ArtRage 2019

W lutym kupiłem ebookowy pakiet ArtRage 2019. Upiekłem tym sposobem kilka czytelniczych pieczeni na jednej transakcji. W promocyjnej cenie nabyłem osiem potencjalnie dobrych, bo nominowanych do nagrody literackiej, książek, których przeczytanie pozwoliłoby mi odświeżyć (de facto zawrzeć!) znajomość ze współczesną literaturą polską. Poza tym po raz pierwszy w życiu miałbym okazję zagłosować w konkursie literackim poznawszy uprzednio samodzielnie wszystkich predententów – a na dodatek mógłbym jeszcze przedstawić swoją opinię na blogu przed ogłoszeniem wyników, czyli zabawić się w literackiego influencera. Same plusy. Deal roku.

Oczywiście, istniała niemała szansa, że większość książek okaże się durna. Końcowy wynik był na szczęście niezły: na Goodreads wystawiłem łącznie 22 gwiazdki w konfiguracji 2-4-3-1-4-3-3-2 (wszystkie „trójki” wyjątkowo mocne). Omawianie poszczególnych tytułów należy jednak zacząć od dna, od którego dosłownie się odbiłem:

Czytaj dalej ArtRage 2019

Reklamy

Gombrowicz

Nie mogę oblać się rumieńcem i powiedzieć, że nigdy nie przeczytałem „Ferdydurke” w liceum, bo owszem, nie przeczytałem, ale miałem ku temu doskonały powód: Nigdy nie chodziłem do polskiego liceum. Miny stroiłem za granicą, parobka po mordzie nie tłukłem.

Wreszcie, po wielu latach, nadrobiłem zaległości z krytyki tradycjonalizmu, romantyzmu i nacjonalizmu. Na przełomie 2018 i 2019 r. przeczytałem wszystkie cztery najważniejsze powieści Gombrowicza. Teraz, będąc autentycznym fanem Słowackiego (piękny kościół) i Mickiewicza (w dodatku z Bogiem w środku), wezmę zatem do ręki słynny bon mot przez autora „Pornografii” sklecony i jemu samemu nim bez pardonu po gębie przyłożę: I jak masz zachwycać, Gombro, skoro nie zachwycasz?

Tak naprawdę i od początku do końca podobał mi się tylko „Transatlantyk”, na pokładzie którego małoszycki autor wywinął popisowy taniec z językiem. (Niesamowite, jak jeden Prosty zabieg typograficzny Wpłynął na rytm Narracji). Z fabuły także boki idzie zrywać. Skądinąd wiem, że „Transatlantyk” to tytuł szalenie ważny z kulturowohistorycznego punktu widzenia, choć ja akurat czytałem bez lupy i nie analizowałem niuansów polskiej formy. Uznałem raczej książkę – to ryzykowne porównanie – za antybiegun „Ameryki”. U Kafki surrealistyczna frustracja imigrancka mieszała się z dobrodusznym humorem, u Gombrowicza zaś – dobroduszna frustracja imigrancka – z humorem surrealistycznym.

Słynne „Ferdydurke” także miało swoje – nieliczne, w gruncie rzeczy – momenty, lecz objętościowo dominowały tam dłużyzny. Przyszło mi na myśl, że czytam oto powieść na kanwie kilku doskonałych rysunków satyrycznych opublikowanych w superinteligenckiej wersji „Przekroju”. W miejscach, gdzie owe rysunki zostały przetworzone na prozę bezpośrednio (upupianie, pojedynek na miny, parobek) „Ferdydyrke” osiągnęła wyżyny, ekhm, formy. Cała reszta była jednak zbyteczna, dodana na siłę, jak na przykład owa opowiastka o Filidorze dzieckiem podszytym, która przemówiłaby do mnie bardziej, gdybym był filozoficznym laikiem, albo, na dwoje babka wróżyła, wówczas znużyłaby mnie jeszcze mocniej.

„Pornografia” – czyli sielanka według Gombrowicza. Koncertowy pomysł: Dwóch gejów (gejów?) wyjeżdża w trakcie okupacji na wieś i z dala od wojennego zgiełku próbuje w akcie zblazowania zeswatać nastoletnich zakochanych. A potem ktoś kogoś morduje. Jednak aby wyszło z tego coś porządnego, trzeba by przyłożyć się do narracji zamiast uciekać w odmęt rozmazanej, rozmigotanej literatury pięknej. Gombrowicz uciekł, rozmigotał.

I na koniec „Kosmos”. O nie, to już nie dla mnie, wszak przed wkroczeniem w rejony powieści eksperymentalnych się wzbraniam, do grona papierowych przyjaciół dopuszczam jedynie „Ulissesa”. W swoim rzekomo największym dziele Gombro poraził mnie z siłą co najwyżej sześciowoltowej bateryjki, nawet pomimo mej pozornej podatności na metafizykę uwidaczniającej się między innymi w fakcie, że też czasami ze zdwojoną uwagą przyglądam się rysom na suficie i rozważam ich ukryte znaczenie.

Przeczytane w 2018 r.

W minionym roku spłynęła na mnie łaska Kalliope. Zdołałem pochłonąć rekordową ilość 54 nowych (tj. nieznanych mi wcześniej) książek. Osiągnąłem więc nareszcie pułap mitycznej „jednej lektury tygodniowo”. Aspirowałem doń od wielu lat, lecz kończyło się najwyżej na czterech dziesiątkach z hakiem.

Oczywiście, od ilości ważniejsza jest jakość, jednak akurat o tej drugiej od dawna złego słowa powiedzieć nie mogę. Chociaż książki dobieram w sposób dość eklektyczny i nierzadko zaskakujący mnie samego, to ze świecą szukać na mojej „przeczytanej” liście dających się pochłonąć w dwa-trzy wieczory czytadeł. W zeszłym roku ilość poszła w parze z jakością, co raduje mnie w dwójnasób.

Martwią za to inne wskaźniki. Po pierwsze, prawie całkowicie zaniechałem czytania własnych (papierowych) książek. Sześćdziesiąt procent lektur stanowią pozycje wypożyczone z biblioteki, pozostałe czterdzieści to ebooki. Zważywszy na łączną wagę dziewiczej celulozy zalegającej na moich półkach oraz w pudłach na strychu, powinienem niezwłocznie zmienić te proporcje. Po drugie, czwarty rok z rzędu przeczytałem mniej fikcji niż leletrystyki. Jak wiadomo, dobra leletrystyka nie jest zła, jednak istnieje wszak całe mnóstwo znamienitych przedstawicielek literatury pięknej i literatury środka, z którymi chciałbym rychło zawrzeć znajomość. Po trzecie, prawie całkowicie zarzuciłem fantastykę. Wiadomo, zła fantastyka nie jest dobra, aczkolwiek ciągle mam wielkie zaległości, jeśli chodzi o klasyków oraz uznane książki współczesnych autorów.

Po tym przydługim wstępie – w telegraficznym skrócie o najlepszych rzeczach, które przeczytałem w zeszłym roku:

„Skrwawione ziemie” i „Czarna ziemia” Timothy’ego Snydera – dwie ponure, chyba z premedytacją pisane suchym językiem książki o ludobojstwach zgotowanych Europie przez Stalina i Hitlera w latach trzydziestych i czterdziestych. Snyder uświadomił mi szereg polityczno-organizacyjnych – wybaczcie nieodpowiednie z uwagi na kontekst słowo – niuansów masowych czystek tamtej niewesołej epoki. W trakcie lektury wynotowałem sobie mnóstwo intrygujących, słabo znanych faktów. Niezadługo doczekamy się na Blogrysie sążnistej notki na ten temat. Być może.

„Medaliony” – mistrzostwo krótkiej formy holokaustowej (w przeciwieństwie do Borowskiego, którego uważam za kiepskiego stylistę).

„Pan Tadeusz” – jedyna powtórka w zeszłym roku. Z czasów podstawówki zapamiętałem, że Mickiewicz geniuszem formy był, ale dopiero teraz odkryłem, że PT jest także pasjonującą powieścią w sensie fabularnym i charakterologicznym. Serio. Nie bądźcie intelektualnymi Moskalami i odkryjcie „Tadka” na nowo!

„Dziennik 1954” – u Tyrmanda już od pierwszych stron mierziły mnie potoki autokreacji, ale pióro miał facet zachwycające. Zaprzedałbym duszę diabłu dla takiej lekkości pisania. Notabene, bardzo dobre uzupełnienie „Dziennika” stanowił „Zły Tyrmand”, w którym Mariusz Urbanek przeprowadził krótkie wywiady z prawie wszystkimi osobami opisanymi przez Tyrmanda, łącznie z Kisielewskim i siedemnastoletnią Bogną, którą dwa razy starszy Leopold obracał w łóżku.

„Kolumbowie” – Roman Bratny spłodził epopeję o okupacji, Powstaniu Warszawskim i skomplikowanych losach powojennych. Książka ważna, z ogromnym potencjałem. Nie spełniła niestety moich oczekiwań, gdyż autor nie udźwignął ciężaru narracji. Na jej strony zbyt często zakradało się opisowe niechlujstwo.

Trzytomową biografię Thora Heyerdahla – fascynująca postać. Pierwszy tom zainspirował mnie nawet do napisania dwóch pokaźnych notek. Druga część trylogii Ragnara Kvama była równie emocjonująca, ale w tomie trzecim zabrakło pary, bo i Thor na stare lata za wiele już nie zdziałał. Z kolei ja na stare lata odkrywam dobrodziejstwo biografii. Czyta się jak powieść, a to przecież czyste fakty!

„Pakt Ribbentrop-Beck” – Piotr Zychowicz ma w kręgach lewicowych fatalną prasę, ale z przyjemnością stwierdziłem, że lepiej radzi sobie z argumentacją niż sugerują to jego adwersarze. Interesujące ćwiczenie z historii alternatywnej.

„Rzeczpospolita Zwycięska” Ziemowita Szczerka – historia alternatywna po raz drugi, tym razem w połączeniu z esejem. Poczułem po lekturze wielki szacunek dla autor, który dotąd kojarzył mi się z podejrzanymi środowiskami hipsterskimi spod znaku Ha!Artu. A tu okazuje się, że to prawdopodobnie jeden z oryginalniejszych polskich pisarzy współczesnych.

„Twisty Little Passages” – narratologiczne omówienie komputerowych gier tekstowych. Zdecydowanie nie dla każdego, lecz warto wiedzieć, że istnieje coś takiego jak fikcja interaktywna; przedziwny gatunek fabuły żyjący sobie na pograniczu literatury i gier komputerowych, którego najlepsze lata przypadły na przedostatnią dekadę XX wieku, ale który bynajmniej jeszcze nie umarł.

Jak oceniać książki

ksiazki.jpg

Od kilkunastu lat recenzuję i oceniam książki. Co prawda moje spisane opinie rzadko konfrontują się polemicznie z cudzymi. Tkwię więc poniekąd w bańce samozadowolenia, lecz dokładam starań, by nie ferować poglądami nieuzasadnionymi, przesadnie krytycznymi. Od ponad ośmiu (!) lat przymierzam się nawet do notki poświęconej prawidłom recenzowania. Dzisiaj jednak uraczę Was czymś innym: własnym zdaniem na temat oceniania książek, rozumianego po prostu jako wystawianie przeczytanym tytułom liczbowej oceny, czy to na łamach periodyków, czy też na własne potrzeby w Biblionetce.

Uważam, że:

★ Skala ocen powinna być krótka, bo w przeciwnym razie nie będzie rzetelna.
★★ Skala ocen powinna być jasno zdefiniowana, żeby wiadomo było, o co właściwie w niej chodzi.
★★★ Skala ocen powinna być asymetryczna; „większą połowę” należy przeznaczyć na książki dobre.
★★★★ Ocenianie powinno być „rozsądnie subiektywnie” i nie silić się na fałszywy obiektywizm.
★★★★★ Ocenianie powinno dopasowywać się do gatunku i zrezygnować z uniwersalnych aspiracji.
★★★★★★ Skalę ocen należy wyposażyć w podpowiedzi, które w pragmatyczny sposób pomogą w rozstrzygnięciu problematycznych sytuacji.
★★★★★★★ Ocena maksymalna powinna być obwarowana szczególnie precyzyjnymi kryteriami.

Rozwińmy, uzasadnijmy. Będzie dość długo i bardzo mądrze.

Czytaj dalej Jak oceniać książki

Godzinki

w_zla_godzine-ksiadz.jpg

Jak rozmawia się z matką, gdy ma się naście lat? Zupełnie nie pamiętam. A jak rozmawiamy z matką w wieku nastoletnim, jeżeli właśnie skończyła się straszna wojna, która obróciła kraj w ruiny, a nasz ojciec, jej mąż, stracił na niej życie? Szczęśliwie nie mogę tego wiedzieć z autopsji. Kąkolewskiemu zaś, który usiłował przedstawić ową relację w swej powieści, na jotę nie uwierzyłem. Albo stosunki między matkami i synami były podówczas całkiem inne niż dzisiaj, albo też pisarz popuścił wodze fantazji. Rachunek prawdopodobieństwa wespół z kilkoma poszlakami kompozycyjnymi podpowiadają, że zapewne to drugie.

Czytaj dalej Godzinki

Ocean w piwnicy

google-books

Gdzieś w USA za zamkniętymi na cztery spusty drzwiami znajduje się zastrzeżony serwer, na którym zapisano skany dwudziestu pięciu milionów książek. Google skanował je zapamiętale w ramach Projektu Ocean w latach 2004-2012 przy pomocy specjalnie zaprojektowanych urządzeń. Składały się na nie po cztery kamery, laserowy radar niwelujący optyczne skutki zakrzywienia kartek oraz stażystka, której żmudne zadanie polegało na przewracaniu stron i naciskaniu pedału-włącznika w tempie tysiąca razy na godzinę. Superskanery przeniosły w ten sposób do pamięci komputerów mniej więcej jedną szóstą wszystkich istniejących na świecie publikacji.

Larry (nomen omen) Page i Siergiej Brin, założyciele Google’a, pomimo sceptycyzmu współpracowników skłonni byli wyłożyć kilkaset milionów dolarów, aby doprowadzić niesłychanie ambitne przedsięwzięcie do końca. Kierowały nimi najprawdopodobniej szczytne pobudki: zapragnęli stworzyć nowoczesną, cyfrową, definitywną wersję Biblioteki Aleksandryjskiej.

Czytaj dalej Ocean w piwnicy

Przeczytane w 2017 r.

ksiazki

Dokonało się! Achievement unlocked! Po raz pierwszy zdołałem przedstawić i opisać na Blogrysie wszystkie książki, jakie przeczytałem w minionym roku. Gdy zabierałem się kilka miesięcy temu za ich przegląd, sądziłem naiwnie, że zmieszczę się w jednej długiej, góra dwóch notkach. Skończyło się na prawie 120k znaków podzielonych na dziewięć wpisów:

PodarunekX: Antologia opowiadań fantastycznych • Opowiadania nominowane do Nagrody im. Janusza Zajdla za rok 2016

Ludzie, którzy nikogo nie dyskryminowaliTo się nigdy nie kliknie • Czarna wołga: Kryminalna historia PRL • Lemologia (Co to są sepułki?) • Planeta LEM-a: Felietony ponadczasowe • Wiedza astronomiczno-fizykalna w twórczości literackiej Bolesława Prusa

Sympatia do diabłaMistrz i Małgorzata

Księgarnia na KolumbaBracia Karamazow • Idiota

Siedmioro dzieci i toTo

Bézier na peryferiachAnaliza systemów-światów: Wprowadzenie • Wielkie i te nieco mniejsze pytania psychologii •  Socjologia edukacji: Teorie, koncepcje, pojęcia • X and the City: Modeling Aspects of Urban Life • The Best Writing on Mathematics 2013
 • Foreign Affairs: The Best of 2016 • Special Relativity and Classical Field Theory: The Theoretical Minimum • Resumen de Historia del Ecuador

Strach przed czarną planetąThe Big Payback: The History of the Business of Hip-Hop • Can’t Stop Won’t Stop: A History of the Hip-Hop Generation • The Rap Year Book

Sawyer & Finn, sp. z o.o.Przygody Tomka Sawyera • Przygody Hucka • Tomek Sawyer za granicą • Tomek Sawyer, detektyw

Z Afryki do LwowaAfryka dzisiaj: Piękna, biedna, różnorodna • Metamorphosis Alpha • Ballada obojga narodów • The Paintings That Revolutionized ArtThe Prado Guide • The Digital Antiquarian, vol. 1: 1966-1979 • The Digital Antiquarian, vol. 2: 1980 • Let’s Tell a Story Together: A History of Interactive Fiction  • In the Beginning… Was the Command Line • All Points • Szkolny lud, Okulla i ja • Krew elfów (słuchowisko)

(Natomiast o Nowym Testamencie pisałem krótko w zeszłym roku, zaraz po zakończeniu lektury).

To był czytelniczo bardzo dobry rok. Nie przeczytałem wyjątkowo dużo, nie przeczytałem niczego wybitnego, ale książki, po które sięgałem, okazywały się najczęściej solidne lub dobre. Rozczarowań spotkało mnie bardzo niewiele. Po uśrednieniu prywatnych ocen wystawianych na Goodreads z niejakim zdumieniem odkryłem, że był to najlepszy czytelniczo rok od 2010.

Kropką nad „i” niech będzie króciutkie podsumowanie:

LELETRYSTYKA
NajlepszaThe Digital Antiquarian, vol. 2: 1980
NajgorszaCzarna wołga: Kryminalna historia PRL
Największe zaskoczenieLet’s Tell a Story Together: A History of Interactive Fiction
Największe rozczarowanieCan’t Stop Won’t Stop: A History of the Hip-Hop Generation

FIKCJA
NajlepszaBracia Karamazow
NajgorszaIdiota
Największe zaskoczeniePrzygody Hucka
Największe rozczarowanieTo

Z Afryki do Lwowa

lwow

W zeszłym roku, w ramach poszerzania wiedzy o świecie, przeczytałem Afrykę dzisiaj: Piękną, biedną, różnorodną, reportaż Jerzego Gilarowskiego, który wynalazłem, zdaje się, na Woblinkowej wyprzedaży, i kupiłem impulsywnie – ale, o dziwo, w przeciągu paru tygodni przeczytałem. Niemały to sukces, gdyż jestem bardziej skory do spontanicznego nabywania książek niż ich niezwłocznej lektury.

Gilarowski, z wykształcenia geograf, opowiada o Czarnym Lądzie prostym, gładkim, na dobrą sprawę blogowym stylem, lecz przez lekturę niesie nas jego niekłamana pasja globtrotera-przedsiębiorcy. Autor jeździł do Afryki wiele razy, przez pewien czas tam mieszkał, rozkręcał gastronomiczny biznesik. Przywiózł więc mnóstwo obserwacji obyczajowych, które zafrapują każdego zasiedziałego w Starym Świecie Europejczyka.

afryka_dzisiajGilarowski nie stara się o członkostwo w Polskiej Szkole Reportażu, nie upina skomplikowanej narracji. Tnie materiał na kawałki, układa rozdziały alfabetycznie. Za najciekawsze uznałem „Autobusem” (o długodystansowym podróżowaniu), „Dodoma”, „Foufou”, „Interes”, „Jambo”, „Sudan”, „Targowisko”, „Urzędnik” (o miejscowej biurokracji). Ogólnie rzecz biorąc, Afryka dzisiaj to lektura satysfakcjonująca, szybka, przyjemna, informatywna.

Polecam z zastrzeżeniem: w tekście roi się od drobnych błędów językowych, uchybień frazeologicznych (notorycznie powtarzane „w każdym bądź razie”, brrr) i dziwnych literówek w wyrazach obcych („The Quinn” zamiast „Queen”, brrrrr). Wstyd podwójny, bo raz, że pracownikowi naukowemu i profesorowi nadzwyczajnemu po prostu nie przystoi tak lekceważąco obchodzić się z polszczyzną – a dwa, że książkę ogłosiło Wydawnictwo Akademickie Dialog, którego najwyraźniej nie stać na zatrudnienie redaktora.

Czytaj dalej Z Afryki do Lwowa

Sawyer & Finn, sp. z o.o.

mark_twain

Bracia KaramazowAnaliza systemów-światówToksiążki o hip-hopie – i co jeszcze dobrego, złego, mądrego, mniej mądrego przeczytałem w minionym roku?

Na przykład, w ramach odrabiania kanonicznych zaległości, wszystkie cztery książki Marka Twaina o Huckleberrym Finnie, najsłynniejszym nieletnim włóczędze literatury i jedynym (prawdziwym lub fikcyjnym) człowieku w dziejach, który został nazwany na cześć borówki, aby samemu przekazać dalej swe imię niebieskiemu, dobrodusznemu psu. W Przygodach Tomka Sawyera, które pamiętam doskonale z dzieciństwa – przede wszystkim za sprawą „mocnego otwarcia” –

Czytaj dalej Sawyer & Finn, sp. z o.o.

Strach przed czarną planetą

hip_hop_history

Siema! Pytanko takie: Co łączy hip-hop, Aloszę Karamazowa, Pana Boga i morderczego klauna?

Wszyscy są grubi. No, w każdym razie poświęcone im książki są grube.

The Big PaybackBracia KaramazowPismo Święte Nowego Testamentu oraz To były czterema najokazalszymi książkami przeczytanymi przeze mnie w zeszłym roku. Łącznie prawie 3500 stron – jedna czwarta drukowego wolumenu, z którym obcowałem.

Na opus magnum Stephena Kinga narzekałem tutaj opowiadając przy okazji o swoim strasznym dzieciństwie („skrócenie Tego o połowę (sic!) bardzo by powieści pomogło, chociaż nie uratowałoby jej w pełni, ponieważ nużenie czytelnika nie jest jedynym grzechem”), o Braciach Karamazow pisałem niedawno tutaj naśladując nieudolnie styl Dostojewskiego („uważam na razie Braci… za bardzo dobrą — wręcz wciągającą! — powieść, lecz nie za totalne arcydzieło”; przeczytam ich jednak kiedyś raz jeszcze w nowym polskim przekładzie Pomorskiego), zaś o wrażeniach wyniesionych z lektury Nowego Testamentu wspomniałem rok temu („gdybym miał ocenić go jako zwykłą książkę do czytania – co oczywiście jest optyką absurdalną – musiałbym podsumować ją trójką z plusem”). Dzisiaj pogadamy więc o twardych Murzynach z Bronksu, którzy w chwilach wolnych od paskudnej przemocy rapują o rasowych stereotypach białych blogerów z Polski tudzież Norwegii.

Czytaj dalej Strach przed czarną planetą