Wojna biało-żółta pod flagą Pacyfiku

wojna_amerykansko-chinskaWszystkim osobom, które zastanawiają się, dokąd zmierza świat, gorąco polecam lekturę niedługiego artykułu Jacka Bartosiaka, który dzięki dopiero co wydanej książce (rzekomo znakomitej, tylko momentami przydługiej) stał się naczelnym rodzimym ekspertem od geopolityki. W powyższym zdaniu jest zero ironii. Nie używam bynajmniej słowa „ekspert” w prześmiewczym znaczeniu, choć oczywiście Bartosiak może się mylić. Cóż, takie już ryzyko osób próbujących przepowiadać przyszłość.

Przeczytawszy artykuł A więc wojna – prorokujący w oparciu o solidne podstawy rychły konflikt zbrojny między USA a Chinami – zastanowiły mnie trzy rzeczy:

1) Bartosiak wydaje się lekceważyć możliwość wymiany ciosów nuklearnych („ze względu na specyfikę konfrontacyjną nie ma szans na to, by konflikt przekształcił się w wojnę atomową”). Owszem, USA i Chiny nie zaczną od wystrzelenia balistycznych pocisków jądrowych. Ale z pewnością dysponują taktyczną bronią atomową o (relatywnie) małej sile rażenia, której któraś ze stron może użyć w podbramkowej sytuacji. Generałowie na pewno też będą skorzy przetestować nową zabawkę w warunkach polowych. I nie wiem jak Bartosiakowi, ale mnie pojęcie „taktyczna broń atomowa” kojarzy się jakoś ze słowem „eskalacja”.

2) Reakcja międzynarodowa również będzie faworyzować USA, za którymi stanie cały ASEAN, państwa regionu i NATO”. NATO – tak, z definicji, ale czy jesteśmy pewni, że np. europejska opinia publiczna poparłaby jednoznacznie Stany Zjednoczone? Widzę szereg wątpliwości. Raz, że Chiny nie zagrażają w żaden sposób interesom Europy, a przynajmniej nie interesom zwykłego Kowalskiego. Opinia publiczna ma zakodowane, że trzeba bać się ISIS-u i Korei Północnej, ale Chin…? Dwa, że w Europie narastają nastroje antyliberalne, które mogą obrócić się przeciwko Amerykanom. Wystarczy, że chiński PR dobrze rozegra to medialnie. Trzy, że po wojnie w Iraku ludzie przez pewien czas będą podejrzliwie patrzeć na wojenne zapędy USA, szczególnie, jeśli u steru siedzi Donald Trump.

3) Gdyby doszło do wojny amerykańsko-chińskiej na Pacyfiku – jak zachowa się Rosja?

Nie bój się Trumpa

Ponieważ niedawno przewidziałem zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, wypadałoby wyjaśnić teraz pokrótce, dlaczego jego prezydentury nie obawiam się nawet w połowie tak jak tzw. liberalni demokraci.

(„Tak zwani”, bo prawdziwy liberalny demokrata powinien afirmować wynik wyborów bez względu na to, czy odpowiada mu ich wynik. A jeżeli istotnie nie potrafi się z nim pogodzić, powinien bezzwłocznie zastanowić się ― i piszę to bez ironii ― nad zasadnością ustroju liberalnodemokratycznego.)

Donald TrumpPrzede wszystkim: Wybór między Clintonową a Trumpem był wyborem między dżumą a cholerą. Jasne, dałoby się wymienić szereg powodów, dla których nowojorski budowlaniec nie powinien był zostać 45. prezydentem największego mocarstwa na świecie. Jednak nie negują one wcale złego świadectwa, jakie możemy też wystawić byłej Pierwszej Damie i żonie niedoszłego Pierwszego Dżentelmena. Ocen z owego świadectwa nie ma sensu tu nawet przytaczać, gdyż jeśli ktoś wciąż ich nie zna, to znaczy, że interesował się sprawą wyborów bardzo emocjonalnie i nie do niego adresowana jest poniższa notka.

Dość rzec, że znakomita większość argumentów przemawiających za Clintonową polegała na straszeniu Trumpem. O ile gros wyborców Donalda Johna faktycznie uwierzył w jego kandydaturę, o tyle zwolennicy Clintonowej udzielili jej poparcia kierując się zasadą mniejszego zła. A wybór między większym a mniejszym złem jest jednak wyborem bardzo trudnym. Łatwo o pomyłkę.

Jak wyglądałyby Stany Zjednoczone i świat za prezydentury Clintonowej nigdy się już nie dowiemy ― no, chyba że elektorzy wywiną jeszcze bezprecedensowy, ale hipotetycznie możliwy numer ― lecz dowiemy się przynajmniej, co osiągnie i co zawali Trump. Pamiętajmy, że oczekiwania często rozmijają się z rzeczywistością, szczególnie w polityce. Za przykład niech posłuży Obama, który osiem lat temu obiecywał wielkie zmiany, społeczną bonanzę i bezczelność nadziei ― pamiętacie ten medialny szał? ― a którego prezydenturę podsumowuje się teraz krytycznie. Jego polityka zagraniczna przyczyniła się na przykład do powstania Państwa Islamskiego. Może Trumpowi pójdzie lepiej?

Sarkastyczna odpowiedź na powyższe retoryczne pytanie wspomni o wojnie, jaka miałoby rzekomo wybuchnąć za prezydentury brutalnego (w jednej wersji) lub głupiego (w innej) Donalda Johna. Tak, ja też uważam, że tamta pseudoprorocza powieść Kinga była fajna, jednakże łączenie casus belli bezpośrednio z osobą Trumpa uważam za chybione ― z rozlicznych powodów. Jeśli chodzi o Chiny, to do konfliktu w tamtym rejonie dojdzie z powodów gospodarczych i politycznych, nie w wyniku nieudolnej dyplomacji. Jeśli chodzi o domniemane oddanie Europy na pastwę Rosji, warto pamiętać, że Amerykanie jeszcze pod przywództwem Obamy nie kiwnęli palcem po aneksji Krymu. Nie ignorowałbym zarazem faktu, że żona Trumpa jest Słowenką, więc los Europy Środkowej może z przyczyn osobistych obchodzić go bardziej niż poprzednich prezydentów.

Po trzecie, do wybuchu najstraszniejszej wojny w dziejach Zachodu doszło za prezydentury Roosevelta. FDR kojarzony jest przede wszystkim z okresem 1939-1945, ale zamieszkał wszak w Białym Domu już w roku 1933, dokładnie tym samym, w którym Hitler przejął władzę w Niemczech. Ten przykład dobitnie ukazuje, że nawet zręczny, podziwiany przez potomność prezydent, czasami nie potrafi (nie chce?) powstrzymać wybuchu wielkiej wojny, ba, nie umie też przeciwdziałać prowadzącym ku niej siłom politycznym.

Po czwarte, w kwestii najpoważniejszej ― zagrożenia globalną wojną nuklearną ― jestem niepoprawnym czarnowidzem. Może zbyt wiele czasu spędziłem za młodu przy Falloutach, ale przypuszczam, że prędzej czy później dojdzie do katastrofy (byle nie totalnej, tj. byle liczonej w milionach, a nie miliardach istnień ludzkich). I to nie z powodu samobójczej nieustępliwości jakiegoś Trumpa albo Putina, ale przez zorzę polarną bądź zwolnienie chorobowe Stanisława Pietrowa. Historia bywa okrutna.

Wierzę natomiast, że ― w międzyczasie ― poczucie zagrożenia, jakie wzbudziła w liberalnej Europie elekcja Trumpa, wyrwie Stary Kontynent ze stagnacji. Że Unia, zorientowawszy się, iż nie może liczyć na pomoc militarną USA w tym samym stopniu co dawniej, zainwestuje w swoje zdolności obronne i skonsoliduje politykę zagraniczną. Że liberalni politycy, spłoszeni prawicowym trendem, przeniosą swoją uwagę z biurokracji na kulturę, a jednocześnie wiatru w skrzydła dostanie stronnictwo konserwatywne. Że lewica zrozumie w końcu, kto tak naprawdę głosuje na populistów pokroju Trumpa ― ludzie, którzy nie polubili się z globalizacją ― i zamiast odmieniać prawa gejów oraz lesbijek przez wszystkie przypadki zainteresuje się na powrót prawami pracowników.

Powstrzymać Trumpa było stosunkowo prosto. Sondaże pokazywały, że w konfrontacji z Trumpem większe szanse na zwycięstwo miał Bernie Sanders, kandydat ze wszech miar świetny. Establishment przeraził się jednak jego socjalistycznych poglądów. Lobbyści woleli hojnie sypnąć pieniędzmi na kampanię Clintonowej, licząc, że w razie czego będzie ich ułaskawiać za przekręty finansowe, choćby i w ostatnim dniu swojej kadencji.

Trump także jest bogaczem. Nie łudźmy się więc, że zdemontuje nierówności finansowe. Jeśli jednak Wall Street się kogoś tak panicznie boi, może warto udzielić mu kredytu zaufania?

Czy Donald Trump wygra wybory?

Obejrzałem godzinny film dokumentalny o Hillary Clinton. Produkcja była świeża jak bochenek z osiedlowej piekarni, wspomniano nawet o niedawnym zasłabnięciu demokratycznej kandydatki. Dowiedziałem się dwóch ciekawych rzeczy, nie tyle o „Szachrajce”, jak zwykł nazywać Clintonową nieoceniony Mariusz Max, co o Donaldze Trumpie. Otóż konkurent Hillary, identyfikujący się w latach zerowych jako demokrata, popierał ją w wyborach prezydenckich w 2008 i 2012 r., a nawet wpłacał pieniądze na konto Fundacji Clintonów. Ba, Bill i Hillary byli gośćmi na trzecim ślubie Donalda. Doprawdy, sam nie wiem, które zdjęcie jest fajniejsze.

trump_clintontusk_kaczynski

Po drugie, kandydaturę Trumpa popiera Clint Eastwood. Spore zaskoczenie, chociaż właściwie trudno, żeby Brudny Harry, William Munny i Człowiek Bez Imienia mieli miękkie, demokratyczne serduszka.

Wracając do Hillary: Podobnie jak Trump jest kandydatką kontrowersyjną. W dokumencie zauważono, że Stany Zjednoczone są gotowe na wybranie pierwszej kobiety w historii na urząd prezydenta – ale niekoniecznie właśnie tej kobiety. Poszedłbym w ocenie o krok dalej. Wybór Mulata Obamy, a potem jego reelekcja, kosztowały Demokratów ogromną ilość liberalnej energii. Może jej nie starczyć w tym roku na wybranie kobiety – tej kobiety albo jakiejkolwiek innej.

Spoglądając więc na zagadnienie wyborów przez pryzmat Heglowskiego Ducha, wypada odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie twierdząco.

Czytaj dalej Czy Donald Trump wygra wybory?

Ucieczka Michaela Corleone

Dwie pierwsze części Ojca chrzestnego, choć osadzają fabułę w minionej epoce, nie mają nic wspólnego z kinem historycznym – z jednym pamiętnym wyjątkiem. Michael Corleone oraz szef mafii żydowskiej Hyman Roth jadą w sequelu na Kubę, by podzielić między siebie tamtejsze wpływy. Jest grudzień 1958 r., Kubą od sześciu lat rządzi dyktator Fulgencio Batista. USA kontroluje za jego przyzwoleniem większą część kubańskiej gospodarki, a zorganizowana przestępczość czerpie grube zyski z hawańskiej rozpusty. Jednak Batista właśnie traci poparcie armii i potężnego sąsiada. Dyktator ucieka w Nowy Rok z wyspy, po władzę natychmiast sięga zaprawiony w boju partyzant Fidel Castro. Corleone i Roth czym prędzej pryskają widząc na własne oczy gwałtowny kres tłustej dekady.

Castro błyskawicznie znacjonalizował gospodarkę i nawiązał porozumienie ze Związkiem Radzieckim. Prezydent Eisenhower ograniczył w odpowiedzi import cukru z Kuby do USA, a dwa lata później Kennedy nałożył na Kubę całkowite embargo. Dopóki trwała Zimna Wojna, dopóty izolacja sowieckiego satelity była usprawiedliwiona. Jednak po upadku Związku Radzieckiego amerykańscy decydenci miast przystąpić do normalizacji stosunków z karaibskim sąsiadem, postawili sobie za honorowy cel zgnoić go ze szczętem. Nie wiem, co jest w tej historii ciekawsze – rozmaite środki ekonomicznej represji, po jakie sięgneły Stany Zjednoczone, czy raczej środkowy palec pokazywany konsekwentnie największej światowej potędze przez Fidela.

W 1992 r. amerykański Kongres, na mocy tzw. ustawy Torricelliego, ogłosił, że każdy zagraniczny statek, który ośmieli się przybić do kubańskiego wybrzeża, przez pół roku objęty będzie zakazem wpłynięcia na terytorium USA. Sankcjami postraszono też państwa skore do udzielenia Kubie pomocy finansowej. Każdy dolar przekazany Kubańczykom oznaczać miał jednego dolara mniej otrzymanego od Stanów Zjednoczonych. Kiedy w 1996 r. kubańskie myśliwce zestrzeliły dwa amerykańskie samoloty rozrzucające propagandowe ulotki nad wyspą, rozwścieczony Wujek Sam zemścił się ustawą Helmsa-Burtona. Na czarną listę Waszyngtonu trafiały odtąd niemal wszystkie zagraniczne przedsiębiorstwa handlujące z reżimem Castro. Producenci samochodów zainteresowani rynkiem amerykańskim musieli na przykład udowadniać Departamentowi Finansów, że ich pojazdy nie zawierają kubańskiego niklu. To nic, że Rada Europy, Unia Europejska, Wielka Brytania i Kanada potępiły nowe przepisy jako niezgodne z prawem międzynarodowym. Widocznie nie dostrzegli jego szlachetnego tytułu: Uchwała o Kubańskiej Wolności i Demokratycznej Solidarności (Libertad).

Nieco później administracja młodszego Busha postanowiła boleśnie nakłuć tkankę społeczną. Kubańskim emigrantom z amerykańskim obywatelstwem drastycznie ograniczono możliwość odwiedzania pozostawionych w ojczyźnie rodzin. Zabroniono też eksportu aparatury medycznej na wyspę. A gdy w 2006 r. trzynastoletni nieuleczalnie chory Kubańczyk wygrał aparat fotograficzny w międzynarodowym konkursie dla dzieci zorganizowanym przez ONZ, Nikon otrzymał od Białego Domu zakaz wysyłania urządzenia („bo amerykańska technologia”).

Sytuacja zmieniła się na lepsze wraz z dojściem do władzy Obamy. Trzy miesiące temu amerykański prezydent zapowiedział przywrócenie stosunków dyplomatycznych między USA i Kubą. Trwają rozmowy rządowych przedstawicieli, w międzyczasie wskrzeszany jest powoli handel. Oczywiście, Republikanie natychmiast oskarżyli Obamę o prowadzenie polityki miękkich kolana, a Mariusz Max Kolonko wysnuł hipotezę, że USA chcą przytulić do siebie Kubę zanim zrobi to Putinowska Rosja. Niewykluczone, że po prostu Waszyngton postanowił raz na zawsze uśmiercić kubański komunizm bronią ostatecznej zagłady, czyli neoliberalnym miotaczem kapitalizmu.

Bal sylwestrowy ’58/59 był początkiem końca machlojek Freda Corleone, który otrzymał podówczas od brata pocałunek śmierci. „Buziaki” rządu amerykańskiego przesyłane przez pół wieku Kubie okazały się dużo mniej skuteczne. Castrowie mogą sobie pogratulować. Ich era dobiega końca z przyczyn naturalnych, nie amerykańskich. Z pojedynku z gigantem wyszli zwycięsko.

____________________
Autorem wykorzystanego zdjęcia jest Artur Staszewski (CC). Fotografię wykonano w kubańskim kurorcie Varadero. Pisząc powyższą notkę korzystałem z artykułu Salima Lamrani z Le Monde Diplomatiqe.