Longplay (4)

longplay

Dawes: We’re All Gonna Die. Poprock wciągający za uszy. Okej, wszyscy umrzemy, ale posłuchajmy najpierw Dawesa.

Mark Ernestus’ Ndagga Rhythm Force: Yermande. Znawcy mówią, że tak będzie brzmiała muzyka niedalekiej przyszłości. Łagodne techno nasycone afrykańskimi, plemiennymi rytmami, z zaśpiewami w języku niezrozumiałym dla Europejczyka. Jak znalazł na cyberpunkową sesję.

Różni wykonawcy: The Breakfast Club OST. Przede wszystkim nieśmiertelne Don’t You (Forget About Me). Reszta płyta dzielnie sekunduje Prostym Umysłom w podawaniu słuchaczowi dożylnej dawki licealnej melancholii. Oczywiście, warto też odświeżyć sobie cały film Johna Hughesa znany u nas pod tytułem Klub winowajców

Andrzej Wawrzyniak i Michał Wiśniewski: Sweterek, część 1. Dajcie Wiśniewskiemu szansę. To nie kolejna płyta Ich Troje, tylko poezja śpiewana. Do poziomu Kofty czy Osieckiej oczywiście sporo brakuje, ale nie jest źle.

The Internet: Ego Death. Jeżeli tak brzmi R&B, to ja poproszę o więcej! Nie zrażajcie się wulgaryzmem w pierwszej sekundzie.

Atelje: Meditation. Abstrakcyjny obraz dźwiękiem malowany. Zawartość w stu procentach zgodna z okładką albumu. Łagodna, pomysłowa elektronika, w sam raz na wrzucenie luzu.

OC Jazz Collective: Chronology. Hołd jazzowy złożony legendarnemu jRPG-owi pt. Chrono Trigger. Jeżeli nie lubisz, jeżeli nie grałeś, jeżeli nie wiesz, co to są jRPG – nic nie szkodzi. Posłuchaj po prostu fajnego jazzu.

Swet Shop Boys: Cashmere. Pierwszy album Chłopaków Ze Sweatshopu, czyli z fabryki ulokowanej w kraju Trzeciego Świata, w której w urągających ludzkiej godności warunkach produkuje się tanie ubrania eksportowane do zachodnich sieciówek – nie mylić z zamożnymi Chłopakami Ze Sklepu Ze Zwierzętami – był jednym z najciekawszych debiutów hip-hopowych minionego roku. SSB nie wstydzą się swoich korzeni: Heems jest amerykańskim Hindusem, a Riz MC pakistańskim Brytyjczykiem. Zaczynają od słów „Inszallah, maszallah, ale lepiej nie masza-lo [= martial law = stan wojenny]”, a potem robi się coraz lepiej.

Linton Kwesi Johnson: Independant Intavenshan. Dwie i pół godziny poezji dubowej śpiewanej (tudzież melodeklamowanej) w rytmie reggae. Johnson jest jak dotąd jedynym czarnoskórym poetą, którego wiersze opublikowano w serii Penguin Modern Classics.

Reklamy

Longplay (3)

longplay

Zasady są trzy:

  • różne gatunki, dla każdego coś dobrego;
  • polecam albumy, które podobają mi się w całości (lub prawie w całości), nie takie, na których znalazło się zaledwie kilka przyzwoitych utworów;
  • linki prowadzą do wybranych kawałków (lub nawet całych albumów) na YouTubie.

 

Angles 9: Disappeared Behind the Sun. Najlepsi jazzmani ze Szwecji orbitują wokół słońca free jazzu. Tylko dla miłośników abstrakcji.

Flume: Skin. Dance’owa elektronika z Australii.

Prinz George: Illiterate Synth Pop. Jeżeli tak ma wyglądać analfabetyzm muzyczny, to ja ewijdkfjwljslkcjl. Synthpop z atmosferą.

Sia: This Is Acting. Popowy mainstream na dziś. Co druga piosenka świetna, pozostałe dobre. Energii na cały tydzień.

Slow Dakota: The Ascension of Slow Dakota. Kontemplacyjnie. Gdzieś pomiędzy poezją, muzyką i religią.

The 1975: I Like It When You Sleep, for You Are So Beautiful yet So Unaware of It. Cholernie różnorodny album indierockowy o cholernie długim tytule.

Różni wykonawcy: The Get Down OST (Part I & II). Eklektyczna składanka z bombowego miniserialu. Ze względu na jego epokę i tematykę, dużo tu hip-hopu i disco, ale zachęcam do przesłuchania, nawet jeśli w tych klimatach nie gustujecie. Łącznie prawie 40 piosenek, same perełki, kilka diamentów. Na przykład Toy Box to mistrzostwo erotycznego popu (i mam tu na myśli kombinację zmysłowej muzyki i przewrotnych słów, nie wygląd wokalistki). Nie wykluczam zarazem, że aby docenić geniusz tego soundtracku, należy najpierw obejrzeć i polubić serial.

The Range: Potential. Elektronika z Nowego Jorku.

Wye Oak: Shriek. Skrzyżowanie indie rocku z indie folkiem.

ZHU: generationwhy. Elektronika chińsko-amerykańska.

Longplay (2)

longplay

Pod okładkami płyt kryją się linki do wybranych piosenek na YouTubie.

Rihanna: Anti

rihanna-anti
Chociaż, jak wiedzą wszyscy zaglądający regularnie na Blogrysa, lubię prosty, radiowy pop – warunkiem niezbędnym i koniecznym jest „wpadnięcie w ucho” – Rihanna kojarzyła mi się jak dotąd z chłamem, żeby nie rzec – z chłamem wulgarnym. Byłem uprzedzony. To nie jest muzyka bardziej tandetna niż, powiedzmy, Shakira czy Carly Rae Jepsen, które bądź co bądź gościły na Mixtape’ie 2016. Wprost przeciwnie: Przesłuchawszy cały album Anti musiałem z miejsca przyznać, że mam oto przed audialnym sobą płytę przemyślaną, starannie wyprodukowaną, doskonale zaśpiewaną. Najsłynniejszej Barbadosyjce na świecie odmówić zdolności wokalnych wszak nie sposób. Poza tym mało na Anti dance’u, chociaż akurat najbardziej charakterystyczny singiel, Work, jest dance’owy do szpiku kości.

Czytaj dalej Longplay (2)

Życie według singli (2)

zycie_wedlug_singli

Przypomniało mi się, co Frank Zappa powiedział o pisaniu o muzyce – że to tak, jakby tańczyć o architekturze. Przedstawiając więc światu kolejną porcję singli, które wpadły mi ostatnio w uchu, ograniczę lepiej komentarz do minimum.

Poprzednim razem popełniłem zresztą jeszcze jeden błąd, który teraz prędko naprawię. Oto YouTube’owa playlista – aby każdy zainteresowany moimi polecankami mógł zapoznać się z nimi szybko i wygodnie. Dwóch utworów nie ma na YT, więc zabrakło ich też na liście. Zaznaczyłem je na czerwono, linki prowadzą na Soundcloud. A kawałki najlepsze – pogrubiłem.

Jeżeli chociaż dziesięciu osobom spodobają się choć po trzy piosenki, będę ukontentowany!

A Tribe Called Quest: We The People… – jazz rap. Reszta płyty według mnie słabsza, chociaż jest to rzekomo jeden z najciekawszych albumów 2016 roku.
Mr. Tophat feat. Robyn: Trust Me – elektronika / disco. Fenomenalny, dziesięciominutowy utwór, który uzyskał strukturalną samoświadomość. Trzeba przesłuchać przynajmniej dwa razy, żeby docenić.
BEA1991: Big World 4 Lovers – art pop
Beyoncé: Halo – R&B. Hicior sprzed prawie dziesięciu lat, który wówczas przemknął pod moim radarem. Piękna pieśń o miłości.
Adele: Water Under the Bridge – pop
Bjarne Friedrich: Phonomagic – oniryczna elektronika. Rewelacyjny, nostalgiczny remiks.
Charlotte Day Wilson: After All – art pop
Nils Bech: Glimpse of Hope (Joe Goddard Remix) – elektronika. Świetny remix, oryginał za to jest nudny.
Arc Iris: Kaleidoscope – alternatywny rock
Beach House: All Your Yeahs – indie rock
Grapell & Many Voices Speak: Some Places – funk / soul

Dwadzieścia-dwadzieścia tysięcy (16)

I co ja z tobą mam zrobić, Natalio?

natalie-imbruglia-02Zacznijmy od sprawy niezręcznej z punktu widzenia faceta: choć nie sposób odmówić ci seksownego wyglądu, choć w 2004 r. zostałaś uznana za szóstą najpiękniejszą kobietę na świecie (przegrywając z Audrey Hepburn, Liv Tyler, Cate Blanchett, Angeliną Jolie i Grace Kelly – z taką konkurencją to prawie jak wygrać), nigdy tak naprawdę mi się nie spodobałaś. Ani tamtego dnia, w latach dziewięćdziesiątych, gdy byłem jeszcze szczeniakiem – zresztą wówczas aktorki kręciły mnie bardziej niż piosenkarki, jedyny wyjątek stanowiła Andrea Corr – ani teraz, gdy po latach odświeżyłem sobie twoje teledyski. Niezbadane są ścieżki seksapilu. Dopóty Lord Thomas nie pomoże w bezkompromisowym rozwiązaniu tego paradoksu, dopóki czuć się będę niczym cierpiący na kaliagnozję bohater opowiadania Teda Chianga: widzę, żeś ładna, ale kwituję to wzruszeniem ramion.

Czytaj dalej Dwadzieścia-dwadzieścia tysięcy (16)

Jackson

Gdy TVN24 transmitowało uroczystości pogrzebowe Michaela Jacksona, do studia zaproszono jego imiennika, Michała Wiśniewskiego, który opowiadał publiczności, jak to właściwie jest być Królem Popu…

Michael i ja zawsze jakoś żyliśmy obok siebie. Jego kawałki nieodmiennie wpadały mi w ucho, ale nigdy nie robiły na mnie wielkiego wrażenia. Dopiero gdy po śmierci Jacksona, poniesiony falą pośmiertnego hype’u, odświeżyłem największe przeboje artysty, uświadomiłem sobie, że w gruncie rzeczy jego muzyka była dużo ciekawsza — i, nie bójmy się tego słowa, ambitniejsza — niż skłonny byłbym przypuszczać.

W miesięcznicę śmierci Króla Popu przedstawiam ranking dziesięciu — moim zdaniem — najlepszych utworów Michaela. Adnotacja o „moim zdaniu” nie pojawia się pro forma. Na szczycie podobnych rankingów prawie zawsze występuje para Thriller i Billie Jean. U mnie tych dwóch utworów nie znajdziecie w ogóle, a to z tego prostego powodu, że w dyskografii Jacksona bez trudu odnajduję dziesięć lepszych. Przypuszczam zresztą, że o popularności Thrillera i Billie Jean w dużym stopniu zdecydowały, odpowiednio, względy wizualne (teledysk) i choreograficzne (moonwalk) — a nie tylko muzyczne.

Nie twierdzę, że poniższa notka powstałaby, gdyby Michael nie umarł. Nie powstała jednak tylko dlatego, że umarł.

Czytaj dalej Jackson

TopTen: Płyty


Zgodnie z zapowiedzią sprzed tygodnia, przedstawiam swój kolejny topten, tym razem poświęcony muzyce "zwyczajnej", czyli niefilmowej. Oto dziesięć subiektywnie debeściackich płyt. Podobnie jak poprzednio, tylko jedna zasada wyznacza rankingowi ramy: Żaden wykonawca nie może pojawić się więcej niż raz.

Czytaj dalej TopTen: Płyty