Krótka historia Ekwadoru

chimborazo.jpg

Zeszłoroczne wakacje spędziłem w Ekwadorze. Zaowocowało to serią wcale sążnistych wpisów:

  • Tutaj pisałem o potencjale turystycznym tego równikowego kraju, o jego geografii i klimacie. Notkę ozdobiły zdjęcia And i Amazonii.
  • Tutaj pisałem o trudnej, ale i dość dziwnej rzeczywistości socjoekonomicznej Ekwadoru. Dołączone fotki przedstawiały z kolei stolicę – Quito.
  • Tutaj pisałem o ekwadorskiej kuchni. Zdjęcia zabrały nas zaś nad Pacyfik.
  • Tutaj pisałem o niełatwej sytuacji drogowej. Tym razem w kadrze znalazły się Cuenca, Park Narodowy El Cajas oraz inkaskie ruiny Ingapirca.
  • Tutaj pisałem o przepięknym, zielonym cmentarzu w przygranicznym Tulcán.
  • Tutaj pisałem o ekscesach ekwadorskiej polityki. Zdjęcia – gorące źródła w Papallacta i wielki targ w Otavalo.
  • Tutaj przedstawiłem próbkę dwudziestowiecznego ekwadorskiego malarstwa…
  • …a tutaj napisałem o najwybitniejszym dwudziestowiecznym malarzu Ameryki Południowej, rodowitym Ekwadorczyku.

I na razie to wszystko w tym temacie. Dziękuję za uwagę. Przeczytajcie koniecznie notkę-artykuł o Oswaldo Guayasamínie. Wiem, że jest długa, ale za to wycyzelowana. Do pochłonięcia jednym tchem.

Hasta la vista.

 

Reklamy

Powrót Bucarama

jacchigua

Lubię stereotypy. Bywają złośliwe, ale zazwyczaj okazują się statystycznie prawdziwe. Często oferują wytrych do zrozumienia nowej sytuacji. Oczywiście, wytrychem można uszkodzić zamek – stereotypy potrafią wyrządzić drugiej osobie krzywdę, zaprowadzić nas na manowce uprzedzeń. Jednak tak jak w rękach zdolnego ślusarza wytrych staje się po prostu uniwersalnym kluczem, tak w głowie powściągliwego outsidera stereotyp otwiera cudzą mentalność. Bo czyż to nie prawda, że Polacy są pomysłowi? Że Niemcy są dobrze zorganizowani? Że Wietnamczycy są pracowici? Że Norwegowie są uczciwi? Stereotypy, jak widać, nie muszą być wcale negatywne.

Z czym kojarzy Wam się Ameryka Łacińska? Ze zmysłowymi melodiami i politycznym burdelem? Słusznie.

Czytaj dalej

Cmentarz w Tulcán

cmentarz_w_tulcan

Lord Thomas, który niekiedy zaszczyca Blogrysa komentarzem (poprzednim razem w imieniu Warszawy dziękował za filmik mentoringowy), dawno temu, jeszcze przed powstaniem tego blogu, załamywał browara w obliczu gospodarczej naiwności systemów RPG. Ubolewał podówczas nad koncepcją Miasta Bandytów, która w kryminalny sposób łamała kręgosłup rynkowej logice. Jeżeli wszyscy w mieście są bandytami – to z czego żyją? Co oni jedzą?!

W prawdziwym świecie miasta bandytów nie istnieją. Jednak istnieją miejscowości, w których prawie wszyscy mieszkańcy parają się aptekarstwem.

Czytaj dalej

La velocidad – Niebezpieczna prędkość

Ecuador_ingapirca_inca_ruins.jpgStojąc w korkach w zasmogowanym Quito wymyśliłem dwie gry drogowe; dwa motopasjanse do układania w głowie podczas mozolnego przedzierania się przez zatłoczoną stolicę Ekwadoru.

Pierwszy z nich nazwałem pico y placa od przepisów narzucających ograniczenia na ruch uliczny. Samochodom, których numer rejestracyjny kończy się na 1 lub 2, nie wolno jeździć po mieście w godzinach szczytu w poniedziałki. Cyfry 3 i 4 obowiązuje zakaz we wtorki, i tak dalej, aż do 9 i 0 w piątki. Sankcje za nieprzestrzeganie zasad są surowe. Jeżeli policja przyłapie nas na ich łamaniu, otrzymamy dwustudolarowy mandat, a niepokorne auto zostanie na dwie doby skonfiskowane. Za recydywę zaś powędrujemy na kilka dni do paki i przy odrobinie szczęścia Edward Miszczak przeprowadzi z nami wywiad.

Ale to w końcu Ameryka Łacińska. Nieutemperowani Latynosi nie zawsze przestrzegają wprowadzonych dla dobra społeczeństwa i powietrza reguł. Czasem przecież trzeba przedostać się z punktu A do punktu B, właśnie w godzinach szczytu, właśnie w „zły” dzień, właśnie samochodem. Gra w pico y plakę polega więc na tym, że w porze porannej lub popołudniowej obserwujemy uważnie samochody i przyznajemy sobie punkt za każdą wypatrzoną niedozwoloną rejestrację. A jeżeli sami również poruszamy się nielegalnie – punkty naliczane są podwójnie.

Czytaj dalej

Miłość w czasach empanady

ekwador_jedzenie

Pora wrzucić coś na ząb.

Wspomniałem wcześniej, że Ekwador jest agronomicznym zagłębiem Ameryki Łacińskiej. Taka pozycja musi owocować bogactwem i różnorodnością ekwadorskiej kuchni, różnorodnością tym większą, że, jak już wiemy, kontynentalna część kraju składa się z trzech odmiennych krain geograficznych: Amazonki, And oraz wybrzeża Pacyfiku. Nurty gastronomiczne mieszają się bez przeszkód.

Jednak najważniejsze słowo-klucz, którym należałoby określić ekwadorskie potrawy, brzmi: odmienność. Wszyscy wiemy, jakie wrażenia smakowe wiążą się z żarciem indyjskim i włoskim. Wielu z nas ma też konkretne i zgodne z prawdą wyobrażenia dotyczące kuchni arabskiej, francuskiej, greckiej czy meksykańskiej. Ale przysmaki ekwadorskie? „Z czym to się je?”

Sprawa zasadnicza: Kuchnia ekwadorska posiada inną „bazę” niż rodzima. Za podkład smakowy zup oraz za ważny dodatek do mięs służy kilka odmian kukurydzy (łącznie z mąką kukurydzianą używaną zamiast pszennej) oraz zielone banany. Wespół przydają potrawom specyficznego, słodkawomącznego smaku. Dlatego właśnie rosół ekwadorski, choć jego zasadniczą część również stanowi najzwyczajniejsza w świecie kura, w ustach wybrzmiewa zupełnie inną nutę. Do owej inności trzeba się wpierw przyzwyczaić, ale po upływie tygodnia-dwóch zimne ognia naszego języka, jak śpiewał poeta, będą swobodnie ślizgać się po skórce pieczywa… to znaczy po miejscowych specjałach.

Czytaj dalej

Dolarowy równik

quito_naglowek

Żart, którym Was zaraz uraczę, jest w gruncie rzeczy nieśmieszny i nerdowski. Nic na to nie poradzę. Przyplątał się jakoś na początku lipca i umocował na dobre w mojej głowie.

Otóż w trakcie wędrówek po Ekwadorze, wskutek czujnego obserwowania miejscowej ludności – czujnego nie jak w „bałem się, żeby mnie nie rąbneli”, ale jak w „liznąłem trochę socjologii i antropologii, więc wypadałoby zauważyć więcej niż pierwszy lepszy gringo-turysta” – otóż przyszło mi wówczas na myśl, że gdyby kolejna część Indiany Jonesa rozgrywała się w tamtym rejonie świata, winna nosić tytuł Indiana Jones i Arka Redystrybucji Podatkowej lub Indiana Jones i Ostatni Współczynnik Giniego.

Mówiłem, żart hermetyczny, nieśmieszny… ale przynajmniej kolejnej części wrażeń wywiezionych z Ekwadoru nie muszę rozpoczynać in medias res.

Czytaj dalej

Pierwsze państwo pod Słońcem

Ekwador2017-Alausi04-pociag

Dobrodziejstwa przycisku SCHEDULE wraz z nadmiarem czasu wolnego typowym dla schyłku roku szkolnego sprawiły, że latem, będąc daleko od łączy, „blogowałem” dwa-trzy razy w tygodniu. Natomiast od czasu powrotu z bardzo długich wakacji zdążyłem jedynie wrzucić nerdowską notkę o drugim sezonie starego Star Treka oraz kolejny odcinek Filmorysu.

Najwyższa pora, by spisać wspomnienia z równikowego wyjazdu. Kilka osób pytało mnie zresztą w realu i wirtualu: „Kiedy relacja z Ekwadoru na Blogrysie?”. To miłe.

Wymyśliłem, że zamiast płodzić jeden sążnisty, gęsto przetykany zdjęciami esej, przedstawię wrażenia w formie serii wpisów. Pierwsza połowa każdego będzie tekstem, połowa druga składać się będzie z fotek z opisami, w razie potrzeby dłuższymi.

Jedziemy! To znaczy, lecimy.

Czytaj dalej

Jak zacząłem kochać design

Moroccan

W marcu dzieliłem się wrażeniami z tygodniowego pobytu w Maroku. Napisałem dwie sążniste notki. Wypada wreszcie uzupełnić tamte wpisy ostatnią porcją zdjęć.

Ale skąd wziął się powyższy tytuł? Należy go rozumieć dosłownie. Otóż w Maroku, za kurzem ulic i brudem fasad, kryje się często przepiękny design. Mieszają się w nim elementy arabskie, berberskie i europejskie (francuskie). Wyprawa do Maroka pokazała mi, że jeśli chodzi o wystrój wnętrz i wykończenia mebli, Północna Europa i Europa Środkowo-Wschodnia zupełnie nie mają się (współcześnie) czym chwalić. Mówiąc dosadnie, w Polsce oraz w Norwegii żyjemy wśród funkcjonalnego paskudztwa spod znaku Ikei i meblościanki. Jak nie kicz, to szpanerstwo.

Podróże kształcą.

Czytaj dalej

Berberiada

mauretanska_kawaleria

Toto, nie jesteśmy już w Schengen…

Zaraz po wylądowaniu na RAK-u – taki właśnie paskudny skrót identyfikuje podmarrakeszańskie lotnisko Menara – należy wypełnić szczegółowy druczek: skąd przylatujesz, gdzie mieszkasz, zawód, cel wizyty, miejsce pobytu w Maroku, pierwszy samochód ojca, rok założenia warsztatu dziadka itd. Stanowisk z formularzami jest niby aż kilkanaście, ale pasażerów, którzy właśnie wyszli z samolotu – ponad stu, zatem natychmiast tworzą się kolejki. Dobrze chociaż, że pola do wypełnienia opisano w trzech językach, po angielsku, po francusku i po arabsku.

Za chwilę nasze paszporty przegląda pierwszy policjant. Ta wstępna kontrola trwa chwilkę. Na kontrolę główną, związaną z zarejestrowaniem druczków i wbiciem pieczątek, trzeba już zaczekać w następnej kolejce. Drugi policjant traktuje bowiem swoje zadanie serio i wykonuje je niespiesznie, chętnie przyczepiając się do drobiazgów. Na koniec trzeci policjant sprawdza pobieżnie pieczątki kolegi. Wreszcie wpuszczają nas do Maroka.

Czytaj dalej

Marokaina

flagaMaroka

Jak opowiedzieć o urlopie spędzonym w Maroku? Kusiło mnie, żeby ponownie sięgnąć po sprawdzoną formułę alfabetu, lecz powtórka zakrawałaby na intelektualną gnuśność. Opis bogatych wrażeń przywiezionych z Maghrebu prosi się zresztą o pełnowymiarowy tekst. Ale jak zacząć? A jak rozpoczynał polski mistrz reportażu? Poszukam inspiracji u niego! Hm, zobaczmy.

W Afryce mieszkałem kilka lat.
— „Heban”

Nie no, ja przecież nie napiszę, że „W Maroku spędziłem cały tydzień”, bo bym się skompromitował. Szukam dalej.

Moje pierwsze spotkanie z Imperium odbywa się przy moście łączącym miasteczko Pińsk z Południem świata.
— „Imperium”

Cieplej, cieplej. Może zatem: „Moje pierwsze spotkanie z Maghrebem odbywa się na lotnisku Menara łączącym…”. Nie, nie. Nuda! Poza tym nie chcę, żeby było chronologicznie. Mam dziś wielką ochotę na narrację nieliniową, na otwarcie jakimś mocnym akcentem.

Przez wiele lat byłem moździerzystą jaśnie osobliwego pana.
— „Cesarz”

Nie no, do diabła z tobą, Rysiu! Domosławski już kilka lat temu pokazał, co z ciebie za ziółko, wszystko zmyślasz. Moje pierwsze zdanie musi być zaś nie tylko szczerą prawdą, ale i chwytać mocno czytelnika za serce, tak, żeby po prostu musiał kliknąć CZYTAJ DALEJ. Nie przez moździerze droga. Zacznę tak:

W ciemnościach niewielkiej komnaty rozświetlanej jedynie poświatą czerwonej, ukrytej gdzieś pod łóżkiem lampki, zwalisty Berber energicznymi ruchami wciera wonny olejek w moje pośladki.

Ha, mam Was!

Czytaj dalej