Przeczytane w 2014: Fikcja

7. Konrad Wallenrod (Adam Mickiewicz)

konrad_wallenrodBohaterem poematu Mickiewicza jest zakamuflowany Litwin, który z zemsty dokonuje wyrafinowanego sabotażu w Zakonie Krzyżackim. Tak naprawdę jednak utwór nie ma wiele wspólnego z historycznymi faktami i stanowi przede wszystkim metaforę polskich problemów politycznych w XIX wieku. Konradowi Wallenrodowi poświęciłem osobną notkę, w której pisałem, że „tak do końca mi się nie podobał”. Niemniej, z perspektywy czasu widzę, iż była to jedna z bardziej wartościowych rzeczy przeczytanych w 2014 r. Jak ma nie zachwycać, skoro zachwyca.

Czytaj dalej Przeczytane w 2014: Fikcja

Przeczytane w 2014: Non-fiction

Za każdym razem, gdy przychodzi mi użyć niezgrabnie obcego wyrazu non-fiction, ubolewam, że język polski nie dorobił się zbiorczego określenia na literaturę nie będącą fikcją, dramatem ani poezją. Wspaniały zwrot „literatura faktu”, którego zazdroszczą nam nawet Anglosasi, został zagarnięty sto lat temu przez reportaż i gatunki ościenne. Jaką etykietkę przypiąć więc do wora z biografiami, podręcznikami, literaturą popularnonaukową i popularnohumanistyczną, książkami historycznymi, eseistyką, traktatami, dziennikami, poradnikami i wspomnianymi reportażami? Niemcy wychwalają swoją Sachlitteratur, Norwegowie posługują się sprytną wariacją sakprosa, Anglicy i Amerykanie mają rzeczowe non-fiction, a my tylko potworka o nazwie „niebeletrystyka”.

Najwyższa pora wylansować jakieś rozwiązanie. Przeciwieństwem płci pięknej jest płeć brzydka; może więc naprzeciw beletrystyki postawić leletrystykę?

Oto pięć wartych uwagi książek leletrystycznych przeczytanych przeze mnie w poprzednim roku.

Czytaj dalej Przeczytane w 2014: Non-fiction

Przeczytane w 2014: Rozczarowania

7. Orhan Pamuk, Nowe życie

nowe_zycieWiosną zeszłego roku chadzałem raz w miesiącu na spotkania klubu książkowego. Dość szybko zaprzestałem, a gdybym lubił się wyzłośliwiać, napisałbym pewnie notkę o powodach mojej rezygnacji z członkostwa. Tak czy owak, za sprawą tegoż klubu przeczytałem książkę tureckiego pisarza Orhana Pamuka pt. Nowe życie. Moje oczekiwania były niemałe. Pamuk to w końcu niedawny noblista, a inna jego powieść, Nazywam się Czerwień, miała swojego czasu bardzo zachęcające recenzje. Wschodnia egzotyka dodatkowo podsycała moją ciekawość – nie zetknąłem się nigdy wcześniej z literaturą z tamtego rejonu – podobnie jak okładkowy opis, który obiecywał przygodę zgoła metaliteracką. Student, którego życie odmieniła pewna tajemnicza książka? Brzmi nieźle. Ale:

Nowe życie poraża nudą. Na poziomie poszczególnych zdań jest to rzecz nadzwyczaj elegancka, ale Pamuk układa je w niezdarne akapity i wiodące donikąd rozdziały, które na przemian usypiają i irytują czytelnika. Zakochany po uszy protagonista to antypatyczna miągwa, a nieporadne próby Pamuka zamotania go w metafizyczną intrygę budzą ziewnięcie politowania. Dawno się tak nie męczyłem przy książce. Nie ja jeden.

Czytaj dalej Przeczytane w 2014: Rozczarowania

Obejrzane w 2014: Najlepsze, cz. 2

(Poprzednia część)

5. Taksówkarz (Taxi Driver; 1976)

Nie przekonują mnie jakoś filmy wielkiego Martina Scorsese. Infiltracja rozczarowała w ostatnim akcie, Wściekły Byk w ogóle nie porwał, a Chłopcy z ferajny wynudzili. Wyspa tajemnic była pod wieloma względami bardzo dobra, ale i tak brakowało jej tego czegoś. W zeszłym roku obejrzałem wreszcie Scorsesesowskie opus magnum czyli Taksówkarza z Robertem De Niro w wieku chrystusowym i jeszcze młodszą Jodie Foster. W trakcie seansu daleko było mi do zachwytu, ale film w głowie został i z biegiem czasu musiałem sam przed sobą przyznać, że jest dobry.

Plusy za nocny Nowy Jork z lat 70., za sylwetkę psychologiczną tytułowego bohatera, za Petera Boyle’a w drugoplanowej roli i za finałową, plastyczną sceną z krwią skapującą powoli z palców. Dowiadujemy się też, jak w koncertowy sposób spalić pierwszą randkę.

taxi_driver
Narysował: Neneza

Czytaj dalej Obejrzane w 2014: Najlepsze, cz. 2

Obejrzane w 2014: Najlepsze, cz. 1

10. Breaking Bad (2008-2013)

Dyskusję z osobą, której nie spodobał się film powszechnie uważany za znakomity, należy zawsze zakończyć słowami: Twoja strata. Określenia „strata” trzeba tu jednak użyć dosłownie, nie sarkastycznie i nie ad hominem. Chociaż gust pozwala nam czasem wywęszyć znakomite, lecz mało znane dzieło, to potrafi też niekiedy sprawić psikusa. W przypadku Breaking Bad moje nieszczęście jest w gruncie rzeczy podwójne. Nie dość, że serial uznawany za telewizyjne objawienie zachwycił mnie tylko częściowo, to na dodatek nikt inny nie dostrzegł wad, które mi przeszkadzały. Przetrząśnięcie internetu w poszukiwaniu zbieżnych opinii zakończyło się niepowodzeniem.

Breaking Bad jest bezkompromisowym serialem dramatycznym o nauczycielu chemii, który zachorowawszy na nieuleczalnego raka zabiera się za produkcję metaamfetaminy, by zabezpieczyć byt rodzinie. Noszę się z zamiarem napisania dłuższej recenzji, więc na razie pochwalę i zganię w telegraficznym skrócie: Pierwszy sezon rozbudza apetyt, drugi uważam za bezbłędnie wybitny. Niestety, w trzecim scenariusze nagle tracą impet, a w czwartym trzeszczy fabuła. Dopiero w finałowym sezonie wszystko wraca na właściwe tory, ale co z tego, skoro pozostał niesmak po brzydkich niedoróbkach dwóch poprzednich serii.

Cóż, zadziałała najwyraźniej telewizyjna karma. LOST, który wszyscy po początkowym zachwycie prędzej czy później odsądzili od czci i wiary, trzymał mnie w garści do samego końca, a kontrowersyjny finał uważam za genialny. Z Breaking Bad było odwrotnie. Ale i tak mocno polecam.

breaking bad

Czytaj dalej Obejrzane w 2014: Najlepsze, cz. 1

Obejrzane w 2014: Zagraniczne

Nie muszę wcale podejrzewać się o skłonności do chomikowania dóbr kultury – bo doskonale wiem, że takie skłonności posiadam. W zeszłym roku stosunkowo rzadko sięgałem do swojej niemałej kolekcji filmów na DVD. Prawie połowa zeszłorocznych obejrzanych pochodziła z Netfliksa (-u?). Platforma cyfrowa producentów House of Cards sprawdza się bardzo dobrze jako repozytorium „trochę starszych nowości”, „filmów, które zawsze chciałeś obejrzeć, ale ciągle się z nimi mijałeś” oraz „seriali niewyprodukowanych przez HBO”. Żałuję natomiast, że tak kiepsko na niej z kinem świata. Trzeba szukać innych źródeł.

Czytaj dalej Obejrzane w 2014: Zagraniczne

Obejrzane w 2014: Powtórki

Istnieje niemało filmów, które raz na jakiś czas lubię sobie odświeżyć. Każdy z nich uważam oczywiście za dzieło nadzwyczaj udane, choć z niezgłębionych przyczyn nie każdą bardzo dobrą produkcję chce mi się oglądać powtórnie. W zeszłym roku odnawiałem filmowe znajomości dziesięciokrotnie.

Kolejny seans Oczu szeroko zamkniętych przyniósł częściowe rozczarowanie. Nasycony erotyzmem dramat Stanley Kubricka stracił na sile wyrazu, ponieważ kino przez tych piętnaście lat przekroczyło sporo różnych granic, a i człowiek im starszy, tym mniej fascynuje go (ekranowy) seks i nagość. Owszem, jako studium niewierności i mrocznej strony ludzkiej cielesności film wciąż się broni, ale, szczerze powiedziawszy, ostatnie dzieło Kubricka jest zarazem jego dziełem najsłabszym. Masońska konspiracja seksualna? Bardziej porusza hardkorowy seksoholizm we Wstydzie, chociaż Eyes Wide Shut odznacza się zdecydowanie lepszym zakończeniem

Nie zachwyciło mnie też, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, Dziecko Rosemary. Obejrzałem je ponownie będąc świeżo po lekturze literackiego pierwowzoru Iry Levina. Nie, nie, książka nie jest bynajmniej lepsza, ale odkryłem, że Roman Polański, reżyser i autor scenariusza, przepisał ją bardzo dokładnie. Wierne ekranizacje są zawsze w cenie, jednak główną siłę Dziecka Rosemary stanowi fabuła, a ta, jak się okazało, pochodzi od deski do deski z kart powieści. Szkoda, że Polański czegoś tu od siebie nie dodał, nie zmienił. Z drugiej strony należą mu się pochwały za dobór muzyki, aktorów i perfekcyjne wyczucie słynnego epilogu z kołyską.

Wyżej niż Dziecko Rosemary stawiam wyśmienity horror z 1990 r., o którym wiele osób niestety nigdy nie słyszało i który z zapałem reklamuję przy każdej nadarzającej się okazji. W Drabinie Jakubowej Tim Robbins wcielił się w weterana wojny wietnamskiej, któremu nowojorska, depresyjna rzeczywistość pomieszała się z niezrozumiałym koszmarem. Film Adriana Lyne’a (Dziewięć i pół tygodnia, Niemoralna propozycja, remake Lolity) przypomniał mi, że naprawdę dobry horror wywołuje w sercu widza nie tylko strach, ale także smutek i współczucie dla egzystencjalnej niedoli głównego bohatera.

obejrzane2014powtorki

Słoń Gus van Santa też wzbudza strach i smutek, choć filmem grozy bynajmniej nie jest. To opowieść o szkolnej masakrze nawiązująca wprost do zdarzeń w liceum w Columbine w 1999 r. Dorota Chrobak tak pisała dziesięć lat temu w Esensji:

[Reżyser] nie próbuje niczego wyjaśniać. Zamiast tego woli wciągnąć nas w koszmar. Co więcej, na naszych oczach tworzy arcydzieło sztuki reżyserskiej, lepiąc z materii filmowej twór rzadki niczym jednorożec – eksperyment formalny, będący równocześnie moralitetem.

Słoń przeszedł w Polsce bez większego echa, a przecież bezwzględnie na te 80 minut naszego czasu zasługuje.

Swoją drogą, mam hipotezę – którą chciałbym kiedyś rozwinąć w dłuższym artykule – że w wybitnych filmach wyjątkowa forma splata się nierozerwalnie z treścią. Chrobak w recenzji wyjaśnia, na czym taka synteza polega w Słoniu. Po głowie chodzą mi trzy dalsze przykłady. Memento – historia opowiadana od tyłu, co usprawiedliwione (podyktowane) zostało zanikiem pamięci bohatera. Requiem dla snu – Aronosfky hipnotyzuje montażem i dźwiękiem, przykuwa nas wręcz do ekranu i po dwóch godzinach zostawia z ogromnym dołem. Narkotyki działają chyba podobnie.

I jeszcze Speed, który odświeżyłem sobie w marcu. Tam tempo akcji wynika z zagrożenia bombą „prędkościową”; jeśli autobus zwolni, pasażerowie wylecą w powietrze. Ogląda się wciąż wybornie. W gruncie rzeczy niewiele akcyjniaków z lat dziewięćdziesiątych przetrwało próbę czasu.

Listę zeszłorocznych powtórek zamknę Forrestem Gumpem. Zabawna sprawa: podczas kilkuletnich przerw między seansami nie wspominam wcale filmu Zemeckisa jako wybitnego, ale gdy raz na jakiś czas doń zasiadam, nieodmiennie mnie zachwyca. Podejrzewam, iż dysonans wynika z kulturowego uwarunkowania. Nie jestem Amerykaninem, a Forrest Gump to film na wskroś amerykański. Jego „narodowa” warstwa nie potrafi do mnie przemówić, liczy się tylko epicki, pseudobiograficzny spektakl pieczołowicie wpleciony we współczesną historię.

Aha. O niebo bardziej od powiedzonka o życiu i pudełku czekoladek podoba mi się „Poznasz głupiego po czynach jego”.

Obejrzane w 2014: Zaskoczenia

W zeszłym roku obejrzałem 55 filmów (z czego 10 powtórek) oraz sześć sezonów seriali (łącznie 75 odcinków). Zaliczyłem także sześć epizodów dokumentalnego miniserialu o Holokauście, oraz jeden cykl fabularny składający się z dziewięciu niedługich filmów. Do nikomu niepotrzebnej statystyki jeszcze wrócimy. A teraz o filmach, które w 2014 r. przyjemnie mnie zaskoczyły:

6. Poradnik pozytywnego myślenia (Silver Linings Playbook; 2012)

silver_linings_playbookZacznę nietypowo, bo od produkcji nagrodzonej kilka lat temu aż ośmioma Oskarami. Poradnikowi… daleko mimo to do wybitności i mógłby w zasadzie wylądować też wśród rozczarowań. Tak się jednak złożyło, że tamtego niedzielnego wieczoru moje oczekiwania nie były wysokie. Dostałem zapięty na ostatni guzik feel-good movie będący zarazem oryginalną mutacją komedii romantycznej – i on, i ona są (lekko) chorzy psychiczni, więc w romkomowej formule pojawia się porcja ludzkiego dramatu. Doskonały Robert De Niro na drugim planie dopełnia i uwiarygodnia świat przedstawiony. Natomiast na planie pierwszym przekonałem się do Bradleya Coopera oraz wreszcie osobiście zweryfikowałem tezę o charyzmie i talencie Jennifer Lawrence. Poradnik pozytywnego myślenia nadaje się do wielokrotnego oglądania, nie dla odkrywania w nim nowych rzeczy, a dla czystej filmowej przyjemności. Czytaj dalej Obejrzane w 2014: Zaskoczenia

Obejrzane w 2014: Rozczarowania, cz. 2

Poprzednia część tutaj.

5. Jaja w tropikach (Tropic Thunder; 2008)

tropic_thunderPierwszorzędny przykład filmu, w którym z trudnych do określenia powodów szwankuje scenariusz, choć nie można narzekać ani na nieciekawy pomysł, ani na brak wartkiej akcji. Wysłani do dżungli aktorzy myślą, że kręcą realistyczny film akcji, choć tak naprawdę wszystko dzieje się na serio. Super. Są plenery, są strzelaniny, jest rozmach. Super. Tylko dlaczego to się nie klei? Dlaczego nie wciąga, dlaczego nie budzi zaangażowania? Dlaczego nie doceniam ciętych dialogów? Dlaczego nie lubię Jacka Blacka i Bena Stillera, a Roberta Downeya Jr. darzę tylko umiarkowaną sympatią pomimo doskonałej murzyńskiej kreacji? I dlaczego bezwarunkowo potępiam homoseksualne związki między mnichami?

Niektóre pytania muszą pozostać bez odpowiedzi.

Czytaj dalej Obejrzane w 2014: Rozczarowania, cz. 2

Obejrzane w 2014: Rozczarowania, cz. 1

W tym roku po raz pierwszy zastanowiłem się, jak właściwie wyliczyć wielkość filmowego rozczarowania. Doszedłem do wniosku, że musi to być iloczyn oczekiwanej jakości, odebranej kiepskości oraz ogólnej popularności danej produkcji. Sporządziłem więc dwie listy zeszłorocznych rozczarowań: jedną „na czuja”, drugą z cyferkami. Mniej więcej się zgadzały.

10. Baza ludzi umarłych (1958)

baza_ludzi_umarlychSolidny, czarno-biały film polski sprzed pół wieku, który tytułem przez wiele lat przywoływał mi na myśl horrory o zombiakach. Bohaterowie Bazy… są żywymi trupami, lecz tylko w sensie społecznym – to niewielka grupa wyrzutków i rzezimieszków zesłanych w odległy zakątek Bieszczadów, by z narażeniem życia wozić drewno ciężarówkami. Pewnego dnia pojawia się wśród nich partyjny wysłannik wraz z atrakcyjną żoną…

W filmie Czesława Petelskiego wystąpiła plejada znakomitych aktorów starej daty (Fogiel, Karewicz, Kęstowicz, Łomnicki, Niemczyk) i żal serce ściska, gdy w ostatnich minutach ich wysiłek zostaje zmielony mdłym zakończeniem zmienionym z powodów ideologicznych. Baza… jest bowiem ekranizacją krótkiej powieści Marka Hłaski pt. Następny do raju. I nawet pominąwszy kwestię nieszczęsnego epilogu, trzeba powtórzyć mantrę: film dobry, książka lepsza. Czytaj dalej Obejrzane w 2014: Rozczarowania, cz. 1