach wyjątkowa forma splata się nierozerwalnie z treścią. Chrobak w recenzji wyjaśnia, na czym taka synteza polega w Słoniu. Po głowie chodzą mi trzy dalsze przykłady. Memento – historia opowiadana od tyłu, co usprawiedliwione (podyktowane) zostało zanikiem pamięci bohatera. Requiem dla snu – Aronosfky hipnotyzuje montażem i dźwiękiem, przykuwa nas wręcz do ekranu i po dwóch godzinach zostawia z ogromnym dołem. Narkotyki działają chyba podobnie.

I jeszcze Speed, który odświeżyłem sobie w marcu. Tam tempo akcji wynika z zagrożenia bombą „prędkościową”; jeśli autobus zwolni, pasażerowie wylecą w powietrze. Ogląda się wciąż wybornie. W gruncie rzeczy niewiele akcyjniaków z lat dziewięćdziesiątych przetrwało próbę czasu.

Listę zeszłorocznych powtórek zamknę Forrestem Gumpem. Zabawna sprawa: podczas kilkuletnich przerw między seansami nie wspominam wcale filmu Zemeckisa jako wybitnego, ale gdy raz na jakiś czas doń zasiadam, nieodmiennie mnie zachwyca. Podejrzewam, iż dysonans wynika z kulturowego uwarunkowania. Nie jestem Amerykaninem, a Forrest Gump to film na wskroś amerykański. Jego „narodowa” warstwa nie potrafi do mnie przemówić, liczy się tylko epicki, pseudobiograficzny spektakl pieczołowicie wpleciony we współczesną historię.

Aha. O niebo bardziej od powiedzonka o życiu i pudełku czekoladek podoba mi się „Poznasz głupiego po czynach jego”.

Obejrzane w 2013: Powtórki

W zeszłym roku obejrzałem wiele filmów po raz wtóry. W większości przypadków utwierdziłem się w przekonaniu, że mam oto do czynienia z wybornym kinem. Oczywiście, nie obeszło się też bez rozczarowań. Zacznijmy właśnie od jednego z nich.

Stan oblężenia
(The Siege; 1998)

the_siegeSwojego czasu uznałem sensację Edwarda Zwicka za przenikliwą i ekscytującą przypowieść o terroryzmie. Przenikliwą – owszem. Na trzy lata przed World Trade Center Zwick nakręcił bowiem film o eskalujących atakach terrorystycznych w Nowym Jorku i o prewencyjnym ograniczaniu praw obywatelskich napędzającym rasistowską podejrzliwość. Jednak oglądając Stan oblężenia wiele lat temu nie dostrzegłem, jak czarno-biała, czy raczej biało-czarna, jest Zwickowska Ameryka. Protagoniści to Afroamerykanie i Arabowie pracujący w FBI; antagoniści to terroryści oraz biali wojskowi dowodzeni przez Bruce’a Willisa, który wprowadza stan wojenny w Nowym Jorku z gorliwością Jaruzela. Sztampową galerię postaci uzupełnia ambiwalentna agentka CIA.

The Siege ogląda się nieźle, ale to tylko średniak z górnej półki, podobnie zresztą jak późniejsze epickie dzieła Zwicka: Ostatni samuraj i Krwawy diament.

Czytaj dalej Obejrzane w 2013: Powtórki