Tańcz, świnio, tańcz

warsaw_shoreOd lat nie mam w domu telewizji. Mój poziom tolerancji na intelektualną mieliznę oferty programowej (nie wspominając o reklamach) jest zatem bardzo niski: nie umiem już oglądać tiwi z braku laku i irytuję się, gdy ktoś robi to przy mnie. Z drugiej strony wieloletni okres kablowej abstynencji uodpornił mnie całkowicie na odmóżdżający wpływ szklanego ekranu. Potrafię obejrzeć na upartego nawet subtelnie głupi program i mieć całkowitą pewność, że wszystkie aspekty jego debilizmu dostrzegę i że spłyną one po mnie jak woda po kaczce. Dlatego bez najmniejszych obaw o własną kondycję psychiczną postanowiłem uraczyć się pierwszym odcinkiem niesławnego już reality show pt. Warsaw Shore. Wciągnąłem się.

Zafascynował mnie postęp, jaki dokonał się w dziedzinie antropologicznych badań terenowych. Dawniej, gdy antropolog chciał przyjrzeć się z bliska imprezowym mułom tudzież przygłupim laskom, musiał z narażeniem zdrowia i życia pałętać się po klubach i przekradać do spelunek na after-party. Teraz wystarczy, że w niedzielny wieczór włączy MTV i zasiądzie z notesem przed telewizorem. Ekipa z Warszawy składa się bowiem z szeregu nadzwyczaj barwnych postaci: mamy dziewoję wciągającą wódkę szklankami i klejącą się do łysych mięśniaków, mamy kolegę, którego serce „od razu pomaszerowało do bzykalni”, mamy blondynkę, której zdjęcie powinno posłużyć za ilustrację „pustaka” w najnowszej edycji encyklopedii PWN-u. Warsaw Shore to wulgarna, ale na swój sposób hipnotyzująca mozaika wzorców kulturowych i relacji międzyludzkich z dolnej półki; dosadne, krzykliwe uzupełnienie dokumentu Czekając na sobotę. Parafrazując kolegę z Facebooka: Frytka z Big Brothera przy Ekipie… to zakonnica.

Zafascynował mnie sądowniczy potencjał programu. Krajowe Stowarzyszenie Feministyczne powinno pozwać producentów za przedstawianie kobiety jako towaru służącego do przelizania i zaliczenia, którego podmiotowość ogranicza się do nieskrywanej chętki na owo przelizanie-cum-zaliczenie. Polski Klub Dżentelmenów powinien pozwać producentów za promowanie stereotypu, według którego prawdziwy mężczyzna deleguje wyższe procesy myślowe do swojego „wielkiego naganiacza” między nogami. Urząd Miasta Warszawy powinien pozwać producentów za wykorzystywanie wizytówek stolicy – PKiN oraz Stadionu Narodowego – jako teł dla przebitek ze skrajnie kretyńskimi wypowiedziami uczestników i uczestniczek.

Zafascynowało mnie tempo pierwszego odcinka. To czterdzieści minut montażu porównywalnego pod względem szybkości ze zwiastunem sensacyjnego filmu. Co rusz następują cięcia, jakby realizatorzy bali się, że zbyt wiele zdań wypowiedzianych pod rząd przez któregoś z bohaterów doprowadzi do przeciążenia systemu i spalenia obwodów. Tymczasem panowie i panie do powiedzenia mają bardzo dużo, komentują hojnie swoje poczynania i dzielą się nadzwyczaj ciekawymi spostrzeżeniami. Kurwy leją się przy okazji szerokim strumieniem, będąc już nawet nie przecinkami, ale integralną częścią wszystkich wypowiedzi. Oglądam i trudno mi uwierzyć, jak daleko zaszła pauperyzacja telewizyjnego języka – bo przecież Warsaw Shore nie jest żadną rewolucją, a jedynie odważnym krokiem w kierunku wytyczanym konsekwentnie od wielu lat.

Zafascynowała mnie wreszcie hipokryzja nadawcza i naiwność odbiorcza związana z programem. Hipokryzja – bo przecież głównym motorem napędzającym i uczestników, i widownię, jest obietnica ciupciania. Gdy jednak przychodzi co do czego, realizatorom niewiele wolno pokazać, gdyż w przeciwnym razie reality show zamieniłoby się w pornowidowisko, a tego Rubikonu mainstreamowa stacja telewizyjna na razie nie śmie przekroczyć. Naiwność – bo opinia publiczna na wyścigi bulwersuje się żenującym poziomem Warsaw Shore, tak jakby było to gówno podrzucone chyłkiem do jedwabnej ramówki. Tymczasem na program może oburzać się tylko ktoś, kto telewizję ogląda regularnie i kto usilnie próbuje udawać sam przed sobą, że warto spędzać czas przy więcej niż jednym procencie nadawanych programów.

Z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek.