Filmorys (26)

the_shawshank_redemption-kadr

W minionym roku uprawiałem gatunek mikrorecenzji filmowej (zawsze dokładnie tysiąc znaków!) intensywnie. Przedstawiłem w ten sposób 60 tytułów. Pora na przerwę. Następny Filmorys nastanie nieprędko.

 

Skazani na Shawshank
(The Shawshank Redemption; 1994)

Stephen King nie ma szczęścia do ekranizacji. Jednak może się pochwalić, iż na podstawie właśnie jego minipowieści nakręcono film wszech czasów. „Skazani na Shawshank” są zasłużonym numerem jeden na liście IMDB, choć w roku swojej premiery przegrali walkę o widza i o Oskary z „Pulp Fiction” i „Forrestem Gumpem”.

O wybitności więziennej epopei – wydarzenia rozgrywają się wszak na przestrzeni 20 lat – przesądziło mistrzowskie manewrowanie pośród gatunków. „Skazani…” rozpoczynają się jak dramat sądowy, potem płynnie przechodzą w sensację o brutalnym życiu za kratami. Środkowa część filmu to dobrze rozpisana obyczajówka z frapującymi postaciami. Akt trzeci skręca w kierunku thrillera, a zakończenie proponuje nam jeden z najsłynniejszych happy-endów w historii kina. Poza tym należy zaznaczyć, że reżyser i scenarzysta Frank Darabont wyminął wszystkie warsztatowe pułapki. Nie uświadczymy tu melodramy ani flashbacków, zaś kompozycja finałowej sceny stanowi dowód wielkiego wyczucia rzemiosła.

★★★★★

Czytaj dalej Filmorys (26)

Reklamy

Filmorys (23)

it-kadr

To
(It; 2017)

Niestraszny horror i wykastrowana ekranizacja przecenionej powieści Stephena Kinga.

Pierwowzór był zbyt długi, rozwlekły, fabuła wielokrotnie rozsypywała się niczym rozbite lustro na fragmenty będące ni to rozdziałami zwartej narracji, ni to opowiadaniami o upiornym klaunie prześladującym dzieci – ale oryginał manewrował przynajmniej na dwóch planach czasowych i czerpał w kluczowych momentach energię ze swej asynchronicznej kompozycji. Śledziliśmy losy dzieciaków stawiających czoło krwiożerczemu, odwiecznemu Złu, a jednocześnie poznawaliśmy je jako osoby dorosłe. Warstwa psychologiczna pogłębiała się wręcz samodzielnie.

W Hollywood komuś jednak poplątały się baloniki w mózgu. Ja rozumiem, że trudno zamknąć ponad tysiąc stron prozy w dwuipółgodzinnym filmie, lecz rozwiązaniem naprawdę nie jest delegowanie „dorosłej” części do sequela. Co gorsza, reżyser pokazuje strachy bez niedomówień, raz za razem zachłystując się możliwościami komputerowych efektów specjalnych. Nie tędy łódka płynie.

★★★☆☆

it-kadr2

Czytaj dalej Filmorys (23)

Przeczytane w 2016

przeczytane_w_2017

Rok 2016 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na papierze i w Kindlu zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne wydarzenia. Moje czytelnicze statystyki groźnie zaszumiały, zafalowały, spieniły się sprzecznościami, a z zielonego kajetu, w którym skrzętnie zapisuję tytuły lektur, powyłaziły cudaczne bałwany wykrzywiając niemiłosiernie czytelnicze trendy i stawiając pod znakiem zapytania książkową przyszłość. No dobra, troszkę przesadzam. Ale:

Czytaj dalej Przeczytane w 2016

Obejrzane w 2015: Seriale

House of Cards

Pierwszy sezon wyróżniał się polityczną drapieżnością. Łatwo przychodziło uwierzenie, że to nie serial, lecz brutalna rzeczywistość kuluarów amerykańskiego parlamentu. W sezonie drugim cyniczny, przełamujący czwartą ścianę Kevin Spacey nie robił już takiego wrażenia, jednak serial nadrabiał dobrze poprowadzoną intrygą polityczną. Wszystkie odcinki można było znów z niekłamaną przyjemnością obejrzeć „na raz” w przeciągu weekendu.

Niestety, w sezonie trzecim tendencja spadkowa jest coraz wyraźniejsza. Trudno kibicować bohaterowi realistycznego (w zamierzeniu) serialu, któremu wszystko się udaje, nawet jak nie od razu, to z czasem; jeszcze trudniej, gdy bohater ten w zasadzie znalazł się już na szczycie i nie wiadomo, co niby miałoby być jego kolejnym celem. Wątek ze Stamperem poszukującym Rachel jest zbędny, a homoseksualne tropy powodują, że widz momentami podnosi ręce w bezradnym geście. Finałowy zwrot akcji każe co prawda zainteresować się w marcu sezonem czwartym… ale jeżeli się skuszę, to tylko z rozpędu.

Notabene, obejrzałem też pierwszy sezon brytyjskiego House of Cards z 1990 r. Pierwowzorowi telewizyjnemu (przedtem była jeszcze książka) na plus liczy się to, że scenarzyści z Wysp potrzebowali tylko czterech odcinków na opowiedzenie tej samej historii, którą ich koledzy zza Atlantyku rozciągneli na epizodów kilkanaście. Minus stanowi natomiast Ian Richardson, niby aktor szekspirowski, który niemniej w roli Francisa wypada gorzej niż Kevin Spacey, a jego maniera wpychania twarzy w kamerę, gdy zwraca się do widza, wypada bardzo nachalnie. Oglądania kontynuacji pt. To Play the King poniechałem w połowie.

house_of_cards-s4

Czytaj dalej Obejrzane w 2015: Seriale

Obejrzane w 2014: Najlepsze, cz. 1

10. Breaking Bad (2008-2013)

Dyskusję z osobą, której nie spodobał się film powszechnie uważany za znakomity, należy zawsze zakończyć słowami: Twoja strata. Określenia „strata” trzeba tu jednak użyć dosłownie, nie sarkastycznie i nie ad hominem. Chociaż gust pozwala nam czasem wywęszyć znakomite, lecz mało znane dzieło, to potrafi też niekiedy sprawić psikusa. W przypadku Breaking Bad moje nieszczęście jest w gruncie rzeczy podwójne. Nie dość, że serial uznawany za telewizyjne objawienie zachwycił mnie tylko częściowo, to na dodatek nikt inny nie dostrzegł wad, które mi przeszkadzały. Przetrząśnięcie internetu w poszukiwaniu zbieżnych opinii zakończyło się niepowodzeniem.

Breaking Bad jest bezkompromisowym serialem dramatycznym o nauczycielu chemii, który zachorowawszy na nieuleczalnego raka zabiera się za produkcję metaamfetaminy, by zabezpieczyć byt rodzinie. Noszę się z zamiarem napisania dłuższej recenzji, więc na razie pochwalę i zganię w telegraficznym skrócie: Pierwszy sezon rozbudza apetyt, drugi uważam za bezbłędnie wybitny. Niestety, w trzecim scenariusze nagle tracą impet, a w czwartym trzeszczy fabuła. Dopiero w finałowym sezonie wszystko wraca na właściwe tory, ale co z tego, skoro pozostał niesmak po brzydkich niedoróbkach dwóch poprzednich serii.

Cóż, zadziałała najwyraźniej telewizyjna karma. LOST, który wszyscy po początkowym zachwycie prędzej czy później odsądzili od czci i wiary, trzymał mnie w garści do samego końca, a kontrowersyjny finał uważam za genialny. Z Breaking Bad było odwrotnie. Ale i tak mocno polecam.

breaking bad

Czytaj dalej Obejrzane w 2014: Najlepsze, cz. 1

Filmorys (14)

W numerze:

Miasto śmierci, czyli przeciętny thriller z Jennifer Lopez
W imieniu armii, czyli antywojenne rozczarowanie
Na Zachodzie bez zmian, czyli antywojenny klasyk
Dom, czyli dwadzieścia pierwszych lat PRL-u
Uciekinier, czyli Schwarzenegger jako zwierzyna źle wróży łowcom
Wybrzeże Moskitów, czyli Harrison Ford buduje cywilizację

Czytaj dalej Filmorys (14)

Inny rok Króla


Nie sposób udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o poziom filmów kręconych na podstawie prozy Stephena Kinga, ponieważ reprezentują one wszelkie możliwe poziomy. Wśród kilkudziesięciu ekranizacji odnajdziemy najlepszy film wszech czasów (przynajmniej jeśli wierzyć rankingowi IMDB), najlepszy horror wszechczasów (jeżeli uznamy, że pierwszy Obcy to przede wszystkim SF), a także dzieła bardzo dobre (Zielona Mila, Misery), dobre (Carrie, Martwa strefa, Tajemnicze okno), kiepskie (1408), okaleczone niskim budżetem (Langoliery, Bastion) i wprost żenujące (Dzieci kukurydzy). Dużo łatwiej zmierzyć się z innym pytaniem: Czy Kingowskie pierwowzory zawsze są przynajmniej równie dobre, co ich kinowe bądź telewizyjne przekłady? Nie, nie zawsze. Dowód w sprawie nosi tytuł Cztery pory roku, wydany został w 1982 roku* i składa się z czterech nie powiązanych ze sobą nowel**.

Czytaj dalej Inny rok Króla