Świat według Andrzeja

frederick_dielman-history

inicjalWsiadasz do swojego ulubionego wehikułu czasu, ustawiasz tempomat na tysięczny rok przed Chrystusem, a geolokator na, dajmy na to, ówczesne Chiny. Nie zabawiasz jednak w starożytnym Państwie Środka zbyt długo. Uprowadzasz tylko jakiegoś średnio rozgarniętego, skośnookiego urzędnika i w try miga przywozisz z powrotem do dwa tysiące siedemnastego.

Załóżmy, że znasz jego język. Chcesz pokazać naszą epokę. Zaczynasz od techniki. Wciskasz do ręki smartfona. Próbujesz wytłumaczyć co i jak. Szanse powodzenia? Bliskie zeru. Działanie nowoczesnego telefonu komórkowego opiera się na tylu zaawansowanych koncepcjach – ekran dotykowy, system operacyjny, internet, media społecznościowe, sieć telekomunikacyjna, podzespoły elektroniczne, fale elektromagnetyczne, prąd – że za Chiny ludowe nie dałoby się go wyłuszczyć osobie przednowożytnej. Twój gość jest wstrząśnięty i zmieszany.

Zmieniasz więc temat. Rozmawiacie o polityce. Opowiadasz o skorumpowanym burmistrzu, którego proces toczy się od ponad roku, ale którego nie idzie skazać, bo ma koneksje. Przez twarz gościa przemyka cień uśmiechu. Opowiadasz o Unii Europejskiej, o problemach politycznych związanych ze scaleniem rozległego regionu w jeden pseudopaństwowy organizm, o kosmopolitycznych elitach, którym nie ufają zwykli obywatele. Starożytny Chińczyk uśmiecha się szerzej. Opowiadasz o historii politycznej XX wieku, o zawieruchach, wojnach, ludobójstwach. Twój gość kiwa gorliwie głową, bynajmniej nie dlatego, że rajcują go holokausty. „Tak, tak! Korupcja, nieudolne traktaty, dyktatorzy. U nas też tak jest!”

Jaki wniosek płynie z tego prostego eksperymentu myślowego? W przeciągu minionych tysiącleci – a w zasadzie w przeciągu ostatnich stu-dwustu lat – technika poczyniła postępy tak olbrzymie, że w jej wymiarze naszą cywilizację dzieli od czasów dawniejszych nieprzekraczalna przepaść. Jednakże w sensie politycznym tkwimy wciąż w tym samym miejscu. Chełpimy się demokracją i prawami człowieka, ale ta pierwsza jest wszak wynalazkiem starożytnych Greków, a te drugie istnieją zbyt krótko, by dało się stwierdzić, jaki wpływ będą miały na politykę w perspektywie wieków. Jak dotąd zestaw bolączek ustrojowych nie zmienił się ani na jotę. O polityce pogadałbyś bez problemów i z poddanym Filipa II, i z kupcem z rubieży Cesarstwa Rzymskiego. O używanych samochodach – nie.

Czytaj dalej Świat według Andrzeja

Reklamy

Syn Człowieczy

dore.jpg

Kto ma uszy, niechaj słucha!

Niedawno przeczytałem od deski do deski Nowy Testament. Zacząłem co prawda od Księgi Rodzaju, lecz „starozakonna” połowa Pisma Świętego pokonała mnie kronikarską objętością. Duchowe treści przegrywały w jej czeluściach nierówną walkę z długimi jak życie Noego wyliczankami genealogicznymi. Przeskoczyłem zatem o tysiąc lat naprzód do Ewangelii św. Mateusza. Od razu zrobiło się treściwiej.

Gdybym miał ocenić Nowy Testament jako zwykłą książkę do czytania – co oczywiście jest optyką absurdalną – musiałbym podsumować ją trójką z plusem. Nie sposób odmówić Księdze walorów literackich i poetyckich. Jednakowoż potrójne powtórzenie opowieści o życiu, czynach oraz śmierci Jezusa z Nazaretu wystawia cierpliwość czytelnika na próbę[1], Dzieje Apostolskie są rozwlekłe, wskazania etyczne zawarte w Listach gdzieniegdzie się zdezaktualizowały, a lektura Apokalipsy św. Jana, choć niewątpliwie wyświetla w naszej wyobraźni dojmujące obrazy, to jednocześnie przynosi pewne zrozumienie dla słów Dody, która kiedyś stwierdziła, że Biblia była pisana „po ziołach”… czy jakoś tak.

Jeślibym zaś chciał tu napisać o ciężarze treści Nowego Testamentu, czy to postrzeganym religijnie, czy „tylko” kulturowo, to albo musiałbym skrzyżować ze sobą dwa banały, albo nie skończyłbym przed wyżej wspomnianą apokalipsą. Znienacka przejdę więc do sedna tego wpisu.

Niektórzy wiedzą, że w internecie wisi sobie kolekcja cytatów i aforyzmów, które od lat skrzętnie wynotowuję z przeczytanych książek. Zajrzyjcie, zajrzyjcie, bo niedawno dodałem tam pewną prawdę o miłości wypowiedzianą przez kontrowersyjnego pisarza, dziesięć aforyzmów Gustave’a Le Bona, geopolityczną summę Sandora Maraia, dwa najsłynniejsze fragmenty Makbeta oraz pięć bon motów Bułhakowa, wynik powtórnej lektury Mistrza i Małgorzaty.

Natomiast w trakcie lektury Nowego Testamentu zaznaczyłem 228 najpiękniejszych, najciekawszych wersetów. Skończyłem digitalizować swoje notatki w weekend i obok „świeckiej” kolekcji pojawiła się oto kolekcja „biblijna”.

Zachęcam do przejrzenia.

Osoby niewierzące i antybiblijne skusi być może kategoria cudownie anachronicznych, niekiedy wprost dziwacznych Kwiatków – mój ulubiony to ten o minie zawiniętej w chustkę – lub Inwektywy i pogróżki. Tę ostatnią adresuję do Rycerzy Ortalionu: Najwyższa pora, abyście rozbudowali swój słownik zaczepek i zamiast pytać przechodniów, czy mają jakiś problem, zaczęli „przykładać siekierę do korzenia drzew”, „solili ogniem” albo „paśli rózgą żelazną”, jak na katolickich Polaków-patriotów przystało.

Żarty na bok. Kolekcję poświęcam pamięci Karola Wojtyły, błogosławionego Jana Pawła II, Ojca Świętego, Świadka Nadziei.

Maranatha.

____________________
Ilustracja wykorzystana w nagłówku jest fragmentem ryciny Gustave’a Doré,

  1. Aczkolwiek doceniam różne podejścia Ewangelistów do tego samego tematu. Widać jak na dłoni, że Mateusz pisał dla Żydów, że Łukasz wywiązał się z biograficznego obowiązku najrzetelniej i że Jan teologizował. Tylko wersja św. Marka wnosi niewiele nowego; wydaje się skrótem Mateusza tudzież Łukasza.

Przeczytane w 2016

przeczytane_w_2017

Rok 2016 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na papierze i w Kindlu zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne wydarzenia. Moje czytelnicze statystyki groźnie zaszumiały, zafalowały, spieniły się sprzecznościami, a z zielonego kajetu, w którym skrzętnie zapisuję tytuły lektur, powyłaziły cudaczne bałwany wykrzywiając niemiłosiernie czytelnicze trendy i stawiając pod znakiem zapytania książkową przyszłość. No dobra, troszkę przesadzam. Ale:

Czytaj dalej Przeczytane w 2016

Przeczytane w 2015: Fikcja

Pomruki burzy • Ten wspaniały dzień • Cała jaskrawość + Siekierezada • Starość aksolotla • Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy (tom pierwszy)

Pomruki burzy
(The Gathering Storm; 2009)

the_gathering_stormW 2015 r. przeczytałem zastraszająco mało beletrystyki i literatury pięknej – trzy razy mniej niż literatury faktu et consortes. Uparłszy się, by umieścić na poniższej liście pięć tytułów, musiałem wrzucić tu również „Pomruki burzy”, dwunasty (sic!) tom cyklu fantasy pt. „Koło Czasu”. Daje mi to okazję do złożenia krótkiej samokrytyki: Jest to tomiszcze, którego czytać nie powinienem, gdyż ilość stron przewyższa znacząco nie tylko ich jakość, lecz także prywatną przyjemność płynącą z lektury. M. S. się w tym momencie pewnie wzdrygnął, a A. S. pokręcił z zażenowaniem głową.

Skąd więc mój masochizm vel ewidentne marnowanie czasu? Cóż, przygodę z „Kołem Czasu” rozpocząłem jeszcze w liceum, a ponieważ cykl kończy się ostatecznie „już” na tomie czternastym, z uporem godnym lepszej sprawy chcę poznać tę historię do końca. Tym bardziej, że po przedwczesnej śmierci autora Roberta Jordana, trzy ostatnie tomy napisał Brandon Sanderson, pisarz obdarzony piórem zdecydowanie lżejszym. Byłem ciekaw, jak sobie poradził.

I rzeczywiście: „Pomruki burzy” są czytadłem przyzwoitym, ba, w gruncie rzeczy najlepszą częścią od tomu czwartego (sic!). Sanderson starannie pieli fabułę ze zbędnych intryżek i zbytecznych postaci, domykając zarazem niektóre z wątków głównych. Dobrze rozwiązuje problem szaleństwa protagonisty czyniąc go na powrót bohaterem, za którego chce się trzymać kciuki. Zainteresowanym szczegółami polecam recenzję z „Esensji”. Nie moją – ja sam napisałem dawno temu o pięciu pierwszych tomach dla „Inkluza”.

Czytaj dalej Przeczytane w 2015: Fikcja

Анна Каренина

Cierpiałem za miliony, a raczej przez miliony ― miliony czytelników z Dostojewskim, Nabokowem, Faulknerem i Iwaszkiewiczem na czele, którzy zgodnie okrzyknęli Annę Kareninę najwybitniejszą powieścią wszech czasów. A ja nudziłem się przy majstersztyku Tołstoja jak mops rosyjskiej księżnej. Przypuszczałem, że lektura zajmie mi dwa-trzy tygodnie; tymczasem walka z literacką materią trwała bite dwa miesiące. Z każdą kolejną częścią knigi było jak w piosence Daft Punku puszczonej od tyłu: tępiej, gorzej, wolniej, słabiej. Wiecie, że po samobójstwie Anny ta historia ciągnie się jeszcze bez celu przez pięćdziesiąt stron? Koszmar.

I niech nikt nawet nie ośmieli się stwierdzić, że w takim razie powinienem trzymać się z dala od klasycznych powieści XIX wieku, że nie dla mnie psychologiczno-społeczne fabuły rozpisane na setki stron. Bzdura! Nędzników uwielbiam, za Lalką przepadam. „Quelque chose ne va pas avec Anna”.

kramskoj-nieznajoma
Nieznajoma, portret Iwana Kramskoja z 1883 r. Czy Anna Karenina tak właśnie wyglądała?

Ale co? Fabuła w zarysie wydaje się przecież taka obiecująca. Obserwujemy rozpadające się małżeństwo Anny Kareniny, która nawiązuje płomienny romans z Wrońskim. Jednocześnie śledzimy związek Lewina i Kitty, którzy zakładają szczęśliwą ― najwyraźniej ― rodzinę. „Все счастливые семьи похожи друг на друга, каждая несчастливая семья несчастлива по-своему”. Wszyscy znają zdanie otwierające powieść, ale w błędzie są ci, którzy sądzą, że słowa o szczęściu i nieszczęściu dałoby się zamienić w nim miejscami bez uszczerbku dla aforyzmu. Chodzi wszak o to, że rodzina, by móc nazwać się szczęśliwą, musi spełnić wszystkie wymagane przez szczęście warunki, co zarazem upodobni ją do wszystkich innych szczęśliwych rodzin. Tymczasem każda nieszczęśliwa familia jest nieszczęśliwa po swojemu, gdyż każda cechuje się „swoim” niespełnionym warunkiem bądź ― jeszcze ciekawiej ― kombinację tychże.

Annę Kareninę należy zatem nazwać powieścią wyjątkową.

Czytaj dalej Анна Каренина

Opowieści z fantastycznych mielizn

W zeszłym roku zrecenzowałem antologię opowiadań nominowanych do nagrody im. Janusza Zajdla. Od pewnego czasu antologie owe ukazują się w Sieci w darmowym, czytnikowym formacie, co bardzo ułatwia ich lekturę.

Najnowszą również przeczytałem. Zdążyłem z tym nawet przed ceremonią wręczenia nagrody. I niestety powtórzyć muszę to, co napisałem przed rokiem: „Wśród nominowanych utworów możemy oczekiwać szerokiej rozpiętości podgatunkowej, imponujących pomysłów i dojrzałego stylu. Możemy, ale jeśli nie chcemy się srodze rozczarować, lepiej nie oczekujmy.”

Dojrzałego, ale wiernego fantastyce czytelnika, ponownie czeka prawie całkowity zawód. Dorota Dziedzic-Chojnacka drugi raz z rzędu napisała opowiadanie, w którym tylko ona wie, o co chodzi (Nihil fit sine causa). Całe szczęście, że tym razem zajęło jej to mniej stron. Świat przedstawiony w Koziorożcu i Smoku Magdaleny Kucenty jest umiarkowanie ciekawy w swej pulpowości, lecz o pozostałych elementach trudno powiedzieć coś dobrego. Simon Marcina Przybyłka cierpi z powodu erpegowego rodowodu oraz przeciągniętego twistu w końcówce. Tylko dla miłośników Wolsunga.

Najbardziej podobała mi się Pajęczarka. Owszem, alternatywnowiktoriańskie opowiadanie Przemysława Zańki nie jest wybitne, ale wszystko w nim trybi, a jedna scenka jest wręcz mistrzowska, co natychmiast oddziela tę historię od zdyszanego peletonu pozostałych utworów. Właśnie Zańkowi pierwsze zdanie poprzedniego akapitu zawdzięcza słówko „prawie”. Twórczość „chłopa z Mazur” będę z ciekawością obserwował. Niech się rozwija polskiej fantastyce na zdrowie.

Natomiast Zajdla za najlepsze fantastyczne opowiadanie polskie opublikowane w 2015 r. otrzymał Robert Wegner za Milczenie owcy. Dziełko paradoksalnie do antologii nie trafiło, ponieważ zawłaszczył je konkurencyjny (także darmowy) zbiór pt. Legendy polskie wydany przez Allegro. Wegner omawia w prozatorskiej formie zagadnienie budzenia się samoświadomości u AI. Robi to sprawnie, lecz trop ten był wszak przerabiany w fantastyce naukowej setki razy, a Wegnerowska fabuła bynajmniej nie porywa.

Na zakończenie swojej cytowanej wyżej recenzji napisałem, że „jeżeli wszystkie inne rodzime utwory fantastyczne opublikowane w zeszłym roku faktycznie były od nich [opowiadań nominowanych do Zajdla] gorsze, biada nam”. Ale Legendy polskie ratują poniekąd sytuację.

Milczenie owcy oraz Spójrz mi w oczy Elżbiety Cherezińskiej należą akurat do słabszej części zbioru. Błyskotliwy jest Zwyczajny gigant Jakuba Małeckiego, energiczny retelling legendy o Panu Twardowskim, który doczekał się nawet dwóch krótkich, fajnych kontynuacji filmowych w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Ubawiłem się przy Śniętych rycerzach Rafała Kosika – opowiastce o informatyku, któremu kazali pilnować rodzinnych owiec na hali. Niezłe wrażenie robi też liryczny Kwiat paproci Radka Raka, autora powieści o podejrzanie rzewnym tytule, której pozytywne recenzje najwyraźniej nie były przesadzone. Łukaszowi Orbitowskiemu w Niewidzialnym powinęła się niestety noga, jednak należy go pochwalić za klimat i stylistyczny eksperyment.

Nie biadajmy zatem przedwcześnie. Z polską fantastyką nie jest najgorzej. Z elektoratem zajdlowskich opowiadań – nie najlepiej.

Piana gazet

Teraźniejszość rozdymana przez sprzedawców chytrego marketingu i marnej polityki niszczy istotę autentycznego życia. Ono wszakże skupia się na przeszłości i przyszłości, czyli pamięci, odpowiedzialności i miłości.

Zygmunt Kubiak całe życie wierzył w ocalającą moc dziedzictwa greckiego (piękno), łacińskiego (rodzina i państwo) i chrześcijańskiego (metafizyczny sens istnienia), ale nie chroniło go to przed historycznym pesymizmem. Na początku wieku XXI nie miał złudzeń: ludzie w Europie wyszli ze swoich wspólnot duchowych i religijnych – pozostało im już tylko doświadczenie pustki. Uważał, że wchodzimy w epokę nowych form niewolnictwa. (…)

Zygmunt Kubiak, trzeźwy i osobny strażnik starej Europy, swój namysł i wysiłek poświęcał tylko wielkim tekstom. Robił tak nie tylko ze względu na skąpość danego czasu. Uważał, że tylko w nich zawarta jest nieskończoność sensów. Ludzie dążący do odsłonięcia tajemnicy i osiągnięcia pełni nie mogą przestać cierpliwie tych sensów poszukiwać. (…) Prędzej można je znaleźć u Szekspira i św. Łukasza niż w pianie gazet i genderowo-rasistowskim mamrotaniu. Nikt i nic człowieka nie zwalnia z obowiązku starań, by życie było podniebnym bytowaniem, a nie pełzaniem w mule. Ludzki mozół, płacz, marzenia i szczęście powinny mieć taką treść, by witając się z siostrą śmiercią człowiek nie usłyszał z przerażeniem własnych słów: „I stałem się dla siebie ziemią jałową”.

– ˜˜Jan Polkowski (12/2/2016)

Przeczytane w 2015: Leletrystyka

Z uporem godnym lepszej sprawy będę lansował określenie ukute przeze mnie kilka miesięcy temu. Przypominam: leletrystyka to niebeletrystyka, czyli zbiorcze określenie na książki popularnonaukowe, historyczne, literaturę faktu, wszelką non-fiction, a nawet rozmaite podręczniki i poradniki.

Czytaj dalej Przeczytane w 2015: Leletrystyka