Tagged: podsumowanie 2018 Toggle Comment Threads | Skróty klawiaturowe

  • Borys 20:30 on 19/03/2019 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , podsumowanie 2018   

    Przeczytane w 2018 r. 

    W minionym roku spłynęła na mnie łaska Kalliope. Zdołałem pochłonąć rekordową ilość 54 nowych (tj. nieznanych mi wcześniej) książek. Osiągnąłem więc nareszcie pułap mitycznej „jednej lektury tygodniowo”. Aspirowałem doń od wielu lat, lecz kończyło się najwyżej na czterech dziesiątkach z hakiem.

    Oczywiście, od ilości ważniejsza jest jakość, jednak akurat o tej drugiej od dawna złego słowa powiedzieć nie mogę. Chociaż książki dobieram w sposób dość eklektyczny i nierzadko zaskakujący mnie samego, to ze świecą szukać na mojej „przeczytanej” liście dających się pochłonąć w dwa-trzy wieczory czytadeł. W zeszłym roku ilość poszła w parze z jakością, co raduje mnie w dwójnasób.

    Martwią za to inne wskaźniki. Po pierwsze, prawie całkowicie zaniechałem czytania własnych (papierowych) książek. Sześćdziesiąt procent lektur stanowią pozycje wypożyczone z biblioteki, pozostałe czterdzieści to ebooki. Zważywszy na łączną wagę dziewiczej celulozy zalegającej na moich półkach oraz w pudłach na strychu, powinienem niezwłocznie zmienić te proporcje. Po drugie, czwarty rok z rzędu przeczytałem mniej fikcji niż leletrystyki. Jak wiadomo, dobra leletrystyka nie jest zła, jednak istnieje wszak całe mnóstwo znamienitych przedstawicielek literatury pięknej i literatury środka, z którymi chciałbym rychło zawrzeć znajomość. Po trzecie, prawie całkowicie zarzuciłem fantastykę. Wiadomo, zła fantastyka nie jest dobra, aczkolwiek ciągle mam wielkie zaległości, jeśli chodzi o klasyków oraz uznane książki współczesnych autorów.

    Po tym przydługim wstępie – w telegraficznym skrócie o najlepszych rzeczach, które przeczytałem w zeszłym roku:

    „Skrwawione ziemie” i „Czarna ziemia” Timothy’ego Snydera – dwie ponure, chyba z premedytacją pisane suchym językiem książki o ludobojstwach zgotowanych Europie przez Stalina i Hitlera w latach trzydziestych i czterdziestych. Snyder uświadomił mi szereg polityczno-organizacyjnych – wybaczcie nieodpowiednie z uwagi na kontekst słowo – niuansów masowych czystek tamtej niewesołej epoki. W trakcie lektury wynotowałem sobie mnóstwo intrygujących, słabo znanych faktów. Niezadługo doczekamy się na Blogrysie sążnistej notki na ten temat. Być może.

    „Medaliony” – mistrzostwo krótkiej formy holokaustowej (w przeciwieństwie do Borowskiego, którego uważam za kiepskiego stylistę).

    „Pan Tadeusz” – jedyna powtórka w zeszłym roku. Z czasów podstawówki zapamiętałem, że Mickiewicz geniuszem formy był, ale dopiero teraz odkryłem, że PT jest także pasjonującą powieścią w sensie fabularnym i charakterologicznym. Serio. Nie bądźcie intelektualnymi Moskalami i odkryjcie „Tadka” na nowo!

    „Dziennik 1954” – u Tyrmanda już od pierwszych stron mierziły mnie potoki autokreacji, ale pióro miał facet zachwycające. Zaprzedałbym duszę diabłu dla takiej lekkości pisania. Notabene, bardzo dobre uzupełnienie „Dziennika” stanowił „Zły Tyrmand”, w którym Mariusz Urbanek przeprowadził krótkie wywiady z prawie wszystkimi osobami opisanymi przez Tyrmanda, łącznie z Kisielewskim i siedemnastoletnią Bogną, którą dwa razy starszy Leopold obracał w łóżku.

    „Kolumbowie” – Roman Bratny spłodził epopeję o okupacji, Powstaniu Warszawskim i skomplikowanych losach powojennych. Książka ważna, z ogromnym potencjałem. Nie spełniła niestety moich oczekiwań, gdyż autor nie udźwignął ciężaru narracji. Na jej strony zbyt często zakradało się opisowe niechlujstwo.

    Trzytomową biografię Thora Heyerdahla – fascynująca postać. Pierwszy tom zainspirował mnie nawet do napisania dwóch pokaźnych notek. Druga część trylogii Ragnara Kvama była równie emocjonująca, ale w tomie trzecim zabrakło pary, bo i Thor na stare lata za wiele już nie zdziałał. Z kolei ja na stare lata odkrywam dobrodziejstwo biografii. Czyta się jak powieść, a to przecież czyste fakty!

    „Pakt Ribbentrop-Beck” – Piotr Zychowicz ma w kręgach lewicowych fatalną prasę, ale z przyjemnością stwierdziłem, że lepiej radzi sobie z argumentacją niż sugerują to jego adwersarze. Interesujące ćwiczenie z historii alternatywnej.

    „Rzeczpospolita Zwycięska” Ziemowita Szczerka – historia alternatywna po raz drugi, tym razem w połączeniu z esejem. Poczułem po lekturze wielki szacunek dla autor, który dotąd kojarzył mi się z podejrzanymi środowiskami hipsterskimi spod znaku Ha!Artu. A tu okazuje się, że to prawdopodobnie jeden z oryginalniejszych polskich pisarzy współczesnych.

    „Twisty Little Passages” – narratologiczne omówienie komputerowych gier tekstowych. Zdecydowanie nie dla każdego, lecz warto wiedzieć, że istnieje coś takiego jak interaktywna fikcja; przedziwny gatunek fabuły żyjący sobie na pograniczu literatury i gier komputerowych, którego najlepsze lata przypadły na przedostatnią dekadę XX wieku, ale który bynajmniej jeszcze nie umarł.

    Reklamy
     
  • Borys 06:00 on 16/03/2019 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , podsumowanie 2018   

    Obejrzane w 2018 r.: Najlepsze, cz. 3 

    …trzecia i ostatnia.

    American Vandal (pierwszy sezon; 2017)

    Ktoś zakradł się na licealny parking i namalował olbrzymie penisy na dwudziestu siedmiu samochodach należących do dostojnych pedagogów. Poparte zeznaniem świadka podejrzenie skrupia się na szkolnym dowcipnisiu Dylanie Maxwellu. CIAŁO bezpardonowo i bezwłocznie usuwa łobuza ze szkoły. Dwaj młodsi uczniowie nie wierzą jednak w jego winę. Postanawiają nakręcić reportaż, który oczyści Dylana z zarzutów i zdemaskuje prawdziwego sprawcę.

    Błyskotliwa krzyżówka kpidokumentu (mockumentary), parodii true crime, serialu obyczajowego o licealnych perypetiach oraz satyrycznej odpowiedzi na Netfliksowego Making a Murderer. Drugiego sezonu należy się natomiast wystrzegać; twórcy zachłysnęli się po sztubacku koncepcją i wyszła im kupa.

    american_vandal

     

    Better Call Saul (czwarty sezon; 2018)

    Prequel Breaking Bad czwarty rok z rzędu udowadnia, że wolniej znaczy lepiej. Śmiała redukcja tempa fabularnego nie musi bynajmniej oznaczać nudy – pod warunkiem, że reżyser i zdjęciowiec wychuchają formalną stronę, a scenarzyści napną psychologiczne struny między postaciami i będą konsekwentnie wygrywać na nich tragikomiczne nuty. Pierwszy sezon Better Call Saul oglądałem bez przekonania. Wciągnął mnie dopiero drugi, entuzjazm widza pojawił się przy trzecim. Sezonem czwartym zaś BCB przeskoczył poprzeczkę zawieszoną przez Breaking Bad (sic!), chociaż pamiętać musimy, że seriale, mimo pozornego podobieństwa, poruszają się w innych rejestrach. Gdy historia Saula Goodmana dobiegnie końca, z niecierpliwością wyczekiwać będę kolejnego projektu Vince’a Gilligana.

    better call saul s4

     

    The Computer Programme (1982)

    W świecie komputerów – hardware’u i software’u – wiele zmienia się w przeciągu sześciu lat. W przeciągu dwudziestu sześciu lat zmienia się wszystko, i to kilka razy. Jeżeli więc program telewizyjny o komputerach z początku lat osiemdziesiątych oglądamy z niekłamanym zaciekawieniem pod koniec drugiej dekady XXI wieku, należy sprawdzić natychmiast, kto zdołał nakręcić wówczas taką perełkę. No tak, BBC. Te trzy na wskroś brytyjskie litery są wszak od dawna gwarantem jakości.

    Program komputerowy (cóż za bezbłędna nazwa!) polecam serdecznie wszystkim osobom używającym na co dzień komputera. Czyli wszystkim. Kto nie zakocha się w samej czołówce podpartej hipnotyzującym kawałkiem Kraftwerku, ten powinien GOTO 10 i się zawiesić.

    the_computer_programme

     

    Dispatches: Africa’s Witch Children (2008, 2009)

    Joseph Conrad pisał o „jądrze ciemności”, Jacek Dukaj straszył afrykańską skoliozą. Zbyt gorliwi czytelnicy mogliby oskarżyć obu panów o literacki rasizm (tego pierwszego: anachronicznie). Nagle okazuje się, że w niektórych zakątkach Czarnego Kontynentu dochodzi do rzeczy, które przerastają wyobraźnię najpłodniejszych pisarzy. Z wielkim trudem, naginając do granic wytrzymałości empatię, potrafię zrozumieć (czy raczej „zrozumieć”) sytuację, w której z perwersyjnych przyczyn o charakterze religijno-kulturowym rodzice zabijają jedno ze swoich dzieci (no bo demografia, Rdz 22, itd.). Jednakże sytuacja, w której dziecko, oskarżone o praktykowanie czarnej magii, zostaje brutalnie okaleczone i pozostawione na śmierć, wykracza daleko poza progi mojej wyobraźni. Brytyjski cykl reporterski Dispatches wyemitował w 2008 i 2009 r. dwa dokumenty poświęcone tym brakuje-mi-przymiotnika praktykom. Obowiązkowo.

    dispatches_witch_children

     

    Dzienniki motocyklowe (2004)

    Rzutem na taśmę, w ostatnich dniach 2018 r., zetknąłem się z nadspodziewanie dobrym kinem drogi rodem z dalekiej Argentyny. Jego siła tkwi bez wątpienia w biograficznych faktach leżących u podstawy historii – i jej ciągiem dalszym, którego co prawda film już nie obejmuje, ale który wszyscy doskonale znamy. W 1951 r. młody, obiecujący, dwudziestotrzyletni student medycyny wyruszył wraz z przyjacielem w podróż przez całą Amerykę Południową. Wyjechali z Buenos Aires na wiernym nortonie, dotarli przez Chile do północnego Peru. Nasz bohater zobaczył na własne oczy jak wygląda skrajna bieda i jak wygląda wielka solidarność. Powrócił do domu dziewięć miesięcy później, odmieniony. Niedługo potem stał się najsłynniejszym rewolucjonistą XX wieku. Gdyby był postacią fikcyjną, Dzienniki motocyklowe nosiłyby pewnie tytuł Che Guevara Begins.

    dzienniki motocyklowe

     

    Roma (2018)

    Zazwyczaj nie lubię filmów „osobistych”, gdzie reżyserzy nicują wspomnienia bądź rozprawiają się z demonami. Zbyt często autentyzm wyklucza się wzajemnie ze zrozumiałością: powstaje albo (pseudo)narracyjny galimatias, którego aspiracje artystyczne przerastają talent twórcy, albo banał, którego treść zostawia mnie doskonale obojętnym na psychologiczne potyczki osobnika stojącego po drugiej stronie kamery. Ale gdy do świata swojego dzieciństwa zaprasza nas Alfonso Cuarón, arcymistrz kina hołdujący zasadzie „jak najrzadziej, jak najlepiej” – nie przystoi odmówić.

    Roma to urzekająca, czarno-biała, przepięknie nakręcona opowieść o stolicy Meksyku na początku lat siedemdziesiątych, którą, mam wrażenie, nie dzieli znowu tak wiele od latynoamerykańskiego realizmu magicznego. Jej bohaterką jest bardzo zwyczajna i bardzo wyjątkowa kobieta, gosposia zatrudniona w domu zamożnej i po tołstojowsku nieszczęśliwej rodziny. W niewiele ponad dwugodzinnym filmie znalazło się miejsce i na niełatwe relacje, i na osobistą tragedię, i na politykę, i na przyjaźń, i na kulturę, i na obyczaje, i na prawdopodobnie najbardziej przejmującą scenę porodu w historii kina. Roma to krótko mówiąc dzieło, po którym człowiek odzyskuje na pewien czas wiarę we współczesną kinematografię.

    roma

     

    Apokalipsa: Pierwsza Wojna Światowa (2014)

    Z okazji stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, chyba bardziej jako ostrzeżenie niż podsumowanie, francuska telewizja wyprodukowała znakomity serial dokumentalny o przyczynach, przebiegu i zakończeniu konfliktu z lat 1914-1918, określanego przez niektórych mianem europejskiej wojny domowej. Archiwalne, rachityczne nagrania z prymitywnych kamer zostały odrestauruowane i pokolorowane, dopisano do nich narrację godną pióra Normana Daviesa, a następnie zmontowano obraz i dźwięk w czteroipółgodzinną opowieść o apokaliptycznej, krwawej erupcji politycznej i ludzkiej głupoty, która nie tak dawno temu odmieniła oblicze naszego kontynentu.

    apokalipsa-1ws

     

    Ciekawe historie

    Na historyczne zakończenie polecam Waszej uwadze ten oto kanał YouTube’owy. Amator-hobbysta montuje dokumentalne filmiki o przywódcach ZSRR i PRL, których nie powstydziłaby się TVP Historia. Odkryłem przypadkiem, obejrzałem wszystko. Bawi i uczy.

     
  • Borys 17:18 on 25/01/2019 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , podsumowanie 2018   

    Obejrzane w 2018 r.: Najlepsze, cz. 2 

    the bad sleep well kadr

    Zły śpi spokojnie (reż. Akira Kurosawa; 1960)

    the bad sleep wellKurosawa zdobył światowe uznanie jako mistrz kina samurajskiego, lecz osobiście wolę chyba jego dokonania sensacyjne. Zły śpi spokojnie to tematyczny krewniak drugiego sezonu Detektywa. Tutaj również oglądamy, jak korupcja przeżera tkankę społeczną, a protagonista stawiający jej dzielnie czoła skazany jest na szekspirowską porażkę. Cóż, gdy sprytni biznesmeni i cwani politycy prowadzą konszachty z nieprzebierającymi w środkach bandytami, należy w ekspresowym tempie wynosić się z miasta.

    Zły śpi spokojnie stanowi środkową część tzw. „trylogii noir” Kurosawy. Jej bohater, Koichi Nishi (w tej roli oczywiście niezawodny Toshiro Mifune), pracuje jako sekretarz pana Iwabuchi, wiceprezesa dużej, państwowej firmy budowlanej. Poznajemy go w chwili awansu społecznego: Nishi żeni się właśnie z okulałą Yoshiko, córką Iwabuchiego. W trakcie wesela wychodzi na jaw, że firma Iwabuchiego zamieszana jest w aferę korupcyjną. Niedługo potem widz odkryje, że przeszłość Nishiego także skrywa pewną tajemnicę.

    Zły… to po części „agresywna opowieść o chciwości i morderstwie podszyta filozoficzną nutką”, a po części demonstracja kunsztu reżyserskiego Kurosawy będącego wówczas u szczytu formy. Na uwagę zasługuje już pierwsze, starannie skadrowane ujęcie, w którym oczami zafrapowanych dziennikarzy obserwujemy początek uroczystości weselnych. Obiektyw lizać. I niech nikogo nie zmyli gwałtowne, pozornie toporne zakończenie. Wszak w rzeczywistości bad-endy też nie bywają poetyckie.

    (More …)

     
    • m. 17:59 on 26/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      Przyjęcie… to świetny film, i świetna rola Niemczyka. Socjalistyczny dyrektor z ludzką twarzą. Swoją drogą to ciekawe jakby dzisiejsza kadra menadżerska odnalazła się w minionej rzeczywistości.

  • Borys 20:45 on 11/01/2019 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , podsumowanie 2018   

    Obejrzane w 2018 r.: Najlepsze, cz. 1 

    motorway

    Michael Jackson: Live in Bucharest (1992)

    Stadion Narodowy w Bukareszcie, 1 października 1992 r. Sto tysięcy par oczu wpatruje się w hipnozie w gotową na przyjęcie artysty scenę. Rozentuzjazmowany tłum napiera na barierki. W pierwszych rzędach mnóstwo młodych Rumunek.

    Wtem – strzelają fajerwerki, ON wyskakuje skądś na proscenium i nieruchomieje w półobrocie pokazując światu swój bajeczny profil. Ma złotą rękawicę i złoty ochraniacz na kroczu.

    michael_jackson-bucharest

    Histeria dosięga zenitu. „Michael! Michael!”, krzyczą błagalnie fani. ON – ani drgnie. Mógłby być posągiem nowoczesnego półboga wykutym z promocyjnego marmuru przez Quincy’ego Jonesa. Laski mdleją pod sceną. Służby porządkowe wynoszą w pocie czoła fanki, dla których koncert skończył się nim się zdążył zacząć. Rumuński stadion wibruje w przedmuzycznej ekstazie, chociaż ON stoi nadal zupełnie bez ruchu, a z głośników nie popłynęła na razie ani jedna nuta.

    Nagle – ON wykonuje gwałtowny gest ręką! Zmienia w pół sekundy ułożenie ciała. Kamienieje ponownie.

    (More …)

     
    • m. 21:34 on 12/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      Muszę dokładnie przeanalizować, bo nie widziałem niczego z tej listy. Ciekawe.

    • Cichy 19:37 on 13/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      Co do „Crocodile”, absolutnie nie mogę się zgodzić – ma to wprawdzie słaby punkt wyjścia, pierwsze morderstwo totalnie niewiarygodne fizycznie ani psychologicznie, ale potem rozwija się bardzo ładnie, choć przewidywalnie. Jak dla mnie jeden z lepszych odcinków.

      „Arkangel” – fakt, blade to i nijakie, nie wykorzystuje potencjału pomysłu w pełni.

      „USS Callister” – hmm, z jednej strony ogląda się dobrze, z drugiej strony absurdy walą po oczach: np. gdyby z DNA dało się odtwarzać ludzi razem ze wspomnieniami, to byłoby to ciężkim przestępstwem, a ludzie prędzej by chodzili w hermetycznych kombinezonach niż ryzykowali zostawienie śladu DNA gdziekolwiek. Albo zachowanie bohaterów – zdobyli dostęp do netu i zamiast po prostu wezwać policję lub/i wyjaśnić prawdziwym sobie co jest grane, bawią się w jakieś brawurowe podchody. Mogło być lepiej.

      „Hang the DJ” – w bohaterce zakochałem się od pierwszego wejrzenia, ale co ona widziała w tym facecie, pojęcia nie mam. Ani za piękny, ani intelektem nie grzeszy, ani charakteru za grosz, ona musi go ciągle prowadzić za rączkę – nie wiem, może chodziło o dowartościowanie części widzów, że nawet jak są totalnymi przegrywami, to i tak jest nadzieja, że poleci na nich jakaś ekstra laska.

      „Metal Head” – o tak, odcinek bardzo zacny, aczkolwiek z bateriami słonecznymi to twórcy grubo przesadzili z optymizmem – za cholerę by ten robot nie mógł jechać tylko na takim napędzie. No i z pluskwami też trochę przekombinowany pomysł – nie lepiej by było dać do tych pocisków truciznę albo środek nasenny, żeby od razu unieszkodliwić trafiony obiekt zamiast za nim ganiać?

      „Black Museum” – oj, było tam sporo nonsensu. Samochód ładowany baterią słoneczną wielkości może metra kwadratowego, w dwie godziny na full? Technologia pozwala na transfer ludzkiej osobowości do maszyny, ale tylko do lalki z dwoma „przyciskami” – i takie coś jest na dodatek legalne? Podobnie jak dręczenie wirtualnej osobowości prądem dla zabawy? I właściciel muzeum jeszcze pilnuje, żeby gościa nie zabić, jakby to był jakikolwiek problem zrobić backup? No bez jaj. Fabularnie odcinek daje radę, pierwsza historyjka bardzo fajna, ale późniejszy zalew nonsensów mocno mnie zniesmaczył.

    • Borys 20:51 on 13/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      @Cichy:

      „Crocodile” – mogę tylko powiedzieć (bez ironii): dobrze, że innym się podobało.

      „USS Callister” – tak, racja, ta genetyczna rekonstrukcja jest niewiarygodna – też o tym od razu pomyślałem – chociaż stanowi dziurę łatwą do załatania. Wystarczyłoby, żeby kopie tworzone były na podstawie DNA („nature”) oraz profilu internetowego danej osoby zawierającego przegląd jej zachowań i zainteresowań („nurture”). Tak zresztą wyglądało to w odcinku „Be Right Back”. A policji chyba nie chcieli wzywać, bo nikt by im nie uwierzył. Uznali, że „podchody” są ich najlepszą szansą.

      „Hang the DJ” – tak, urocza dziewczyna. A co „widziała” w facecie – cóż, serce nie sługa, a poza tym zakończenie rzuca inne światło na charakter ich związku. (Co oczywiście nie rozwiązuje niczego do końca, bo spotkali się tak czy owak).

      „Metal Head” – masz rację, nie pomyślałem ani o bateriach słonecznych, ani o „pluskwie”. Za to zafascynował mnie fortel, który bohaterka wykorzystała, żeby zejść z tego drzewa. Tak właśnie trzeba walczyć z algorytmami.

      „Black Museum” – też masz w sumie rację, chociaż w tym momencie z lekkim zniecierpliwieniem stwierdzę, że zbyt analitycznie do tych odcinków podchodzisz. :)

      Widziałeś już „Bandersnatcha”? Ze względu na formę oglądało mi się to bardzo dobrze i nieźle ten odcinek wspominam, chociaż jako BM wypada tylko na trójkę z plusem.

    • Cichy 18:19 on 14/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      > A policji chyba nie chcieli wzywać, bo nikt by im nie uwierzył.

      Czemu? Technologia istniała od lat, więc gość raczej nie był pierwszym, który jej użył w tego typu sposób. A gdyby nawet, to zawsze można by dodać, że trzyma na tym kompie pornografię dziecięcą i sprawdziliby na pewno.

      > Za to zafascynował mnie fortel, który bohaterka wykorzystała, żeby zejść z tego drzewa. Tak właśnie trzeba walczyć z algorytmami.

      Też się przy tym szeroko uśmiechnąłem, ale zaraz potem bohaterka zawaliła sprawę – skoro robot był chwilowo bezbronny, to wystarczyłoby go przykryć kurtką czy czymś, żeby nie mógł się naładować i miałaby go z głowy na dobre…

      > w tym momencie z lekkim zniecierpliwieniem stwierdzę, że zbyt analitycznie do tych odcinków podchodzisz. :)

      Każdy ma jakieś zboczenia;-).

      „Bandersnatcha” jeszcze nie widziałem, zamierzam oczywiście, ale recenzje jakoś mnie nie zachęcają do pośpiechu.

  • Borys 20:57 on 04/01/2019 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , podsumowanie 2018   

    Blogrys Mixtape 2018 

    longplay

    Szczęśliwego Nowego Roku! Wracam po bez mała półrocznej nieobecności; na razie wyłącznie po to, by zgodnie z blogową (blogosferową) tradycją podsumować miniony rok przeczytanymi książkami, obejrzanymi filmami oraz wysłuchaną muzyką. Zaczynamy od nut.

    Jedno jedyne kliknięcie dzieli Was od

    Blogrys Mixtape 2018,

    zestawu 58 kawałków, które wpadły mi w ucho tak głęboko, że skrupulatnie zanotowałem tytuł i wykonawcę.

    Jedną trzecią playlisty stanowi, przyznaję bez bicia, pop; drugą trzecią utwory z popowych pograniczy; trzecią trzecią zaś przedstawiciele innych, niekoniecznie jasno zdefiniowanych gatunków. Mixtape jest więc całkiem łatwy i bardzo przyjemny w słuchaniu. Nie usiłuje schlebiać wyrafinowanym melomańskim gustom, ale ze względu na jego eklektyczność mogę zaręczyć, że każdy wyłowi przynajmniej trzy… nie, pięć perełek. Przynajmniej!

    Z przykrością stwierdzam, że w zestawie nie znalazła się ani jedna polska piosenka. Poza tym prawie w ogóle nie wrzucałem doń utworów z albumów, które podobały mi się od początku do końca, chociaż wiele takowych rozbrzmiewało w mym głośniku i słuchawkach w ubiegłym roku. No to w kolejności alfabetycznej i z króciutkimi omówieniami:

    • René Aubry: Petits sauts délicats avec grand écart (2018) – delikatna, przeurocza francuska elektronika, nieślubne dziecko Vangelisa i Jarre’a.
    • The Band: Music From Big Pink (1968) – ZESPÓŁ lepiej odkryć późno niż nigdy…
    • James Brown: 20 All Time Greatest Hits! (1991) – …podobnie jak Janusza Brąziaka, mistrza soulu (ale on obił mi się przynajmniej wcześniej o uszy).
    • Leonard Cohen: The Future (1992) – akurat tej płyty Cohena nie znałem jak dotąd w całości, chociaż kiedyś, dawno temu, przy pomocy pochodzącej z niej piosenki przetrąciłem Blogrysowi kręgosłup.
    • Diana & Marvin: Diana & Marvin [album pod linkiem jest niepełny, szukajcie całości na Spotify] (1973) – w minionym roku namiętnie słuchałem Marvina Gaye’a. Z Dianą Ross stworzył chyba duet wszech czasów, natomiast…
    • Marvin Gaye: What’s Going On (1971) – …na swoim legendarnym concept albumie jest cudowny w pojedynkę…
    • Marvin Gaye: Let’s Get It On (1973) – …i oczywiście warto zapoznać się z resztą jego dyskografii.
    • Genesis: We Can’t Dance (1991) – mam słabość do Phila Collinsa.
    • Sonny Landreth: Outward Bound (1992) – elektryczny blues jak marzenie.
    • Lao Che: Wiedza o społeczeństwie (2018) – najnowsza płyta Lao Che uchodzi wśród fanów za jedną ze słabszych w ich dorobku, ale w niczym mi to nie przeszkadza. Przesłuchałem ją już z dziesięć razy. Liczba mnoga bliżej Boga.
    • Madonna: Ray of Light (1998) – chciałbym, żeby wszystkie albumy popowe były choć w połowie tak przemyślane i sprawne warsztatowo jak światło Madonny.
    • Vangelis Papathanassiou: L’apocalypse des animaux (1973) – w końcu dane mi było przesłuchać w całości płytę, z której pochodzi urzekająca La Petite Fille de la mer.
    • Shakira: Laundry Service (2001) – do Shakiry też mam słabość!
    • Nina Simone: Little Girl Blue (1959) – nadgryzłem pokaźną dyskografię Simone. Jak na razie najbardziej podobała mi się jej debiutancka płyta, chociaż większość albumów wciąż przede mną.
    • Karsten Troyke: Noch Amul! (2012) – pierwszego września byłem w doborowym towarzystwie matki i żony na niezapomnianym koncercie Troykego, Niemca specjalizującego się w tradycyjnych piosenkach żydowskich.
    • Kamasi Washington: Heaven and Earth [nie ma na YT, szukajcie na S] (2018) – spiritual jazz bez pudła.

    Zaledwie trzy z powyższych są rzeczywiście nowe, to znaczy datowane na 2018 r. Pozostałe odkryłem z zawstydzającym opóźnieniem. Tak już mam.

     
c
Compose new post
j
Next post/Next comment
k
Previous post/Previous comment
r
Odpowiedz
e
Edycja
o
Show/Hide comments
t
Idź do góry
l
Go to login
h
Show/Hide help
shift + esc
Anuluj