Jak zacząłem kochać design

Moroccan

W marcu dzieliłem się wrażeniami z tygodniowego pobytu w Maroku. Napisałem dwie sążniste notki. Wypada wreszcie uzupełnić tamte wpisy ostatnią porcją zdjęć.

Ale skąd wziął się powyższy tytuł? Należy go rozumieć dosłownie. Otóż w Maroku, za kurzem ulic i brudem fasad, kryje się często przepiękny design. Mieszają się w nim elementy arabskie, berberskie i europejskie (francuskie). Wyprawa do Maroka pokazała mi, że jeśli chodzi o wystrój wnętrz i wykończenia mebli, Północna Europa i Europa Środkowo-Wschodnia zupełnie nie mają się (współcześnie) czym chwalić. Mówiąc dosadnie, w Polsce oraz w Norwegii żyjemy wśród funkcjonalnego paskudztwa spod znaku Ikei i meblościanki. Jak nie kicz, to szpanerstwo.

Podróże kształcą.

Czytaj dalej Jak zacząłem kochać design

Berberiada

mauretanska_kawaleria

Toto, nie jesteśmy już w Schengen…

Zaraz po wylądowaniu na RAK-u – taki właśnie paskudny skrót identyfikuje podmarrakeszańskie lotnisko Menara – należy wypełnić szczegółowy druczek: skąd przylatujesz, gdzie mieszkasz, zawód, cel wizyty, miejsce pobytu w Maroku, pierwszy samochód ojca, rok założenia warsztatu dziadka itd. Stanowisk z formularzami jest niby aż kilkanaście, ale pasażerów, którzy właśnie wyszli z samolotu – ponad stu, zatem natychmiast tworzą się kolejki. Dobrze chociaż, że pola do wypełnienia opisano w trzech językach, po angielsku, po francusku i po arabsku.

Za chwilę nasze paszporty przegląda pierwszy policjant. Ta wstępna kontrola trwa chwilkę. Na kontrolę główną, związaną z zarejestrowaniem druczków i wbiciem pieczątek, trzeba już zaczekać w następnej kolejce. Drugi policjant traktuje bowiem swoje zadanie serio i wykonuje je niespiesznie, chętnie przyczepiając się do drobiazgów. Na koniec trzeci policjant sprawdza pobieżnie pieczątki kolegi. Wreszcie wpuszczają nas do Maroka.

Czytaj dalej Berberiada

Marokaina

flagaMaroka

Jak opowiedzieć o urlopie spędzonym w Maroku? Kusiło mnie, żeby ponownie sięgnąć po sprawdzoną formułę alfabetu, lecz powtórka zakrawałaby na intelektualną gnuśność. Opis bogatych wrażeń przywiezionych z Maghrebu prosi się zresztą o pełnowymiarowy tekst. Ale jak zacząć? A jak rozpoczynał polski mistrz reportażu? Poszukam inspiracji u niego! Hm, zobaczmy.

W Afryce mieszkałem kilka lat.
— „Heban”

Nie no, ja przecież nie napiszę, że „W Maroku spędziłem cały tydzień”, bo bym się skompromitował. Szukam dalej.

Moje pierwsze spotkanie z Imperium odbywa się przy moście łączącym miasteczko Pińsk z Południem świata.
— „Imperium”

Cieplej, cieplej. Może zatem: „Moje pierwsze spotkanie z Maghrebem odbywa się na lotnisku Menara łączącym…”. Nie, nie. Nuda! Poza tym nie chcę, żeby było chronologicznie. Mam dziś wielką ochotę na narrację nieliniową, na otwarcie jakimś mocnym akcentem.

Przez wiele lat byłem moździerzystą jaśnie osobliwego pana.
— „Cesarz”

Nie no, do diabła z tobą, Rysiu! Domosławski już kilka lat temu pokazał, co z ciebie za ziółko, wszystko zmyślasz. Moje pierwsze zdanie musi być zaś nie tylko szczerą prawdą, ale i chwytać mocno czytelnika za serce, tak, żeby po prostu musiał kliknąć CZYTAJ DALEJ. Nie przez moździerze droga. Zacznę tak:

W ciemnościach niewielkiej komnaty rozświetlanej jedynie poświatą czerwonej, ukrytej gdzieś pod łóżkiem lampki, zwalisty Berber energicznymi ruchami wciera wonny olejek w moje pośladki.

Ha, mam Was!

Czytaj dalej Marokaina

Alfabet włoski

W zeszłoroczne wakacje pojechaliśmy na do Włoch. Wycieczka była intensywna. W ciągu dwóch tygodni odwiedziliśmy — i gruntownie obspacerowaliśmy — aż siedem miejscowości. W italieński but wbiliśmy się od północy (Mediolan), pojechaliśmy nad Adriatyk (Padwa, Wenecja, Vicenza), potem do Toskanii (Florencja), aż w końcu zawitaliśmy do Wiecznego Miasta. Przed odlotem z Rzymu zdążyliśmy jeszcze wyskoczyć na południe i urządziliśmy sobie jednodniowe dolce far niente na sperlondzkiej plaży w połowie drogi między Rzymem a Neapolem.

Alfabetyczna lista włoskich wrażeń oraz obserwacji miała powstać jeszcze we wrześniu. Far d’una mosca un elefante. Przyjmijmy, że zwlekałem z nią tak długo w nadziei, iż publikując notkę dopiero po capo d’anno zdołam zainspirować osoby planujące wakacje w 2017 r. Zdołam? Magari!

alfabet_wloski

Czytaj dalej Alfabet włoski

Chico wziął

Jak zwiedzać Barcelonę? Najlepiej bardzo dużo po niej chodząc. Pieszemu przybyszowi sprzyjać będzie piękna pogoda, która panuje tam nawet w środku zimy. Naszemu wyjazdowi na przełomie grudnia i stycznia kibicowało słońce, wiosenny wiaterek i piętnaście stopni Celsjusza. Z pieszej perspektywy będzie też najłatwiej docenić dzielnicową różnorodność wywołującą błysk w oku każdego miłośnika open-worldów. Przez pięć dni łażenia po mieście pokonaliśmy łącznie dystans około pięćdziesięciu kilometrów i gdy dziś wspominam rodzaje zabudowy w poszczególnych rejonach, wydaje mi się, że odwiedziłem przynajmniej dziesięć różnych miejscowości.

Barcelona
Autor: Ayrcan

Czytaj dalej Chico wziął

Wielka melodia życia

Pochmurna, deszczowa i mglista aura Glasgow potrafiła zadziałać przygnębiająco na największego optymistę. Duchowe pragnienie osiągało swe apogeum zazwyczaj w piątkowe popołudnie, po długim tygodniu znojnej pracy. Głód transcendencji stawał się nie do wytrzymania. Wystarczyło wtedy powysyłać kilka krótkich, treściwych wiadomości, wyznaczyć godzinę spotkania i… niedługo potem, odświętnie ubrani, odgrodzeni parasolami od nieprzyjaznego świata doczesnego, wędrowaliśmy w dół Hillhead Street. Na szczęście nie było daleko. Kościół znajdował się jakieś pół mili od naszych domostw. Na podwórzu spotykaliśmy innych zagubionych wędrowców i wszyscy razem wkraczaliśmy do świątyni, by gromadnie odprawić odwieczny rytuał i dać ukojenie naszym strudzonym duszom.

Òran Mór. Po gaelicku „wielka melodia życia” lub po prostu „wielka pieśń”. Òran Mór. Najprawdziwszy kościół protestancki, dawniej znany jako Kelvinside Parish Church, przerobiony w latach 2002-2004 na kulturalne serce West Endu składające się z pubu na parterze, restauracji na piętrze i nocnego klubu w podziemiach. Takie rzeczy tylko w Szkocji.

Siedząc tam któregoś razu przy piwie, zauważyliśmy zakonnicę w habicie przeciskającą się przez tłum gości oblegających bar. Czy to samotna wojowniczka słowa bożego toczy krucjatę przeciwko pijackiej herezji? A może biedaczka pomyliła adresy i teraz próbuje tylko wydostać się jak najprędzej z diabelskiego przybytku? Nie. Po chwili rzekoma „zakonnica” wyłoniła się zza kilku stolików i wszyscy mogliśmy dostrzec jej dolną połowę przyodzianą w mini, pończochy i szpilki. Najwyraźniej adres okazał się właściwy: Skrzyżowanie Byres Road i Great Western Road, naprzeciwko wejścia do Ogrodów Botanicznych. Nie sposób nie trafić.

* * *

To ostatni wpis poświęcony memu wakacyjnemu stażowi w Glasgow. Było ich raptem jedenaście; liczba zupełnie niewspółmierna do ilości wrażeń przywiezionych ze Szkocji i funu, jakiego tam zaznałem. Rada końcowa dla tych, którzy jeszcze mają czas: Jeśli nadarzy się Wam okazja (a okazji czasem trzeba pomóc, wysyłając na przykład Erasmusowe podanie), jedźcie na wymianę studenckę. Niekoniecznie do Glasgow… ale akurat tamto miasto mogę polecić bez wahania.

Abecadło z pieca spadło

Nie mogło być inaczej. Asortyment sklepów spożywczych w Szkocji różnił się od tego, co znaleźć można na półkach supermarketów w Norwegii i w Polsce. Początkowo nosiłem się z zamiarem sporządzenia całego alfabetu kulinarnego, w którym do każdej litery przypisałbym określony produkt. Po głębszym namyśle doszedłem jednak do wniosku, że żywnościowych nowinek w Glasgow nie było wystarczająco dużo i że zamiast dzielić przysłowiowy włos na czworo, należy skupić się na najważniejszych z nich. Poniższe abecadło będzie więc bardzo wybrakowane („CDFGHS”), ale przynajmniej nieprzyjaciele samogłosek odetchną z ulgą.

Czytaj dalej Abecadło z pieca spadło

Sto razy Glasgow

Oto drugi wpis poświęcony Glasgow. A raczej już nie wpis z prawdziwego zdarzenia, a jedynie ogłoszenie o stosownym albumie, nad którym właśnie zakończyłem pracę. Po starannym wyselekcjonowaniu i przygotowaniu okrągłych stu zdjęć do publikacji uznałem, że powielanie informacji znajdujących się w opisach w formie regularnej blognotki nie ma większego sensu. Zapraszam zatem tutaj i zachęcam do komentowania najciekawszych fotek wewnątrz albumu.

Za wolność waszą i naszą


Z niejakim wstydem przyznaję, że — mieszkając niecałą godzinę jazdy pociągiem od Edynburga — koniec końców nie pojechałem na The Fringe, największą imprezę kulturalną na świecie. Usprawiedliwiają mnie dwa fakty. Po pierwsze, w te weekendy, kiedy mogłem jechać, zazwyczaj padało. Posiadaczowi parasola i kurtki deszcz co prawda niestraszny, lecz w strugach wody lejącej się z nieba festiwalowa atmosfera szybko się rozmywa. Po drugie (ale to już zdecydowanie gorsza wymówka), The Fringe trwa miesiąc i jego program składa się bodajże z kilku tysięcy punktów. Jechać tylko na jeden dzień i obejrzeć na chybił-trafił kilka przedstawień, to tak jakby obejrzeć „pomarańczową” scenę zamachu na życie Dona i później twierdzić, że widziało się Ojca chrzestnego.

Ostatnią szansę na przyjrzenie się z bliska The Fringe miałem w niedzielę, 10 sierpnia. Ale tak się złożyło, że tego dnia pojechałem gdzie indziej i robiłem coś innego. Przez pół dnia biegałem schylony wśród drzew, czołgałem się w błocie, wyglądałem zza węgła, przenosiłem „flagę”, osłaniałem kolegów z drużyny, atakowałem z flanki i ocierałem gogle z potu od wewnątrz i z farby od zewnątrz. Krótko mówiąc, graliśmy w paintball.

Czytaj dalej Za wolność waszą i naszą

Londyn


Zawsze myślałem, że lubię duże miasta. Wizyta w stolicy Wielkiej Brytanii udowodniła mi, że moje uwielbienie ma swoją granicę. Biegnie ona gdzieś za Łodzią, Oslo i Glasgow, ale przed Londynem. Niewykluczone, że powtarza się przypadek Sejiego, który kiedyś przyjechał zimą do Oslo na jeden dzień, stwierdził, że miasto mu się nie podoba, ale gdy rok później pojawił się w nim ponownie, tym razem wiosną i na trochę dłużej, zmienił zdanie. Niewykluczone… ale mało prawdopodobne. Bo Sejiemu, o ile się nie mylę, Oslo za pierwszym razem wydało się zbyt prowincjonalne i dopiero podczas następnej wizyty odkrył tam (wiadomo, z czyją pomocą) ciekawe miejsca. Ja natomiast z Londynem mam „problem” odwrotny… Ale po kolei.

Czytaj dalej Londyn