Powrót do przyszłości

Tomasz Czukiewski przygotował kolejny odcinek swojego wspaniałego YouTubowego programu. Tym razem na tapet wziął dawne wyobrażenia o przyszłości. Polecam, bo to jak zwykle materiał z najwyższej półki: z pomysłem, profesjonalnie zmontowany, opatrzony lektorskim komentarzem. Lepiej kliknijcie w 👍 i 🔔.

W zaszłych rozważaniach o przyszłości zawsze dziwi mnie – a raczej bawi – że nikt nie umiał wyobrazić sobie internetu i jego rozmaitych przejawów, które wpłyną na handel, politykę, życie towarzyskie, wymianę poglądów i codzienność. Dlatego też w dokumencie Czukiewskiego uwagę przykuwa wypowiedź Arthura C. Clarke’a. Autor Odysei kosmicznej i pomysłodawca geostacjonarnych satelitów chyba najlepiej z ówczesnych mu zawodowych i domorosłych futurologów rozumiał, że lada dekadę nastąpią wielkie zmiany w sposobie komunikacji – pojmowanej nie jako transport ludzi i towarów, lecz jako metody przekazywania informacji.

Na pewno nie ogarniał tego facet przewidujący pudełka z „cukierkami dla ślicznotek”. A już zupełnie nikomu nie mieściło się w głowie, że „w XXI wieku człowiek z laptopem będzie z zacisza własnego domu robił lepsze dokumenty niż stacje telewizyjne” (cytując komentarz WMProductions2010).

Na marginesie: Grałem swojego czasu zajadle w dwa pierwsze Fallouty i wielkim wstrząsem było dla mnie późne odkrycie, że świat przedstawiony nie jest futurystyczny, tylko retrofuturystyczny. Wyczytałem gdzieś o tym dopiero długo po przejściu obu gier. W trakcie rozgrywki jakoś nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego komputery, które na swojej drodze napotykał protagonista, prezentowały się tak staroświecko. Całą moją uwagę pochłaniała walka turowa z raiderami, supermutantami i deathclawami.

Jak błądzący łach

Filip Łobodziński przełożył tytuł ikonicznej piosenki Boba Dylana Like a Rolling Stone na Jak błądzący łach. Okoliczności tej decyzji przedstawił w artykule, w którym dokonał zresztą wiwisekcji całości swego przekładu. Przeczytałem go z ogromną przyjemnością; mam słabość do wynurzeń tłumaczy zdradzających warsztatowe tajniki.

Chciałem, żeby za ilustrację lektury posłużyło mi polskie wykonanie Dylanowskiego szlagieru, ale traf sprawił, że najpierw natknąłem się na Czasy nadchodzą nowe zaśpiewane przez Muńka Staszczyka. Nie znałem – bardzo dobre.

Mur i Błąd

Obejrzawszy Moonrakera stwierdziłem — rychło w czas — że Bondy z Rogerem Moorem są do bani.

Dziesięć lat temu nabyłem boks z (wówczas) wszystkimi przygodami 007 w formacie DVD. Odświeżam je sobie w żółwim tempie jednego filmu rocznie. Przez pewien czas o Bondzie z entuzjazmem blogowałem, ale nie bez powodu cykl notek urwał się na W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości.

Zaraz potem scenariusze z najwyższego pułapu rozpoczynają gwałtowny lot w dół. Historie z superagentem przestają być staroświeckimi, szpiegowskimi akcyjniakami i przez półtorej dekady flirtują z kampem — trzymając się kurczowo mainstreamu. Fatalna kombinacja. Dopiero w połowie lat osiemdziesiątych wraz z pojawieniem się na planie Timothy’ego Daltona producenci tchną w serię ożywczego ducha kina sensacyjnego.

Gwoździem do trumny jest Roger Moore, aktor, ogólnie rzecz biorąc, sympatyczny, ale całkowicie wyzuty z bondowskiej charyzmy. Z filmów, w których wystąpił, broni się tylko Człowiek ze złotym pistoletem (oczywiście za sprawą Christophera Lee, paradoksalnie specjalisty od kampu) i bodajże Tylko dla twoich oczu, lecz powtórka tegoż jeszcze przede mną.

Okrzyknięty sukcesem Szpieg, który mnie kochał jest natomiast nudny; w kierunku absurdu popchnęło go ponadto obsadzenie brytyjskiego kociaka w roli superagentki radzieckiego wywiadu. Moonraker, który zapamiętałem z dzieciństwa jako kosmicznie fajny, okazuje się zlepkiem wysokobudżetowych scen w mizerny sposób wynikających jedna z drugiej.

I ten nieszczęsny Szczęki…

Kod pierogowy

Lubię przyrządzać i konsumować pierogi. Niestety, ich przygotowanie – w przeciwieństwie do zjedzenia – zajmuje sporo czasu.

Problemu nie stanowi bynajmniej wyrobienie ciasta, które nie przysparza mi (już nie…) więcej trudności niż ciasto do pizzy. Żmudna część przepisu wiąże się natomiast z wykrawaniem kółek, zalepianiem farszu, i iterowaniem skrawków.

Co prawda sprawdziłem kiedyś na stoperze, że przygotowanie porcji dwudziestu pierogów zajmuje mi równą godzinę – od wyciągnięcia patelni do nałożenia parującego finalnego wyrobu na talerz. To niby nie aż tak długo, jednak spędzam tę godzinę na najwyższych kulinarnych obrotach. A potem czeka mnie jeszcze intensywne zmywanie, no i czyszczenie blatu.

Tymczasem Tomasz Strzelczyk, twórca znakomitego serialu o gotowaniu Oddaszfartucha (najlepszy znany mi tego typu kanał na YouTube), przedstawił niedawno sensacyjne odkrycie: pierogi w wersji rolowanej. Przetestowałem pomysł kilka dni temu. Potrawa rzeczywiście jest wygodniejsza w przygotowaniu. I zgodnie z oczekiwaniami smakuje obłędnie.

Takie podejście do pierogów przypomina swoją drogą beyti, turecki smakołyk pokropiony sosem pomidorowym. Konstantynopolczycy zawijają mięso w lawasz, my w prosty, mączno-jajeczny placek, ale mam wrażenie, że serca obu dań biją blisko siebie. W Oslo pyszne beyti zjeść można w La Villa, niepozornej restauracji na Grønlandzie.

Swoja drogą, noszę się z zamiarem przygotowania przeglądu najciekawszych lokali gastronomicznych w stolicy Norwegii – jednak to temat na inną notkę.

Remaster „Legend of Mana”

Ze względu na swe cudowne, ręcznie rysowane, soczyście kolorowe tła, Legend of Mana zasługuje niewątpliwie na miano najpiękniejszej graficznie gry wydanej na pierwsze PlayStation. To zresztą jedna z najśliczniejszych gier w ogóle. Chciałem tutaj wkleić link do galerii screenshotów jako naoczny dowód mojej śmiałej tezy, ale o dziwo żadnej takiej w internecie nie znalazłem.

22 lat po swojej premierze tytuł doczeka się pecetowego remasteringu. Premiera w czerwcu. Notabene, w bieżącym roku zostanie także zremasterowany SaGa Frontier, również niebrzydki jRPG.

Nie sposób przecenić wpływu, jaki internet wywiera na historiografię. Ten, kto w 2019 r. przymierza się do dyskusji o przeszłości, będzie musiał zrobić to zupełnie inaczej niż dwadzieścia lat wcześniej. Olbrzymia dostępność informacji historycznych online, po które sięgnąć może każdy i wszędzie, całkowicie odmieniła społeczną rolę ludzi i instytucji organizujących kiedyś nasz dostęp do danych (…)

Pomyślcie o internecie jak o przepastnym oceanie pisemnych twierdzeń i wypowiedzi. Nie zarządzają nim żadne tradycyjne struktury wiedzy. Użytkownikami nawigują natomiast nastawione na zysk spółki, którym zależy na maksymalizowaniu zaangażowania bez zważania na koszty. Normy społeczne tego świata są również chaotyczne, ponieważ użytkownikom zezwala się na anonimowość zabezpieczając ich tym spopsobem przed zwyczajowymi towarzyskimi konsekwencjami. Interpretacje nieskończonej wiedzy oceanu rozkwitają niczym algi na powierzchni internetu. Ich przyrostu nie ogranicza ani prawo, ani wstyd, ani „prawda” – czynniki, na których wcześniej mogliśmy polegać podczas pertraktacji w imieniu większego dobra. W tej rzeczywistości [każde kontrowersyjne pojęcie historyczne] jest jak szczątki rozbitej narracji, płynące ku temu kulturowego wirowi, który porusza się najszybciej, zagęszczając i przyspieszając dyskursywne wzburzenia w okolicy.

– Josephine Livingstone (The New Republic, 11/6/2019)

Przyzwyczailiśmy się, że książka musi być łatwa i przyjemna w lekturze, ma bardziej bawić niż uczyć?

Nie tylko o to chodzi. Polski czytelnik jakieś 20, 30 lat temu wyszedł z etosu, w którym kultura była czymś więcej niż zbiorem niematerialnych nośników przyjemności. Bo np. także wyzwaniem, zagadką, ścieżką aspiracyjną czy, jak to ujmuje Rorty, ćwiczeniem egzystencjalnym. Na Zachodzie takie nastawienie umarło dużo wcześniej, ale u nas trzymało się do połowy lat 90. Od tamtego momentu nastąpiło odwrócenie ról i to, czy coś się czytelnikowi podoba, czy jest on w stanie bez żadnego wysiłku przyswoić treść dzieła, wyznacza wartości i warunki brzegowe kultury, i to nie tylko w obiegu popularnym, masowym. Nie ma już literatury niepodlegającej dyktatowi mas.

– Jacek Dukaj (Dziennik.pl, 5/6/2019)