Dzień wściekłości

Po wielu miesiącach mrówczej pracy dziennikarze The New York Times zrekonstruowali przebieg ataku na Kapitol 6 stycznia b.r., do którego podjudził swoich zwolenników niepogodzony z wyborczą porażką Donald Trump. Czterdziestominutowy film składa się wyłącznie ze spontanicznych nagrań uczestników zajść (robionych oczywiście telefonami komórkowymi) oraz z precyzyjnego schematu pokazującego, gdzie poszczególne wydarzenia miały miejsce.

Zadziwia mnie – chociaż powinienem być już do tego całkowicie przyzwyczajony – że żyjemy w czasach wszędobylskich kamer(ek) śledzących i rejestrujących gwałtowne wydarzenia niejako od wewnątrz. Dzięki fenomenalnemu serialowi Black Mirror wiem przynajmniej, jak w(y)glądać będzie następny techniczny etap. W przeciągu dwóch-trzech najbliższych dekad do naszych oczu trafią metodą chirurgiczną mikrokamery zwane, dajmy na to, „ziarenkami”, które filmować będą wszystko przez całą dobą.

W Day of Rage uwagę zwraca fakt, że trumpowi szturmowcy atakowali Kapitol w sposób nieskoordynowany, bez maksymalnej agresji. Absolutnie ich nie bronię. „Mob mentality” jawi się nad wyraz nieprzyjemnie również i w takiej, względnie łagodnej, wersji. Niemniej, poczynione szkody mogły być dużo większe, a i ofiar mogło być zdecydowanie więcej. Tak czy owak, Stany Zjednoczone doczekały się wreszcie inwazji zombie z prawdziwego zdarzenia. Kto by przypuszczał, że akurat na Kapitol.

Zaszokowała mnie informacja, że dwóch policjantów rannych w ataku popełniło w ciągu kilku następnych dni samobójstwa.

Gnębi mnie także pytanie: Czy podczas każdych zamieszek pojawia się uczynny człowiek, który pokazuje protestującym, dokąd mają się udać?

Prawdziwa natura bochenka

Konserwatywne chrześcijaństwo (…) opisywało świat w sposób dość czarno-biały. Był grzech i zbawienie, prawda i fałsz, cena sprawiedliwa i cena złodziejska – stany pośrednie były w pewnym sensie niewyobrażalne.

W tej wizji świata, jeżeli kupiłeś bochenek chleba za 10 szylingów, a sprzedałeś go za 11, to zgrzeszyłeś, byłeś oszustem. Sprawiedliwa cena była rozumiana jako wyraz prawdziwej natury tego bochenka – jego wewnętrzną, prawdziwą, wartością było albo 10 szylingów, albo 11, wartość nie mogła być raz taka, a raz taka. (…)

Myślę, że przejście od gospodarki statycznej do dynamicznej i narodziny ekonomii nowożytnej lepiej od historii cen ilustruje ewolucja podejścia do lichwy. (…) Myślę, że przemiana pieniądza w kapitał i uznanie prawomocności oprocentowanego kredytu to kamień węgielny nowożytnej ekonomii. Wraz dostrzeżeniem produktywności kapitału pojawiło się bowiem pytanie, jak się tym nowym bogactwem dzielić. (…)

Ekonomia nigdy nie była nauką eksperymentalną, więc siła argumentacji zawsze była w niej budowana na różnych chwytach retorycznych. Przez wieki, aby się uprawomocnić, rozważania nad ekonomią były wyrażane w języku teologii, potem anatomii, później fizyki, jeszcze później matematyki. Ślady tego są widoczne w ekonomii do dziś.

Inflacja czy konsumpcja to terminy przyjęte z medycyny, oznaczały kolejno opuchliznę i gruźlicę. Pierwsze modele cyrkulacji pieniądza wprost odwoływały się do odkrytego przez Williama Harveya krwiobiegu. Z fizyki została nam np. metafora equilibrium. O religijnym rodowodzie „niewidzialnej ręki rynku” nie wspominając.

– Jędrzej Malko (Zielone Wiadomości, 21/9/2017)

Moje stanowisko w sprawie zjawiska globalnego ocieplenia

Zgadzam się oczywiście, że produkowane przez człowieka gazy, w szczególności dwutlenek węgla, mają wpływ na zjawiska klimatyczne i średnią temperaturę na powierzchni naszego globu. Niemniej:

• Są to zmiany zachodzące powoli, w skali pokoleń, nie dziesięcioleci. Nie wierzę w scenariusz nagłego załamania się klimatu, jaki odmalowano w filmie The Day After Tomorrow (skądinąd obejrzałem go ponownie parę lat temu i wydał się fajniejszy niż wówczas, gdy widziałem go w kinie).

• Ponieważ zmiany te zachodzą powoli, działa tu też skomplikowany system społeczno-kulturowo-technicznego feedbacku. Krótko mówiąc, ludzie będą stopniowo dostosowywać się do zmian, czy to wymyślając odpowiednie rozwiązania, czy też modyfikując swój na klimat wpływ.

• Uważam – bez zgrywy – że większym zagrożeniem dla ludzkości są arsenały jądrowe, pandemie, superburza słoneczna. Znajmy proporcje, szanujmy prawdopodobieństwo, strzeżmy się czarnych łabędzi.

Polacy ramię w ramię z Hitlerem

Niebywałe – to już osiemsetny wpis na Blogrysie! Zamiast jednak pisać podsumowanie minionej setki przedyskutowałem z Arkiem zagadnienie, które od kilku lat spędza sen z powiek domorosłym historykom: czy Polska w 1939 r. powinni sprzymierzyć się z Niemcami? Takiego kontrafaktycznego jubileuszu na Blogrysie jeszcze nie było.

Achtung! Długi wpis!

Zadaniem historyka nie jest wydawanie wyroków, obrona czy oskarżanie, ale gromadzenie argumentów „za i przeciw”, rozpatrywanie dylematów z przeszłości, odtwarzanie klimatu czasów, które są przedmiotem jego studiów. Historyk jest tłumaczem przeszłości – nie sędzią. Nigdy nie powstanie pełna, skończona synteza problemu tak złożonego jak położenie międzynarodowe Polski w latach 1938–1939.

– Marek Kornat

Borys: Od ładnych paru lat w polskim internecie trwają zajadłe dyskusje o okolicznościach wybuchu Drugiej Wojny Światowej. Ich uczestnicy odmieniają przez wszystkie przypadki „klęskę wrześniową” i zadają sobie pytanie, czy Polacy mogli jej uniknąć czyniąc ustępstwa Hitlerowi, a nawet zawierając z Niemcami tymczasowe przymierze przeciwko Sowietom. Mnie w tę debatę, jak wielu innych, wciągnęła książka Piotra Zychowicza pt. Pakt Ribbentrop-Beck – pisana pod tezę, argumentująca w sposób dość histeryczny, ale będąca mimo wszystko prowokującym i pasjonującym kawałkiem publicystyki historycznej. A Ciebie?

Arek: Przyznam, że książek Zychowicza nie znam, choć od kilku dobrych lat śledzę z mniejszą lub większą uwagą jego publicystykę i wystąpienia publiczne. Dlatego z dużym zainteresowaniem odniosłem się do Twojej propozycji przeczytania „źródła” – jak możemy określić książkę Władysława Studnickiego w kontekście tych wszystkich debat przetaczających się z różną częstotliwością przez polską przestrzeń publiczną.

Czytaj dalej Polacy ramię w ramię z Hitlerem

Co dali światu Baskowie?

Na przykład jezuitów. Okazuje się, że Ignacy (Iñigo) Loyola był Baskiem urodzonym w Azpeitia.

Polecam dwudziestominutowy filmik o Baskach z niedawno odkrytego kanału „Historia w 5 minut”, na którym kryje się poza tym sporo zajmujących treści. Autorowi chwali się dobra dykcja, zamiłowanie do map i rzetelne przygotowanie materiaów w oparciu o solidne źródła.

Nauka architektury

Zachód uczył się architektury, budując katedry. Malarstwa – przedstawiając pasje i sceny zwiastowania. Muzyki – pisząc chorały i msze. Chrześcijaństwo nie miało swojego miejsca w kulturze, było jej powietrzem. Niosło ze sobą, to bez czego nie ma mowy o żadnej twórczości – milczenie i misterium. Tajemniczą, nieuchwytną w żadnych słowach, a jedynie w otaczającej moment przeistoczenia ciszy, obietnicę. Kierunek i uzasadnienie dla duchowego wysiłku, złożony system symboli i prawd, które dopiero w drugiej kolejności były twórczą inspiracją. Przede wszystkim stanowiły sens życia samych twórców. Sprawiały, że na tym świecie dało się i chciało żyć, o ile wzbudzały tęsknotę za tym, co czeka nas po śmierci. Piękno nie istnieje bez ofiary. Istnienia wartości wyższych, ważniejszych niż samo życie.

– Jan Maciejewski (Klub Jagielloński, 19/3/2021)

Nie jesteśmy doskonali. Doskonałość to jest na końcu, a nie na początku. Jak nie ma wiary, to można pięknie iść, ale ta droga donikąd nie prowadzi. No bo jaka alternatywa? Skończyć w piachu? Albo robaczki zjedzą, albo spalić w krematorium. Ewentualnie jeśli jestem buddystą to mogę wejść w ciało jakiegoś innego człowieka, albo w chomika się zamienić… „Kto żyje, wierzy we mnie, nie umrze na wieki”

– o. Leon Knabit (Interia, 27/7/2016)

Powrót do przyszłości

Tomasz Czukiewski przygotował kolejny odcinek swojego wspaniałego YouTubowego programu. Tym razem na tapet wziął dawne wyobrażenia o przyszłości. Polecam, bo to jak zwykle materiał z najwyższej półki: z pomysłem, profesjonalnie zmontowany, opatrzony lektorskim komentarzem. Lepiej kliknijcie w 👍 i 🔔.

W zaszłych rozważaniach o przyszłości zawsze dziwi mnie – a raczej bawi – że nikt nie umiał wyobrazić sobie internetu i jego rozmaitych przejawów, które wpłyną na handel, politykę, życie towarzyskie, wymianę poglądów i codzienność. Dlatego też w dokumencie Czukiewskiego uwagę przykuwa wypowiedź Arthura C. Clarke’a. Autor Odysei kosmicznej i pomysłodawca geostacjonarnych satelitów chyba najlepiej z ówczesnych mu zawodowych i domorosłych futurologów rozumiał, że lada dekadę nastąpią wielkie zmiany w sposobie komunikacji – pojmowanej nie jako transport ludzi i towarów, lecz jako metody przekazywania informacji.

Na pewno nie ogarniał tego facet przewidujący pudełka z „cukierkami dla ślicznotek”. A już zupełnie nikomu nie mieściło się w głowie, że „w XXI wieku człowiek z laptopem będzie z zacisza własnego domu robił lepsze dokumenty niż stacje telewizyjne” (cytując komentarz WMProductions2010).

Na marginesie: Grałem swojego czasu zajadle w dwa pierwsze Fallouty i wielkim wstrząsem było dla mnie późne odkrycie, że świat przedstawiony nie jest futurystyczny, tylko retrofuturystyczny. Wyczytałem gdzieś o tym dopiero długo po przejściu obu gier. W trakcie rozgrywki jakoś nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego komputery, które na swojej drodze napotykał protagonista, prezentowały się tak staroświecko. Całą moją uwagę pochłaniała walka turowa z raiderami, supermutantami i deathclawami.

Przychylenie Nieba

Dwa razy w miesiącu obskakuję internetowe magazyny w poszukiwaniu długich, rzetelnych publikacji. Przewijam szybko nagłówki z ostatnich tygodni i kilkoma kliknięciami zrzucam przykuwające myśl kwestie na Kindla.

Moje zainteresowania są dość zróżnicowane. Koniec końców oscylują jednak wokół powtarzających się tematów, toteż kopiowane teksty można by podzielić na kilka kategorii: wywiad politologiczny, artykuł popularnonaukowy lub popularnohistoryczny, blognotka filozoficzna, reportaż.

Figuruje wśród nich odmiana, która często się nie sprawdza i której lekturę zarzucam w ćwierci: sążniste opracowanie osobliwego zagadnienia. Zwykle odkrywam, że autor nie posiadł jeszcze kluczowej umiejętności odważnego skracania swoich akapitów (killing the darlings), albo że omawiana sprawa z bliższej perspektywy okazuje się mało zajmująca.

Niemniej, jeżeli artykuł tego typu nawinie mi się pod kursor, klikam weń pomimo uprzednich rozczarowań, gdyż największe perełki wyławiam właśnie tutaj. Jak na przykład znakomity Back from the Afterlife (Powrót zza życia) autorstwa Emily Hartnett opublikowany w styczniowym numerze The Baffler.

Czytaj dalej Przychylenie Nieba

Bez przebaczenia

Uważam, że jest kilka poważnych zarzutów wobec polityczno-społecznej propozycji ateizmu.

Po pierwsze (…), współczesne pragnienie budowania wielokulturowego, globalnego i zróżnicowanego społeczeństwa, oparte jest na naiwnym przeświadczeniu, że ludzie różnych nacji, języków i obyczajów będą umieli żyć razem w pokoju i dobrobycie, szanując i tolerując własne odmienności. (…)

Nic bardziej błędnego. Taka postulowana i oczekiwana postawa – tolerancji, szacunku, otwartości – wymaga wszakże ogromnej dojrzałości osobowej, czasem wręcz heroicznego wysiłku i to całej społeczności, wielkiej solidności, zgody na inność, ukształtowania i utrwalenia w sobie osobistych i społecznych doskonałości moralnych. Społeczeństwo wolne od tradycji i tabu, nie posiłkujące się historycznie uświęconymi zasadami moralnymi (a taki jest jego liberalny i ponowoczesny model), musiałoby być społecznością dojrzałych wiekiem i duchem. Sądzę, że bez tradycyjnie konserwatywnej rodziny i konserwatywnej szkoły jest to niemożliwe.

Dostrzegamy bowiem, że ludzie żyjąc w kulcie indywidualności i niczym nieskrępowanej wolności, często nie czują w życiu społecznym potrzeby odpowiedzialności, solidarności, pomocy, poświęcenia, dobrej woli, czy tak dziś zachwalanej tolerancji. Skutkuje to erozją zaufania i wiarygodności w nieformalnych, acz kluczowych więzach społecznych (sąsiedztwo, praca, handel). Na ten paradoks zwrócił uwagę już w latach osiemdziesiątych XX wieku Alan Bloom – w liberalizmie każdy najbardziej kocha siebie, lecz wciąż wymaga od innych, by kochali go ponad siebie samych. (…)

Po drugie, dominujący w liberalizmie indywidualizm wypiera ważne wartości i zabija wspólnotę. Przyczyną tego zjawiska jest – jak mówi Marcin Król – przyjęty i promowany projekt gospodarki wolnorynkowej. Okazuje się bowiem, że w takim modelu wspólnoty ważne obywatelskie wartości – solidarność i współdziałanie – nie mają ani wsparcia, ani zaplecza, by mogły zadomowić się w relacjach międzyludzkich. Z punktu widzenia ekonomii są one bowiem po prostu „nieefektywne”. W konsekwencji zapanowało złudzenie, że każdy człowiek może żyć osobno, pracować, zarabiać możliwie jak najwięcej, używać swobodnie życia, zająć się własnymi przyjemnościami i nie zawracać sobie głowy problemami społecznymi, politycznymi czy sprawami innych ludzi.

Po trzecie zauważmy, że kultura medialno-technologiczna jeszcze wzmacnia te tendencje. Oferuje, jako treść życia, atrakcyjne urządzenia i usprawnienia – iPody, iPhony, empetrójki, laptopy, smartphony, fora społecznościowe – przez co usuwa z kultury obowiązek uczenia się wzorów codziennych i zwyczajnych relacji ludzkich: rozmów, dialogu, przebaczania, współczucia, refleksji, przyjęcia cierpienia czy śmierci. Powszechna technicyzacja i komputeryzacja życia sprawia, że praktyczność zabija ideę refleksji i skupienia, a codzienność staje się z definicji barbarzyńska, czego wyrazem jest obojętność i mechanizm redukowania życia do pierwotnych czynności: jedzenie, spanie, praca, rozrywka.

– Jacek Grzybowski (Teologia Polityczna, 18/7/2016)

„Breaking news”

Od kilku lat poważnie niepokoimy się o ilość czasu spędzanego przy urządzeniach podpiętych do internetu i o wpływ, jaki wywierają na nasze mózgi. Jednakże pewna powiązana psychologiczna przemiana przeszła bez większego echa: doniesienia ze świata coraz mocniej absorbują pewną część ludzkości. Krok po małym kroku stały się głównym elementem naszego postrzegania rzeczywistości. Świat polityki narodowej i międzynarodowych kryzysów wydaje się nam ważniejszy, prawdziwszy nawet, niż namacalna bliskość rodziny, sąsiadów, kolegów z pracy.

Nie chodzi tylko o to, że spędzamy zbyt wiele godzin przyklejeni do ekranów. Przynajmniej niektórym z nas ekrany przestawiły tryb bycia w świecie. Wiadomości nie są już fragmentem życiowej oprawy. Stały się przewodnim spektaklem. Dawniej w ten sposób postrzegali je jedynie dziennikarze oraz producenci telewizyjni. Obecnie – także miliony zwykłych ludzi.

Czytaj dalej „Breaking news”