Niebieski jak gołąbek

golab_je

Jeśli dobrze poszukać, w internecie da się znaleźć mądre odpowiedzi na ważkie i palące pytania dotyczące kondycji mediów. Na przykład:

  • Na czym, w jednym zdaniu, polega największa szkodliwość Twittera? (Na zakazie marynowania.)
  • Czy powinien martwić nas odwrót druku pod naporem internetu? (Niekoniecznie.)
  • Dlaczego internet wymusza dzielenie się informacjami osobistymi w nieporównywalnie większym stopniu niż dawniej? (Psychogeografia, głupcze!)
  • Co mają wspólnego nałogowi użytkownicy Facebooka z gołębiami? (Lubią to!)
  • Czy znalazł się jakiś mądry chłop, który w mniej niż czterech tysiącach znaków podsumował bez pudła, dlaczego tradycyjne media znalazły się w ogromnym kryzysie i jak jawi się ich przyszłość? (Owszem.)

Uzasadnienia i rozwinięcia za tydzień, żartowałem, poniżej.

Czytaj dalej

Reklamy

Dwa lata temu o tej samej porze

Brexit.jpg

Czas biegnie szybko. Jutro mijają okrągłe dwa (!) lata od brytyjskiego referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej. Ponad jedna trzecia uprawnionych do głosowania obywateli zagłosowała wówczas za Brexitem, co przy frekwencji rzędu 70% wystarczyło, by rząd Jej Królewskiej Mości uruchomił Artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego. Polityczne słowo stanie się geograficznym ciałem o północy 30 marca przyszłego roku. Wielka Brytania pójdzie tym sposobem śladem Algierii (1962), Grenlandii (1985) oraz Wspólnoty Saint-Barthélemy (2012) – jako czwarte terytorium, ale jako pierwsze państwo, opuści unijne szeregi.

Brytyjska libertarianka Claire Fox tak tłumaczyła wolę wystąpienia z UE:

Czytaj dalej

Prześwit Sloane’a

przeswit_pekniecie

Będzie trochę o matematyce, ale jeżeli tylko poradzicie sobie z pierwszym, wyliczankowym akapitem, zaraz zrobi się prosto. Skończymy zaś w nieoczekiwanym miejscu, które ucieszy (zasmuci?) socjologów: wśród liczb, zupełnie jak wśród ludzi, istnieją spore nierówności, i nie mówimy tu bynajmniej o znakach > i <.

Bardzo lubię definicję królowej nauk: to nauka o ilości, strukturze, przestrzeni oraz zmianie. Celniej i prościej się nie da. A jakież bogactwo odnajdziemy za tymi czterema słowami! Niepozorna fasada zwięzłego objaśnienia skrywa wszak i liczby (od naturalnych po kardynalne), i zbiory, i funkcje, i algebrę (szkolną oraz prawdziwą), i chłodną logikę matematyczną, i geometrię zwiniętą w topologię, i surowy rachunek różniczkowy, i zagadkowe prawdopodobieństwo, i pragmatyczną fizykę matematyczną, i cuda pokroju teorii kategorii oraz teorii grafów, i tak dalej, i tym podobne.

Gaussem a prawdą, definicyjna fasada jest… fasadowa. Łatwo ją usunąć, stwierdziwszy, że pojęcie „matematyka” nie posiada w gruncie rzeczy uzgodnionej definicji. Istnieje jednak pewien słup, który łączy wszystkie tematyczne piętra: niezależnie od specjalizacji matematycy poszukują schematów i zależności1.

Na przykład w arytmetyce najprostszy możliwy schemat wygląda tak:

Czytaj dalej

Matka Guayasamína

guayasamin-mujer

Imaynatan munanki chaynallatataq munasunki.
Miłością, którą obdarzysz innych, inni obdarzą i ciebie.
— powiedzenie keczuańskie

Historia jest koszmarem, z którego staram się przebudzić.
— James Joyce, Ulisses

W jego talent wierzyła na początku tylko matka – odwiecznym, naiwnym, nieugiętym zwyczajem wszystkich matek. Gdy Oswaldo był małym chłopcem, Dolores Calero, pokierowana macierzyńską intuicją, pchnęła życie synka na właściwą, wspaniałą trajektorię.

Jak to uczyniła? Słowem zachęty odmierzonym starannie niczym miarka kukurydzianej mąki? Uśmiechem promiennym jak andyjski, czerwcowy świt? Cichym, serdecznym pocałunkiem na dobranoc, któremu towarzyszyło jedno jedyne zdanie wyszeptane do ucha tuż przed snem?

Niech to już pozostanie ich tajemnicą.

Oswaldo odwdzięczył się matce w najpiękniejszy sposób, w jaki człowiek może podziękować człowiekowi: Unieśmiertelnił ją w sztuce. Owszem, niby nic nowego. Inni malarze robili to tyle razy wcześniej. O ile jednak Rembrandt, Cézanne, Van Gogh, a nawet Warhol i Picasso portretowali swoje rodzicielki, kładli na płótnie konkretne twarze, o tyle Guayasamín, spadkobierca dwóch wielkich malarskich tradycji, uczynił coś więcej: namalował Matkę.

Czytaj dalej

Kołacze

chaplin-modern_times.jpg

Lekarzu! Prawniku! Kucharzu! Informatyku! Pracowniku fizyczny! Czas zacząć się bać. Rozwój robotyki i wielopiętrowych algorytmów niesie ryzyko zlikwidowania Twojego etatu w przeciągu parudziesięciu lat. Klasyczna sztuczna inteligencja nie jest wcale do tego potrzebna. Lekarzy pierwszego kontaktu zastąpią wszystkowiedzące, wyspecjalizowane w medycynie watsony, analizę dokumentów prawniczych wykonywać będą niestrudzone boty, po kuchniach i magazynach zakrzątają się zwinne wytwory Boston Dynamics, sieci neuronowe będą klepały kod w C#. Na rynku pracy ostaną się tylko nauczyciele, pielęgniarki i bibliotekarze, czyli przedstawiciele zawodów, których istotę stanowi międzyludzki kontakt. Ale policjanci pójdą już na bruk.

Jeden z najwybitniejszych ekonomistów XX wieku, John Maynard Keynes, w słynnym eseju „Gospodarcze możliwości dla naszych wnuków” z 1930 r. przepowiedział piętnastogodzinny tydzień pracy. Pomylił się – poniekąd. W drugiej połowie minionego stulecia postępująca automatyzacja i komputeryzacja rzeczywiście sprawiły, że ludzie – przynajmniej w naszym rejonie globu – w zasadzie mogliby pracować coraz mniej nie rezygnując z pełnych żołądków oraz dachu nad głową. Keynes nie przewidział jednak, że rozwój techniki nieprzerwanie kusić nas będzie drobnymi luksusami. Nowy model smartfona kosztuje ekstra; na dodatkowych dwadzieścia metrów kwadratowych energooszczędnego mieszkania trzeba zaciągnąć kredyt. Zielone światełko po drugiej stronie zatoki bezustannie mruga, Gatsby wciąż wyciąga po nie rękę, od ósmej rano do czwartej po południu.

Czytaj dalej

Pisarze transnarodowi

milan_kundera.jpg

Gdy Kundera w latach 90. przerzucił się na pisanie po francusku, jego nazwisko było już doskonale znane na międzynarodowych salonach. Nie musiał się obawiać, że nie znajdzie wydawcy. A jednak twórczość Czecha po zmianie języka utraciła na sile i natężeniu. We francuskim jakoś nie zdołał spłodzić powieści tego samego kalibru co Księga śmiechu i zapomnienia czy Nieznośna lekkość bytu.

[Decyzje pisarzy postanawiających zmienić język] świadczą o pewnej pysze. Tkwi ona w założeniu, że indywidualny talent jest całkowicie odłączony od kultury językowej, w której się rozwinął. Niewykluczone, że to zarozumiałość typowa dla zachodniej obsesji na punkcie wolności, za żadną cenę nie chcącej przyznać, że warunkują i ograniczają nas miejsce urodzenia, rodzina i otrzymane wykształcenie. (…)

Krytyczka Karen Ryan pisząca dużo o rosyjskiej literaturze emigracyjnej zauważyła, iż „wszyscy transnarodowi pisarze zwykli bawić się i eksperymentować ze stylem”. To chyba prawda. Przynajmniej z początku nowy język jawi się placem zabaw. Bez trudu przychodzą wygłupy i łamanie zasad, bo nie zostały one jeszcze zinternalizowane, nie odcisnęły się głęboko w psychice. W szczególności łatwo o kalambury, gdyż brzmienie nowego języka przez czas jakiś dominuje nad jego znaczeniem. Zmiana języka może zatem przynieść pożytek pisarzowi, którego geniusz skłania się ku językowym grom. Jednakże w trakcie zabawy zanika patos. Drugi język nie niesie tego samego ciężaru co ojczysty. Przynajmniej przez wiele lat.

– Tim Parks (18/4/2016)

 

Czyli nasz Józef Korzeniewski był pisarzem arcygenialnym – bo nie dość, że napisał wielkie książki w języku, którego nauczył się dopiero jako dorosły, nie dość, że jego angielski posiadał niepodrabialny fason, to na dodatek nie sposób wszak odmówić Jądru ciemności ani Lordowi Jimowi wzniosłości najwyższej literackiej próby!

Lek na całe zło

fish.jpg

Z okazji niedzieli (wolnej od handlu) przygotowałem uduchowioną układankę wypisów związanych z chrześcijaństwem: Remi Brague dostrzega przynajmniej jedną pozytywną cechę europejskiego ateizmu, Stanisław Gródź przytacza Afrykę postkolonialną jako niezbity dowód żywotności chrześcijaństwa, Marcin Kędzierski wskazuje na zaskakujący związek między sekularyzacją a kryzysem ekonomicznym. Potem dwie ostre, krótkie, celne uwagi dotyczące tzw. „postępu”, który rzekomo stoi w opozycji do religii. Na koniec Szymon Hołownia – pozytywnie, z nutką zadumy.

Nienawiść do chrześcijaństwa wśród niektórych Europejczyków jest bardzo żywa. Spotkać ją można zwłaszcza w środowisku przywódców politycznych i w środowiskach mediów. Ta nienawiść, nad którą oczywiście ubolewam, ma jednak przynajmniej jedną cechę pozytywną. Stanowi ona niezbity dowód na to, że nasza kultura ma głębokie chrześcijańskie korzenie. Bo gdy nienawidzi się samego siebie, to istnieje potrzeba atakowania czegoś, co stanowi najgłębszą, najbardziej intymną tożsamość. (…)

Utrapienie polega na tym, że gdy zabronimy sobie możliwości patrzenia w górę, to na dłuższą metę utracimy również zdolność widzenia w przód, w kierunku przyszłych pokoleń.

– Remi Brague (18/7/2016)

Czytaj dalej

Rytuał w czerwieni

rytual_w_czerwieni.png

Gdy zeszłego lata gościłem w Quito, zależało mi na spędzeniu popołudnia w wielkim kompleksie muzealnym sąsiadującym z Domem Kultury. Ekwadorskie Muzeum Etnograficzne słynie wszak z arcyciekawej kolekcji sztuki prekolumbijskiej i kolonialnej; przy okazji chciałem zajrzeć również do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, może nawet także do Muzeum Instrumentów Muzycznych.

Z zewnątrz nowoczesny, owalny, oszkolony gmach jawił się jednak podejrzanie pusto. Karteczka wisząca na drzwiach potwierdziła nasze obawy: muzea były od wielu miesięcy zamknięte. Jakiś czas temu w kompleksie odbyła się międzynarodowa konferencja, bodajże klimatyczna. Wszystkie eksponaty tymczasowo przeniesiono do magazynów. Do lipca 2017 r. muzealnicy nie zdążyli się jeszcze wprowadzić z powrotem.

Mimo wszystko klamki nie pocałowaliśmy. Wślizgnęliśmy się do środka. Jedna wielka sala była wciąż czynna – choć bezludna, nie licząc dwóch strażników i recepcjonistki. W środku natrafiliśmy na kilkadziesiąt obrazów, które wydały mi się bardzo dobre. Sumiennie je obfotografowałem. Tym sposobem Blogrys dołącza do wąziutkiego grona polskich blogów zajmujących się ekwadorską sztuką nowoczesną.

Kliknij na któryś obraz, aby przejść do powiększeń z podpisami.

Polskie drogi

polska_mapa

O słabości polskiej publicystyki politycznej

Po śmierci Stefana Kisielewskiego nie zawitał nad Wisłę żaden pożyteczny chuligan, który by łączył talent i charakter. Zazwyczaj albo brakuje jednego, albo drugiego; jednym słowem współczesna polska publicystyka polityczna jest albo tania, albo sprzedajna. (…)

Mackiewicz nawet jeśli się z kimś nie zgadzał, potrafił mu oddać należny hołd. Jego uwagi o Dmowskim to fenomenalny popis szacunku do politycznego przeciwnika. Nie oceniał ludzi wedle partyjnej barwy, ale wedle charakteru. Nie dzielił ludzi na tych z lewa i z prawa, ale na ludzi godnych i kanalie. Kiedyś ktoś powiedział, że to, do jakiego obozu politycznego się należy, to jest często kwestia przypadku, ale to, czy się stoi w tłumie krzyczącym „Barabasza!”, czy też nie, to kwestia charakteru.

– Maciej Zakrzewski (6/12/2016)

Czytaj dalej

Powrót Bucarama

jacchigua

Lubię stereotypy. Bywają złośliwe, ale zazwyczaj okazują się statystycznie prawdziwe. Często oferują wytrych do zrozumienia nowej sytuacji. Oczywiście, wytrychem można uszkodzić zamek – stereotypy potrafią wyrządzić drugiej osobie krzywdę, zaprowadzić nas na manowce uprzedzeń. Jednak tak jak w rękach zdolnego ślusarza wytrych staje się po prostu uniwersalnym kluczem, tak w głowie powściągliwego outsidera stereotyp otwiera cudzą mentalność. Bo czyż to nie prawda, że Polacy są pomysłowi? Że Niemcy są dobrze zorganizowani? Że Wietnamczycy są pracowici? Że Norwegowie są uczciwi? Stereotypy, jak widać, nie muszą być wcale negatywne.

Z czym kojarzy Wam się Ameryka Łacińska? Ze zmysłowymi melodiami i politycznym burdelem? Słusznie.

Czytaj dalej