Updates from Październik, 2008 Toggle Comment Threads | Skróty klawiaturowe

  • Borys 00:10 on 09/10/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags:   

    Wielka melodia życia 

    Pochmurna, deszczowa i mglista aura Glasgow potrafiła zadziałać przygnębiająco na największego optymistę. Duchowe pragnienie osiągało swe apogeum zazwyczaj w piątkowe popołudnie, po długim tygodniu znojnej pracy. Głód transcendencji stawał się nie do wytrzymania. Wystarczyło wtedy powysyłać kilka krótkich, treściwych wiadomości, wyznaczyć godzinę spotkania i… niedługo potem, odświętnie ubrani, odgrodzeni parasolami od nieprzyjaznego świata doczesnego, wędrowaliśmy w dół Hillhead Street. Na szczęście nie było daleko. Kościół znajdował się jakieś pół mili od naszych domostw. Na podwórzu spotykaliśmy innych zagubionych wędrowców i wszyscy razem wkraczaliśmy do świątyni, by gromadnie odprawić odwieczny rytuał i dać ukojenie naszym strudzonym duszom.

    Òran Mór. Po gaelicku „wielka melodia życia” lub po prostu „wielka pieśń”. Òran Mór. Najprawdziwszy kościół protestancki, dawniej znany jako Kelvinside Parish Church, przerobiony w latach 2002-2004 na kulturalne serce West Endu składające się z pubu na parterze, restauracji na piętrze i nocnego klubu w podziemiach. Takie rzeczy tylko w Szkocji.

    Siedząc tam któregoś razu przy piwie, zauważyliśmy zakonnicę w habicie przeciskającą się przez tłum gości oblegających bar. Czy to samotna wojowniczka słowa bożego toczy krucjatę przeciwko pijackiej herezji? A może biedaczka pomyliła adresy i teraz próbuje tylko wydostać się jak najprędzej z diabelskiego przybytku? Nie. Po chwili rzekoma „zakonnica” wyłoniła się zza kilku stolików i wszyscy mogliśmy dostrzec jej dolną połowę przyodzianą w mini, pończochy i szpilki. Najwyraźniej adres okazał się właściwy: Skrzyżowanie Byres Road i Great Western Road, naprzeciwko wejścia do Ogrodów Botanicznych. Nie sposób nie trafić.

    * * *

    To ostatni wpis poświęcony memu wakacyjnemu stażowi w Glasgow. Było ich raptem jedenaście; liczba zupełnie niewspółmierna do ilości wrażeń przywiezionych ze Szkocji i funu, jakiego tam zaznałem. Rada końcowa dla tych, którzy jeszcze mają czas: Jeśli nadarzy się Wam okazja (a okazji czasem trzeba pomóc, wysyłając na przykład Erasmusowe podanie), jedźcie na wymianę studenckę. Niekoniecznie do Glasgow… ale akurat tamto miasto mogę polecić bez wahania.

    Reklamy
     
  • Borys 23:09 on 22/09/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags:   

    Abecadło z pieca spadło 

    Nie mogło być inaczej. Asortyment sklepów spożywczych w Szkocji różnił się od tego, co znaleźć można na półkach supermarketów w Norwegii i w Polsce. Początkowo nosiłem się z zamiarem sporządzenia całego alfabetu kulinarnego, w którym do każdej litery przypisałbym określony produkt. Po głębszym namyśle doszedłem jednak do wniosku, że żywnościowych nowinek w Glasgow nie było wystarczająco dużo i że zamiast dzielić przysłowiowy włos na czworo, należy skupić się na najważniejszych z nich. Poniższe abecadło będzie więc bardzo wybrakowane („CDFGHS”), ale przynajmniej nieprzyjaciele samogłosek odetchną z ulgą.

    (More …)

     
    • Seji 07:09 on 23/09/2008 Bezpośredni odnośnik

      Chipsy z octem winnym – strasznie fajne.Fish'n'chips – dobre, ale frytkiz octem winnym sa niesamowte, bylo sporbowacHaggis – swietny, lepszy od kaszanki, no i robiony bardziej na ostro (choc black pudding tez niezly)

    • Borejko 07:09 on 23/09/2008 Bezpośredni odnośnik

      A ja już nie pamiętam nazwy, ale panierowane w oleju batoniki (mars, snickers lubo bounty) zażywałeś?

    • Misiolak 11:09 on 23/09/2008 Bezpośredni odnośnik

      @Seji: nie z octem winnym, a słodowym, bo ten najczęściej towarzyszy angielskim potrawom.@Borejko: ultymatywne mordoklejki, zwłaszcza marsy ;)

    • Borys 14:09 on 23/09/2008 Bezpośredni odnośnik

      @Seji: Tak jak napisał Misiołak, nie z winnym, tylko zwyczajnym (nawet nie wiedziałem, że ten zwyczajny nazywa się słodowy :)). Gdy odbierałem fish & chips zza "szynkwasu", facet chciał mi polać frytki taką właśnie substancją. Powstrzymałem go w ostatniej chwili i zażądałem keczupu. A haggis smakował zupełnie inaczej niż kaszanka, ale, powtarzam, niewykluczone, że dali mi jakąś specjalną, "złagodzoną" wersję. Black puddingu nie miałem okazji skosztować.@Borejko: Na szczęście nie. :)I pochlebia mi bardzo, że wchodzicie na mojego bloga jeszcze przed siódmą rano. :P

    • Seji 17:09 on 23/09/2008 Bezpośredni odnośnik

      Misolak: nie cyztalem skladu, winegar na to mowili. Masz na mysli malt vinegar? Marynuja w tym jajka, wypas. :)Borys – tak, inaczej,a le lepiej. :)

    • Misiolak 23:09 on 23/09/2008 Bezpośredni odnośnik

      Zwyczajny to jest spirytusowy, a tutaj króluje właśnie 'malt'. Do jaj właśnie się przymierzam :>

  • Borys 20:09 on 13/09/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: ,   

    Sto razy Glasgow 

    Oto drugi wpis poświęcony Glasgow. A raczej już nie wpis z prawdziwego zdarzenia, a jedynie ogłoszenie o stosownym albumie, nad którym właśnie zakończyłem pracę. Po starannym wyselekcjonowaniu i przygotowaniu okrągłych stu zdjęć do publikacji uznałem, że powielanie informacji znajdujących się w opisach w formie regularnej blognotki nie ma większego sensu. Zapraszam zatem tutaj i zachęcam do komentowania najciekawszych fotek wewnątrz albumu.

     
  • Borys 00:09 on 02/09/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags:   

    Za wolność waszą i naszą 


    Z niejakim wstydem przyznaję, że — mieszkając niecałą godzinę jazdy pociągiem od Edynburga — koniec końców nie pojechałem na The Fringe, największą imprezę kulturalną na świecie. Usprawiedliwiają mnie dwa fakty. Po pierwsze, w te weekendy, kiedy mogłem jechać, zazwyczaj padało. Posiadaczowi parasola i kurtki deszcz co prawda niestraszny, lecz w strugach wody lejącej się z nieba festiwalowa atmosfera szybko się rozmywa. Po drugie (ale to już zdecydowanie gorsza wymówka), The Fringe trwa miesiąc i jego program składa się bodajże z kilku tysięcy punktów. Jechać tylko na jeden dzień i obejrzeć na chybił-trafił kilka przedstawień, to tak jakby obejrzeć „pomarańczową” scenę zamachu na życie Dona i później twierdzić, że widziało się Ojca chrzestnego.

    Ostatnią szansę na przyjrzenie się z bliska The Fringe miałem w niedzielę, 10 sierpnia. Ale tak się złożyło, że tego dnia pojechałem gdzie indziej i robiłem coś innego. Przez pół dnia biegałem schylony wśród drzew, czołgałem się w błocie, wyglądałem zza węgła, przenosiłem „flagę”, osłaniałem kolegów z drużyny, atakowałem z flanki i ocierałem gogle z potu od wewnątrz i z farby od zewnątrz. Krótko mówiąc, graliśmy w paintball.

    (More …)

     
    • mwisniewski 00:09 on 02/09/2008 Bezpośredni odnośnik

      A ja ostatnio przez całą noc biegałem Locustem i strzelałem do ludzi. Ja rozumiem – farba, błoto, te sprawy, ale pad z dualshockiem też jest niczego sobie.

    • anonymous 22:09 on 11/09/2008 Bezpośredni odnośnik

      Arek writes:Fajny wpis. Powiedz mi jeszcze, ile osób liczyły drużyny i kto ostatecznie wygrał. No i pochwal się ilością fragów :P

    • Borys 13:09 on 13/09/2008 Bezpośredni odnośnik

      W każdej drużynie było ok. 20 osób. Na niektórych planszach, w szczególności tej speedballowej (metalowe beczki na niewielkim, ogrodzonym, błotnistym terenie) było więc początkowo dość tłoczno… ale już po kilkudziesięciu sekundach szeregi obu teamów się przerzedzały. :) Ilością fragów się nie pochwalę, bo w zasadzie nie wiem, ile ich mam. W paintballa gra się mimo wszystko trochę inaczej niż w "Quake'a", nie ma tutaj żadnego licznika. :) A nierzadko trzeba walić do przeciwników przez zarośla i przeszkody, na ślepo… a obok Ciebie strzelają inni z Twojego zespołu. Ergo: Sytuacja jest raczej chaotyczna, nie wiadomo, kto i od kogo dostał. :)A wygraliśmy… my, Czerwoni. :) Rozstrzygająca okazała się ostatnia runda. Cel drużyny atakującej: Przeprowadzić "prezydenta" z jednego autokaru do drugiego. Najpierw byliśmy w defensywie i przycisnęli nas ostro, ale gdy spróbowali doprowadzić "prezydenta" do celu jednemu z naszych udało się go ustrzelić. Znaleźliśmy się w punktowo korzystnej sytuacji. Wystarczyłoby, żebyśmy w drugim meczu (gdzie role obu drużyn się zamieniały) trzymali "prezydenta" do końca na zapleczu naszej bazy. Niestety, jakieś głupki z naszego teamu postanowiły go mimo wszystko w brawurowy i zupełnie nieroztropny sposób przeprowadzić. "Prezydent" oczywiście dostał… ale ponieważ tamci w zapamiętaniu strzelali do niego, gdy chłopak już leżał na ziemi i wił się z bólu, dostali karne punkty.I Czerwoni summa summarum zwyciężyli. :)

  • Borys 04:08 on 09/08/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , londyn   

    Londyn 


    Zawsze myślałem, że lubię duże miasta. Wizyta w stolicy Wielkiej Brytanii udowodniła mi, że moje uwielbienie ma swoją granicę. Biegnie ona gdzieś za Łodzią, Oslo i Glasgow, ale przed Londynem. Niewykluczone, że powtarza się przypadek Sejiego, który kiedyś przyjechał zimą do Oslo na jeden dzień, stwierdził, że miasto mu się nie podoba, ale gdy rok później pojawił się w nim ponownie, tym razem wiosną i na trochę dłużej, zmienił zdanie. Niewykluczone… ale mało prawdopodobne. Bo Sejiemu, o ile się nie mylę, Oslo za pierwszym razem wydało się zbyt prowincjonalne i dopiero podczas następnej wizyty odkrył tam (wiadomo, z czyją pomocą) ciekawe miejsca. Ja natomiast z Londynem mam „problem” odwrotny… Ale po kolei.

    (More …)

     
    • Misiolak 11:08 on 09/08/2008 Bezpośredni odnośnik

      Mógłbyś mi podesłać paczkę ze zdjęciami? Mogę się odwdzięczyć zdjęciem w "fedorze". :>

  • Borys 22:07 on 27/07/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags:   

    Lapidarium: Stirling i Loch Lomond 

    Pod szyldem bezczelnie gwizdniętym Kapuścińskiemu przyszła pora na opisanie dwóch kolejnych wycieczek w Szkocję, które odbyłem w ostatnim czasie. Oba miejsce okazały się na tyle interesujące i/lub malownicze, że szkoda byłoby o nich w ogóle nie wspomnieć, ale zarazem każda z wojaży trwała tylko kilka godzin, więc nie warto pisać dwóch osobnych notek i niepotrzebnie zużywać blogowy licznik na dole strony.

    (More …)

     
    • Borys 00:07 on 28/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Na festynie kosztował ok. 50 funtów. Cena "sklepowego" kiltu plasuje się natomiast w okolicy 200-300 funtów.

    • mwisniewski 00:07 on 28/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      A ile kosztuje kilt? To dobry szit czy coś w rodzaju ciupaski z Zakopanego?

    • mwisniewski 01:07 on 28/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      I wszystko jasne.

    • Misiolak 20:07 on 28/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      No jasne. W sklepie by przepłacił. :D

  • Borys 23:07 on 22/07/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: ,   

    Glasgow, cz. 1 

    W poprzednią sobotę nie zaplanowano nam żadnych grupowych wyjazdów, więc miałem czas, żeby wreszcie pozwiedzać Glasgow. Do wszystkich interesujących mnie miejsc nie dotarłem, ale liczę, że przed zakończeniem stażu zdążę zaliczyć pozostałe turystyczne checkpointy. W bieżącym wpisie na pierwszy ogień idą zatem: Galeria Sztuki Nowoczesnej, katedra, Muzeum Św. Munga oraz Latarnia. Najpierw jednak kilka słów o głównym bohaterze.

    (More …)

     
    • anonymous 19:07 on 24/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Staszek writes:

      Zdjęcia później. A na razie: ciekawa relacja, zwłaszcza że słyszałem, iż Glasgow jest znacznie brzydsze od Edynburga. Rozumiem, że Twoim zdaniem nie jest."Jak by nie było", ze spacją, bo "jak" i "by" to nie jeden wyraz, ale osobny zaimek przysłowny i osobna cząstka trybu przypuszczającego. Możesz to sprawdzić, wstawiając za "jak" inny wyraz: tak by nie było, siak by nie było, owak by nie było.Za to we frazach "zdjęcie jakby z filmu" albo "wyglądam, jakbym odpoczywał" nie możesz zamienić "jak" na "tak, siak, owak". :)A także: "niby-stół" (czepiam się, bo wiem, że wciąż zważasz na ortografię :-) ).*"A na jakiej niby podstawie zakładać, że rację miał Gautama, a nie Chrystus, albo odwrotnie? Ilości wiernych?".Ach, te podwyższone hormony flejmowe w krwiobiegu…IMHO nauka Chrystusa jest trzeźwiejsza niż nauka Buddy. :>

    • mwisniewski 22:07 on 24/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      IMHO zupełnie odwrotnie. :>

    • Borys 11:07 on 25/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      @Scobin: Dzięki, poprawione. O rozróżnieniu "jakby / jak by" wiem (zresztą Ty mi pierwszy otworzyłeś na nie oczy), ale czasami zapominam zastosować tę wiedzę. :) Przy pisaniu "niby-stół" się zawahałem, strzeliłem i, jak widać, spudłowałem.@Scobin & LawDog: Flejmujcie więc. :)

  • Borys 01:07 on 12/07/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , whisky   

    Wyspa Arran 


    Wyspa Arran (Isle of Arran), położona tylko 70 km na południowy-zachód, ale aż dwie godziny drogi pociągiem i promem od Glasgow, jest opisywana jako „Szkocja w miniaturze” i „klejnot w turystycznej koronie Szkocji”. Spędzony na niej weekend dość hardo się z tą tezą obszedł. Bo i owszem, widoki były piękne, ale okazało się, że aby ów klejnot zalśnił, spełnione muszą zostać dwa warunki:

    • ładna, słoneczna pogoda (o którą w Szkocji niełatwo)
    • zamiłowanie turysty do łażenia po górach

    W przeciwnym razie na Arran będziemy albo moknąć, albo się nudzić. Pospiesznie jednak ucinam swoje narzekanie, bo nie chciałbym upodobnić się do czwórki rodaków, którzy siedzieli obok mnie w autobusie jadącym na wyspie z Brodick do Lochranzy i na przemian komentowali „chujowość dróg” tudzież „stada zasranych owiec”. Przejdźmy więc do rzeczowego opisu.

    (More …)

     
    • anonymous 12:07 on 12/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      PGobi writes:Dla mnie to to zupelnie jak Bieszczady wyglada (no moze troche lasu w nizszych partiach by sie przydalo). Ale generalnie lyse, niskie, ciagle pada… :)

    • Misiolak 21:07 on 13/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Nad Dunajcem świeciło słońce i też się skończyło na paru piwach :P

    • mwisniewski 17:07 on 19/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Skończyłeś w gorzelni i w pubie i wyprawę uważasz za niewypał?Tak czy siak, robi się coraz ciekawiej. Tu komiksy, tam buddyści… :P

    • anonymous 14:06 on 14/06/2012 Bezpośredni odnośnik

      Agatta writes:Hm… ciekawe. Ja każdego dnia się zachwycam, a jestem na Arran już 3 tygodnie.Widoki zapierające dech; po jednej stronie zielone wzgórza, po drugiej lśniąca woda, za wodą kolejne wyspy we mgle… Autobus objeżdżający całą wyspę pozwala patrzeć i patrzeć i dziwić się, że dotąd mieszkałam w mieście! Nie wiem czy chcę wracać:)Ja widocznie mam szczęście do Szkocji, bo tylko raz porządnie zmokłam (przemoczone spodnie i buty), a i tak czułam radość, że właśnie wracam z długiego spaceru, gdzie byłam tylko ja i przyroda i King's Cave. Nota bene – wczoraj zaliczyłam 3-godzinną wycieczkę kamienistą plażą, poprzez krzaki z paprociami i tysiącem bąków brzęczących w różowych kwiatkach, podczas której nie spotkałam ani jednej osoby! Buty przemokły od błota, ale… kto lubi włóczęgi, zawsze będzie je lubić.A poza tym… kto jedzie do Szkocji bez nieprzemakalnych ubrań? Ja już wiem, że muszę zamienić dżinsy na coś bardziej przeciwdeszczowego.Tutaj jest wielu łaziorów, w tym wielu starszych ludzi. Mają odpowiednie buty, spodnie, kurtki, pokrowce na plecaki i zwiedzają z buta całą wyspę. Też zamierzam:)Piękne miejsce.

    • Borys 17:06 on 17/06/2012 Bezpośredni odnośnik

      Cóż, ja byłem widocznie nastawiony na zwiedzanie intensywne, a topologia terenu i pogoda takiemu modus operandi nie sprzyjały. :) Dzięki za komentarz.

  • Borys 00:07 on 03/07/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: edynburg,   

    Edynburg 


    Przewodnik turystyczny nie skłamał. Edynburg naprawdę jest przeuroczym miastem. Jednocześnie muszę nieskromnie przyznać, że stolica Szkocji nie wywarła na mnie równie wielkiego wrażenia co na statystycznym turyście, jako że ja już wcześniej widziałem coś podobnego, kiedy kilka lat odwiedziłem Stavanger na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Pod względem topograficznym oba miasta mają wiele wspólnego: wąskie, kręte uliczki pnące się w górę i w dół, nadmorskie położenie, bezpośrednie sąsiedztwo gór. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Edynburg jest od Stavanger ładniejszy, a to za sprawą zdecydowanie ciekawszej architektury i wielkiej ilości zabytków. Jej prawdziwy klejnot stanowi wielki, stary zamek położony na wzgórzu w samym środku miasta. Zaiste niesamowity to kontrast, gdy wędrujemy ruchliwą ulicą pełną pieszych, samochodów i sklepów, a nad nami góruje dostojne, wiekowe zamczysko.

    (More …)

     
    • Seji 22:07 on 03/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Fajne. Napisz cos o lokalnej kuchni. :)

    • Misiolak 11:07 on 04/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      @Borys:W Brytanii ogólnie trudno znaleźć dobrze oznakowane ulice np. 400-numerowa ulica może mieć tabliczkę z nazwą tylko na jednym końcu. I bądź tu mądry jak trafisz na zły koniec. :)@Seji:W Londynie jedną z atrakcji kulinarnych jest nadgniły węgorz z galaretką truskawkową. Zainteresowany? Prawie jak lutefisk :p

    • Seji 17:07 on 04/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      @MisiolakBARDZO :D

    • mwisniewski 17:07 on 19/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Fajne, fajne. Czekamy na fotorelację z The Fringe.

  • Borys 23:06 on 27/06/2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: ,   

    56 dni w Szkocji 

    Zacznę od egocentrycznego wstępu, bo bez niego i tak musiałbym pewnie wyjaśnić w komentarzach, jak się tu znalazłem. Otóż w ramach IAESTE, międzynarodowego programu wymiany studentów kierunków ścisłych, trafił mi się ośmiotygodniowy staż w Glasgow. Pracuję na Uniwersytecie Strathclyde w wydziale zajmującym się badaniami oddziaływań między wysokoenergetycznymi laserami i plazmą. Przydzielono mnie do eksperymentów z rozpraszaniem Ramana (nie mylić z Romanem) i… na tym poprzestańmy. Oszczędzę Wam szczegółów technicznych mojego stażu i będę ograniczał się do aspektu kulturalno-turystycznego. Ostrzegam jednak z góry, że nie jestem hardkorowym „zwiedzaczem” (jak na przykład tow. Seji, który ze swoich wycieczek do Norwegii zawsze potrafi wycisnąć zdumiewająco wiele notek), a poza tym znakomita większość część tygodnia i tak upływa mi na pracy. Ergo, nie będzie często i wyczerpująco… ale postaram się, żeby było ciekawie.

    (More …)

     
    • Seji 00:06 on 28/06/2008 Bezpośredni odnośnik

      Londyn – idz na Spamalot!Zavvi – to byly Virgin. Ja dostalem oczoplasu. I te niskie ceny!!! :)

    • Misiolak 10:06 on 28/06/2008 Bezpośredni odnośnik

      "albo laptop, albo ładowarka do komórki"Laptop. Komórkę ładujesz przez USB :D

    • anonymous 00:07 on 02/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      PGobi, a nie PGobbi writes:i "odblokowujaca", a nie "blokujaca"… (pozno juz, a ja sporo dzis zakuwalem – przepraszam)

    • anonymous 00:07 on 02/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      PGobbi writes:

      Ech, a przeciez mowilem jak korzystac z kontaktow… ;-) Noz w blokade i mozna podlaczyc bez problemow co sie chce (to tylko plastikowa dzwignia blokujaca dostep do dwoch pozostalych otworow).Pozdrawiam i miejmy nadzieje: do zobaczenia w Londynie

    • Borys 00:07 on 02/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      @Seji: Spamalot? Rozwiń, bo Wikipedia zwraca tylko jakiś montypythonowski musical. :) A może o to Ci właśnie chodzi?@Misiołak: Nie doceniasz mojej sklerozy. Nie wziąłem ze sobą kabelka PC-komórka. :(@PGobi: Ale to trzeba mieć jakiś puginał chyba, przecież te otwory są wąskie, zwykły nóż nie wejdzie. :)

    • anonymous 00:07 on 02/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      PGobi writes:No dobra: srubokret? ;-)

    • Misiolak 11:07 on 04/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Skleroza? Po prostu twój plan od początku był pełen luk i wypaczeń. Kabelek USB jest lżejszy i mniejszy niż ładowarka, zatem zyskujesz przestrzeń bagażową i odciążasz ładunek. Poza tym kto to widział, żeby nie zabrać śpiworka?

    • Borys 20:07 on 04/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Przyznaję, skompromitowałem się z tym kabelkiem na całego.A co do śpiworka, to żeby go nie zabierać, widziała ta pani na lotnisku, która puściła mnie z kilogramem nadwagi w bagażu — a śpiworka w nim bynajmniej nie było. :)

    • Seji 01:07 on 05/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Borys – dokladnie, montypythonowski musical. Rewelacja,

    • mwisniewski 17:07 on 19/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Gniazdka Ci przeszkadzają? Rozumiem, że przejściówek na Wyspach nie sprzedają? :)Czekam na tę notkę o sklepach, kiedy będzie? Sprawdź dla mnie dostępność i ceny komiksów. Odbyłeś już pielgrzymkę do domu narodzin Alana Moore'a?

    • Borys 17:07 on 20/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      @LawDog: Sprzedają, ale jednocześnie łupią turystów ze skóry. Bo przejściówka dla Brytyjczyka jadącego na kontynent (trzy otworki, dwa bolce) kosztuje funciaka, a przejściówka "w drugą stronę" (dwa otworki, trzy bolce) — pięć razy tyle.Kiedy będzie notka o sklepach, nie mam pojęcia — bo i tak jestem już trzy notki do tyłu (Glasgow, Stirling Highland Games, Londyn). Dostępności i ceny komiksów nie sprawdzę. Do domu narodzin Alana Moore'a wybiorę się niebawem, muszę tylko skombinować kanister.

    • Seji 20:07 on 20/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      Przejsciowki – Borys, kup sobie kombain: Euro, UK, USA, Indie, Japonia, costam. Wszystko w jednym.

    • mwisniewski 18:07 on 22/07/2008 Bezpośredni odnośnik

      No to dzięki, Borys. Heretyku.

    • anonymous 05:07 on 17/07/2010 Bezpośredni odnośnik

      Анонімний writes:Houses and cars are not very cheap and not everybody can buy it. But, loan are created to support people in such kind of hard situations.

c
Compose new post
j
Next post/Next comment
k
Previous post/Previous comment
r
Odpowiedz
e
Edycja
o
Show/Hide comments
t
Idź do góry
l
Go to login
h
Show/Hide help
shift + esc
Anuluj