Bézier na peryferiach

krzywe_beziera

Gdy byłem troszkę młodszy i gdy łatwiej było wywrzeć na mnie wpływ, Lord Thomas udzielił mi porady, którą obracam od tamtego czasu w głowie:

— Za każdym razem, gdy chcesz przeczytać książkę, która byłaby stratą czasu — powiedział — pamiętaj, że możesz raczej poświęcić się lekturze, z której dowiesz się czegoś nowego o otaczającym nas świecie.

Potem przez pół godziny utyskiwał nad bezsensem czytania biografii i natrząsał się z frajerów wertujących życie Steve’a Jobsa w nadziei, że sami lada miesiąc też zaczną zarabiać miliony na komputerowej technice. Tak było, Tomek.

Ze wszystkich mądrych książek, które przeczytałem w zeszłym roku, najlepiej wspominam Analizę systemów-światów. Wprowadzenie Immanuela Wallersteina. Srogi tytuł, surowe nazwisko! Analiza… wpasowała się tematem wprost idealnie w moje zaciekawienie historią światową (nie mylić z historią powszechną!1) dopiero co rozbudzone przez Andrew Marra (który co prawda opowiadał o historii powszechnej, nie światowej, ale czynił to w nad wyraz syntetyczny sposób).

Czytaj dalej Bézier na peryferiach

Reklamy

Romek chodzi do szkoły

szkola_korytarz.jpg

W nowoczesnym świecie szkoła jest najważniejszą instytucją społeczną. Oraz najbardziej paradoksalną.

Pierwszej części powyższej tezy właściwie nie chce mi się udowadniać, tak jak nie chciałoby mi się przedstawiać dowodów na ruch obrotowy Ziemi dookoła Słońca. Niechaj wystarczy obiektywne spostrzeżenie, że szkoła poprzez systematyczny, długotrwały, rozpisany na kilkanaście lat proces formuje młodych ludzi, którzy w przyszłości będą współtworzyć społeczną tkankę. Policzcie też w przybliżeniu, ile godzin spędziliście w szkole, i porównajcie sumę z łącznym czasem, jaki zajął Wam w ciągu całego Waszego życia kontakt z dowolną inną instytucją społeczną — służbą zdrowia, administracją publiczną, policją. Szkoła wygra w cuglach. Jeżeli wyszło Ci inaczej, oznacza to najprawdopodobniej, że skazany na „ćwiarę” czytujesz sobie Blogrysa z więziennej biblioteki. Pozdrawiam.

Można by oczywiście się posprzeczać, wytknąć mi, że ogranicza mnie zachodniocentryczna perspektywa, ponieważ w wielu częściach Afryki i Azji sytuacja oświatowa wygląda zgoła inaczej. Można by też stwierdzić, że jeśli poszerzymy definicję „instytucji społecznej”, okaże się, iż szkoła musi ostro rywalizować o wpływy z rodziną, religią i polityką. W porządku. W takim razie profilaktycznie ograniczmy się i zawęźmy, a następnie przejdźmy szybciutko jak na wuefie do meritum: Na czym polegają szkolne paradoksy? Bo jest ich naprawdę bez liku.

Czytaj dalej Romek chodzi do szkoły

Wszystkie wyróżnienia moje (8)

strong

Jesteś rynkowym trybikiem

Posługiwanie się pojęciem „klienta” w tylu różnych sferach ludzkiej aktywności musi oznaczać, że w prawie wszystkich naszych codziennych działaniach istotnie zachowujemy się jak klienci na rynku. Stało się tak nie za sprawą przypadku, ale wskutek (…) całkowitego przemeblowania naszych instytucjonalnych praktyk. Obowiązkowe dokonywanie „wolnego wyboru” – lekarza, szpitala, szkoły dla naszych dzieci – jest zarazem ćwiczeniem ze społecznej tożsamości. Za każdym razem potwierdzamy nim naszą konsumenckość.

– Doreen Massey (The Guardian, 11/6/2013)

Polscy Tatarzy są polscy

Często podnoszony jest także zarzut, jakoby podkręcane przez nas nastroje antyimigranckie miały charakter rasistowski. To bzdura. Dla mnie kolor skóry przybyszów nie ma znaczenia. Kluczowe są kwestie bezpieczeństwa oraz obrony naszej tożsamości. Tak samo nie jesteśmy przeciwnikami islamu jako takiego, choć oczywiście uznajemy katolicyzm za religię objawioną. Sami utrzymujemy przyjazne stosunki z prof. Selimem Chazbijewiczem i wielkim szacunkiem darzymy środowiska polskich Tatarów. Powiem więcej, gdyby hipotetycznie doszło do sytuacji, kiedy ta społeczność będzie zagrożona ze strony radykalnych polskich konwertytów, czy radykalnych imigrantów, jako islam zbyt „rozwodniony”, to chciałbym, żeby działacze ONR-u jako pierwsi stanęli w obronie polskich Tatarów. Także z zaciśniętymi pięściami. Polskość środowisk tatarskich jest rzeczą niepodlegającą dyskusji.

– Aleksander Krejckant (Jagielloński24, 1/5/2016)

Czytaj dalej Wszystkie wyróżnienia moje (8)

Przeczytane w 2016

przeczytane_w_2017

Rok 2016 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na papierze i w Kindlu zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne wydarzenia. Moje czytelnicze statystyki groźnie zaszumiały, zafalowały, spieniły się sprzecznościami, a z zielonego kajetu, w którym skrzętnie zapisuję tytuły lektur, powyłaziły cudaczne bałwany wykrzywiając niemiłosiernie czytelnicze trendy i stawiając pod znakiem zapytania książkową przyszłość. No dobra, troszkę przesadzam. Ale:

Czytaj dalej Przeczytane w 2016

Polskie klasy społeczne

Staszek wrzucił ostatnio na swoją fejsbukową ścianę linki do dwóch wywiadów z polskimi socjologami. Obaj naukowcy opowiadają o strukturze polskiego społeczeństwa tłumacząc kluczowe zjawiska pojęciem klasy społecznej. Lektura długa oraz nieco wymagająca, ale i absolutnie fascynująca. Prof. Słomczyński w magazynie Kontakt skupia się na konsekwencjach transformacji ustrojowej, natomiast prof. Zarycki w Nowych Peryferiach przybliża różnice między kapitałem ekonomicznym, kulturowym, społecznym i politycznym. Gorąco polecam przeczytać samemu, a na zachętę – bądź jako ersatz dla tych, którzy nie mają siły/czasu na zapoznanie się z całością – przytaczam najciekawsze fragmenty.

Z wywiadu z prof. Słomczyńskim:

Jak w takim razie w adekwatny sposób dokonać podziału na klasy społeczne w Polsce? Jakich kryteriów trzeba użyć?
Istnienie klas społecznych jest samo przez się związane z pewnym wymiarem nierówności. Kiedy jednak mówimy o nierównościach społecznych, zwykle pytamy: „Kto co ma?”. Kiedy natomiast mówi się o klasach społecznych, to najważniejsze pytanie brzmi: „Kto kontroluje co?”. To właśnie problem kontroli różnego rodzaju zasobów jest najwłaściwszym kryterium, po które w tym kontekście możemy sięgnąć. Można na tę kwestię spojrzeć bardzo ewolucyjnie, bo choć nastąpiły pewne gwałtowne przełomy w zdarzeniach politycznych i ekonomicznych, to struktura społeczna zmieniała się stopniowo. Z dnia na dzień można zmienić system polityczny, ale nie można zmienić struktury społecznej. Dzisiejsza struktura społeczna wyrasta więc z tej, która funkcjonowała jeszcze w czasach realnego socjalizmu.

(…)

Jak proponowany przez pana profesora podział można odnieść do klasycznego podziału na klasę wyższą, średnią i ludową?
To wiąże się z wielkim sporem w socjologii dotyczącym tego, w jakim stopniu klasy są odróżnialne od tego, co w socjologii nazywa się „stratyfikacją”. Osobiście uważam, że struktura klasowa i stratyfikacja to są dwa ważne, ale różne wymiary struktury społecznej. To bardzo ważne: sama struktura klasowa nie jest automatycznie zhierarchizowana. Niektóre klasy w jednym aspekcie życia społecznego sytuują się wyżej od innych, podczas gdy biorąc pod uwagę inny aspekt, sytuacja jest odwrotna. Terminologia klasy wyższej, niższej i średniej, której się często używa, została wymyślona w Stanach Zjednoczonych i pełniła bardzo ważną rolę ideologiczną. Zamiast mówić o klasach, które miały istotne znaczenie dla kształtowania kapitalizmu jako takiego, wymyślono kategorię uniemożliwiającą odpowiedź na centralne pytanie: w jaki sposób struktura klasowa jest związana z nierównościami społecznymi? Bo już w samej terminologii klasowej zawarto, że klasa jest wyższa, niższa lub średnia. Amerykanie postanowili przeskoczyć jeden krok i zamazać przez to sytuację, w której na przykład ze względu na kapitał ekonomiczny klasa kapitalistów jest na górze, ale ze względu na kapitał ludzki wyżej od nich stoi klasa menadżerów i profesjonalistów. Tego się w takim języku nie powie. Z tego powodu używanie tej terminologii moim zdaniem jest może dobre w dyskursie publicznym, ale na pewno nie w naukowym.

Z wywiadu z prof. Zaryckim:

A jak się przejawia, twoim zdaniem, dominacja kapitału kulturowego w Polsce?

Można to obserwować na różnych wymiarach. Moim ulubionym jest wymiar długiego trwania, czyli przekazywania pozycji społecznej. Jak się spojrzy na ostatnie 100 lat albo więcej, to można zobaczyć, że żadna frakcja elity, osób, które miały wysoki status społeczny, nie była w stanie przekazać go swoim dzieciom inaczej niż za pomocą kapitału kulturowego. Ponieważ to jest jedyny zasób w naszej części Europy, który jest w miarę stabilny, można go w miarę stabilnie akumulować, a potem przekazywać. Przez kapitał kulturowy rozumiem nie tylko wykształcenie. Obejmuje on wiele nieformalnych kwestii związanych z socjalizacją: tak zwane „dobre wychowanie”, dobry smak, dobry gust, dobre, a więc uznawane za kluczowe w danym środowisku, wartości. Często także materialne przedmioty, jak książki czy pamiątki rodzinne. Kapitał ekonomiczny jest w zasadzie nieprzekazywalny, gdyż w naszej części Europy mamy co kilkanaście-kilkadziesiąt lat jakiś totalny upadek, wojny, kryzysy ekonomiczne, niezliczoną ilość dewaluacji, denominacji. Sam pamiętam hiperinflację, która towarzyszyła w Polsce upadkowi komunizmu. Również na poziomie politycznym trudno jest przekazać status społeczny. To nas odróżnia od Rosji i innych krajów byłego Związku Radzieckiego. Tam nomenklatura za komuny przekształciła się w samoreprodukującą się warstwę. Do dzisiaj wszyscy wiemy, że członkowie elity polityczno-gospodarczej Rosji to w dużym stopniu ludzie wywodzący się z rodzin, które były w nomenklaturze już w czasach sowieckich, podczas gdy w Polsce komuna nie wykształciła mechanizmu reprodukcji. Dzieci nomenklatury komunistycznej prawie nigdy nie dziedziczyły pozycji politycznych.

(…)

Dominację tego typu kapitału można też pokazywać w innych wymiarach. Są ciekawe badania dotyczące szkolnictwa, selekcji na poziomie egzaminów. Na najlepsze uczelnie dostają się ludzie, którzy mają najlepszy kapitał rodzinny, kulturowy. Podczas gdy ludzie z dużym kapitałem ekonomicznym, owi „nowobogaccy przedsiębiorcy”, mają do nich o wiele bardziej ograniczony dostęp. Mogą posłać swoje dzieci na studia za granicę, ale wtedy mało kto wraca.

Jest jeszcze symboliczny wymiar sprawy. Cały system polityczno-kulturowy Polski pracuje na dowartościowanie inteligenckości. Prawie wszędzie obserwować można, nazywany takimi czy innymi słowami, ale wyraźny i kluczowy podział na „ludzi kulturalnych” (czyli, w domyśle, inteligentów), i „niekulturalnych”, czyli w brutalnym ujęciu „chamów”. I to jest zakodowane praktycznie we wszystkim: w naszej edukacji, w świętach narodowych. Wystarczy pójść na dowolną uroczystość na uniwersytecie, ale również dowolne obchody rocznicowe – to jest zawsze święto ku czci „inteligenckich tytanów”, zawsze się mówi, że to są jedyne wzory, jakie mamy.

Można by też pewnie pokazać – choć to są już spekulacje, ja tego nie udowodniłem – że ludzie, którzy robią karierę finansową, mają bardzo dobre posady w korporacjach i tak dalej, to też w dużym stopniu są inteligenci. Ludzie, którzy osiągnęli tę swoją bardzo dobrą pozycję dzięki umiejętnościom, kompetencjom kulturowym, kontaktom. To było oczywiste jeszcze w tych pierwszych latach, jak komuna upadała. To byli ludzie, którzy zawsze mieli dużo kontaktów za granicą, znajomość języków… Często te kontakty i doświadczenie zdobyte na zachodzie, a wówczas niedostępne dla innych, powodowały, że oni pierwsi byli wybierani do tego, żeby zakładać oddziały korporacji zachodnich. Uzyskali tym samym ogromną możliwość robienia kariery. Myślę, że oni instynktownie czują, że gra kulturowa jest dla nich bardzo ważna, że to jej zawdzięczają karierę, a dla zabezpieczenia pozycji kulturowej kluczowe jest kultywowanie inteligenckich wartości i przekazywanie ich następnym pokoleniom.

Autorką zdjęcia w nagłówku wpisu jest Magdalena Roeseler (CC).