Czas amoku

mirror_mirror

Półtora roku temu wypowiedziałem się w ciepłych słowach o najwcześniejszym ze Star Treków, czyli o pierwszym sezonie pierwotnego serialu telewizyjnego z drugiej połowy lat sześćdziesiątych. W przeciągu kilku ostatnich miesięcy skończyłem oglądać drugą część. Wrażeniami dzieliłem się na gorąco ze Spock… to znaczy z Sejim. Impresje po skompilowaniu stały się silnie subiektywnym, zwięzłym przewodnikiem po odcinkach, który wrzucam teraz na blog w celach archiwalnych. Przypuszczam, że nie zainteresuje nikogo, kto sam tamtych epizodów nie oglądał – chociaż z drugiej strony może kogoś kiedyś moje spostrzeżenia skuszą do samodzielnego zapoznania się z tym klasycznym serialem SF. Bo chyba warto.

Tytuły odcinków, które podobały mi się najbardziej, zaznaczam na zielono.

Czytaj dalej Czas amoku

Reklamy

Obejrzane w 2016: Seriale

black_mirror-nosedive
W niedalekiej przyszłości psychoterapeutów zastąpią analitycy internetowej popularności.

Obrodziło kapitalnymi serialami. Od wiosny jak łysy na perukę czekałem na kontynuację Black Mirror zapowiedzianą przez Netlix. Ten rewelacyjny — i przerażający, choć nie w horrorowym sensie — brytyjski serial wychwalałem rok temu po obejrzeniu pierwszego sezonu.

Przypomnijmy pokrótce, o co chodzi: każdy z odcinków Czarnego lustra stanowi osobną, zamkniętą całość i daje widzowi sposobność do zastanowienia się, w jaki sposób postęp technologiczny odmieni (zdeformuje) w niedalekiej przyszłości nasze życie, psychikę i społeczeństwo. Proponowane „wynalazki” nie są wydumane, wprost przeciwnie; scenarzyści wiążą je zwykle z tzw. „rzeczywistością rozszerzoną”, która powinno zawitać na dobre pod strzechy, czy raczej do gałek ocznych i do kory mózgowej, w przeciągu parudziesięciu lat.

Trzeci sezon Black Mirror, dwa razy dłuższy niż zwykle — czyli liczący całe sześć odcinków (sic!) — doskoczył do wysoko zawieszonej przez poprzedników poprzeczki. Cztery epizody poruszają na przeróżne sposoby temat hejtu. Obserwujemy swoisty „antyhejt” sterowany przez appkę do oceniania ludzi (Nosedive), drastyczne przypadki zaawansowanego trollingu (Shut Up and Dance) oraz „hejtową” kontrolę umysłów (Men Against Fire). Natomiast półtoragodzinny, będący w zasadzie pełnowartościowym kryminałem SF Hated in the Nation ukazuje, w jakich okolicznościach hejt mógłby stać się śmiercionośną bronią w ręku terrorystów.

black_mirror-san_juniperoOdcinkiem najwybitniejszym jest jednak eschatologiczne San Junipero, zilustrowane niezapomnianymi szlagierami z lat osiemdziesiątych oraz surrealną oryginalną ścieżką dźwiękową Clinta Mansella (Reqiuem dla snu). Odcinkiem najstraszniejszym natomiast — Playtime. Oba opierają się na twiście. W San Junipero przekora zmiana dekoracji następuje mniej więcej w połowie, natomiast na twist Playtime musimy czekać do ostatniej minuty… i serce podchodzi nam do gardła, a krew ścina się w żyłach, gdy uświadamiamy sobie, co właściwie oglądaliśmy przez ostatnią godzinę. Metapoziom jak ta lala.

Jeżeli miał(a)byś obejrzeć tylko jeden z polecanych w tej notce tytułów, niech to będzie właśnie Black Mirror! Albo…

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Seriale

Obejrzane w 2015: Seriale

House of Cards

Pierwszy sezon wyróżniał się polityczną drapieżnością. Łatwo przychodziło uwierzenie, że to nie serial, lecz brutalna rzeczywistość kuluarów amerykańskiego parlamentu. W sezonie drugim cyniczny, przełamujący czwartą ścianę Kevin Spacey nie robił już takiego wrażenia, jednak serial nadrabiał dobrze poprowadzoną intrygą polityczną. Wszystkie odcinki można było znów z niekłamaną przyjemnością obejrzeć „na raz” w przeciągu weekendu.

Niestety, w sezonie trzecim tendencja spadkowa jest coraz wyraźniejsza. Trudno kibicować bohaterowi realistycznego (w zamierzeniu) serialu, któremu wszystko się udaje, nawet jak nie od razu, to z czasem; jeszcze trudniej, gdy bohater ten w zasadzie znalazł się już na szczycie i nie wiadomo, co niby miałoby być jego kolejnym celem. Wątek ze Stamperem poszukującym Rachel jest zbędny, a homoseksualne tropy powodują, że widz momentami podnosi ręce w bezradnym geście. Finałowy zwrot akcji każe co prawda zainteresować się w marcu sezonem czwartym… ale jeżeli się skuszę, to tylko z rozpędu.

Notabene, obejrzałem też pierwszy sezon brytyjskiego House of Cards z 1990 r. Pierwowzorowi telewizyjnemu (przedtem była jeszcze książka) na plus liczy się to, że scenarzyści z Wysp potrzebowali tylko czterech odcinków na opowiedzenie tej samej historii, którą ich koledzy zza Atlantyku rozciągneli na epizodów kilkanaście. Minus stanowi natomiast Ian Richardson, niby aktor szekspirowski, który niemniej w roli Francisa wypada gorzej niż Kevin Spacey, a jego maniera wpychania twarzy w kamerę, gdy zwraca się do widza, wypada bardzo nachalnie. Oglądania kontynuacji pt. To Play the King poniechałem w połowie.

house_of_cards-s4

Czytaj dalej Obejrzane w 2015: Seriale

Nowej notki na razie nie będzie (10)

1. Od półtorej dekady trwa złota era serialu. Epickie narracje niespodziewanie pokawałkowano na godzinne porcje i przeniesiono do telewizji. Wszyscy znamy z pierwszej ręki niektóre przejawy tego zjawiska – Rodzinę Soprano, Prawo ulicy, Breaking Bad, Grę o tron, House of Cards – i jesteśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu rzeczy.

Z drugiej strony seriale pozbawiły nas tylu wybitnych pełnometrażowych filmów! Nie obejrzymy nigdy bezkompromisowego, dwugodzinnego dramatu o nauczycielu chemii, który postanawia dorobić na produkcji i sprzedaży narkotyków, niszcząc mimowolnie własną rodzinę. Nie obejrzymy nigdy metafizycznego thrillera na miarę Siedem opowiadającego o dwójce detektywów tropiących seryjnego mordercę w Luizjanie. Ani przewrotnej sensacji o psychopatycznym pracowniku policji, który morduje morderców. Ani komediodramatu o ekscentrycznym lekarzu, który rozwiązuje zagadkę śmiercionośnej choroby niczym Sherlock Holmes zagadkę zbrodni. I tak dalej, i tak dalej. No bo czy Skazani na Shawshank, Czas apokalipsy Pulp Fiction byłyby lepszymi fabułami, gdyby poddać je dekompresji i przekształcić na seriale? Czytaj dalej Nowej notki na razie nie będzie (10)

„Chłopi” według Nowickiego

Kilka lat temu napisałem krótko i pochlebnie o ekranizacji Chłopów. Gdy kilka miesięcy temu przyszło mi obejrzeć powtórnie serial Jana Rybkowskiego, skupiłem się przede wszystkim na wizualnej stronie produkcji. Marek Nowicki spisał się fenomenalnie tworząc mnóstwo przepięknych ujęć, których kolorystyka i kompozycja przywodzą na myśl olejne obrazy o tematyce wiejskiej. Chłopi to ta sama zdjęciowa liga co o dwa lata starszy Barry Lyndon, tyle że Kubrick nakręcił wszystko w naturalnym świetle, natomiast pewnym mankamentem rodzimej produkcji są cienie z reflektorów padające niekiedy w niewłaściwych miejscach i kierunkach.

Z trzynastu odcinków dzieła Rybkowskiego wyciąłem 107 najlepszych kadrów i utworzyłem z nich album. Przypuszczam, że to największy zbiór kadrów z Chłopów w internecie. Może kiedyś przyda się komuś do prezentacji maturalnej. :)

Najlepsze z obejrzanych w 2011

Ostatni ranking najlepszych filmów obejrzanych przeze mnie w minionym roku (nie mylić z nowościami!) ukazał się trzy lata temu. Powróćmy do tradycji. W ramach rozgrzewki wymienię pięć skądinąd niezłych tytułów, które z rozmaitych powodów do bieżącego zestawienia się jednak nie załapały.

Czarny łabędź — bo choć baletowy horror Aronofsky'ego oglądało mi się bardzo dobrze, to nie mam w ogóle ochoty doń wracać.
Życie na podsłuchu — bo ukazuje agenturalną rzeczywistość nie bez charakterologicznej naiwności.
Poważny człowiek — bo z każdym kolejnym obejrzanym filmem braci Coen utwierdzam się w przekonaniu, że nie rozumiem ich twórczości (z wyjątkiem To nie jest kraj dla starych ludzi).
Mr. Nobody — bo zabrakło pomysłu na spojną i wciągającą fabułę.
Sierociniec — bo o ile trochę się przejąłem, o tyle wcale się nie bałem.

A najlepsze z obejrzanych w 2011 r. to: …

Czytaj dalej Najlepsze z obejrzanych w 2011

Uwierzyć, aby zrozumieć

— Jak daleko Mulder mógłby się posunąć?
— Posunąć w jakim celu?
— Po prawdę, swoją prawdę. Jak bardzo chciał udowodnić to co chciał udowodnić?
— To było jego całym życiem.

To se ne wrati. Nigdy już nie będzie równie fajnego serialu jak MacGyver opowiadającego o samotnym wilku przekładającym intelekt nad broń palną. Nigdy już nie uda się połączyć telenowelowej dramy z Zagadką przez wielkie „Z” równie efektownie jak uczyniono to w Zagubionych. I nigdy już nie obejrzymy serialu o paranormalnych tajemnicach równie fascynującego jak Z Archiwum X.

Czytaj dalej Uwierzyć, aby zrozumieć

Redux

W ciemności trzymałem pochodnię, by móc ujrzeć prawdę nieznaną. Akt wiary podjęty z niewypowiedzianą pewnością, że moja podróż daje mi szansę nie tylko zrozumienia, lecz także uleczenia. Że zniknięcie mojej siostry 23 lata temu zostanie wyjaśnione, a nawet że poszukiwanie większych prawd o istnieniu życiu pozaziemskiego może nas ponownie połączyć. Wiara, o której wiem teraz, że jest fałszywa i skrajnie upośledzona. Moje szaleństwo ujawnione faktami, które ukazują jasno zarówno mą arogancję, jak i skłonność do oszukiwania samego siebie. Gdyby tragedia była tylko moja, być może łatwiej byłoby mi dzisiaj wieczorem zakończyć tę podróż.


Piąty sezon Z Archiwum X (1997/98) był ostatnim kręconym w Vancouver. Po pięciu latach producenci mieli pożegnać się z Kanadą — oraz z większą częścią dotychczasowej ekipy filmowej — i przenieść do słonecznej Kalifornii. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że „stare” Z Archiwum X właśnie się kończy i że formuła serialu może się wkrótce zacząć zmieniać. Zapewne właśnie dlatego dołożono wszelkich starań, by piąty sezon okazał się najlepszym z dotychczasowych. I odniesiono pełen sukces. Z dwudziestu odcinków aż dziewięć było mitologicznych — wszystkie znakomite. Z jedenastu odcinków niemitologicznych aż siedem było świetnych, z czego cztery — wybitne. Po stosunkowo nieudanej czwartej serii, The X-Files znalazło się niespodziewanie u szczytu formy. …

Czytaj dalej Redux

Rasa panów

— Jedyną rzeczą zdolną zniszczyć tego człowieka jest prawda.
— Prawda, prawda. Nie ma żadnej prawdy. Ci ludzi, oni ją tworzą realizując swoje zamiary. Są inżynierami przyszłości.


Nie będę owijał w bawełnę. Czwarty sezon Z Archiwum X, emitowany po raz pierwszy na przełomie lat 1996 i 1997, uważam za najsłabszy w historii serialu. O dziwo. Bo przecież aktorzy byli wtedy u szczytu formy, a reżyserzy i scenarzyści ponownie uderzyli w mroczne struny, które z powodzeniem nadawały ton pierwszym dwóm seriom, a których dźwięk w trzecim sezonie zagłuszyły epizody humorystyczne. Mimo wszystko, w ujęciu całościowym, czwarta seria wypadła blado. …

Czytaj dalej Rasa panów