Nauka architektury

Zachód uczył się architektury, budując katedry. Malarstwa – przedstawiając pasje i sceny zwiastowania. Muzyki – pisząc chorały i msze. Chrześcijaństwo nie miało swojego miejsca w kulturze, było jej powietrzem. Niosło ze sobą, to bez czego nie ma mowy o żadnej twórczości – milczenie i misterium. Tajemniczą, nieuchwytną w żadnych słowach, a jedynie w otaczającej moment przeistoczenia ciszy, obietnicę. Kierunek i uzasadnienie dla duchowego wysiłku, złożony system symboli i prawd, które dopiero w drugiej kolejności były twórczą inspiracją. Przede wszystkim stanowiły sens życia samych twórców. Sprawiały, że na tym świecie dało się i chciało żyć, o ile wzbudzały tęsknotę za tym, co czeka nas po śmierci. Piękno nie istnieje bez ofiary. Istnienia wartości wyższych, ważniejszych niż samo życie.

– Jan Maciejewski (Klub Jagielloński, 19/3/2021)

Nie jesteśmy doskonali. Doskonałość to jest na końcu, a nie na początku. Jak nie ma wiary, to można pięknie iść, ale ta droga donikąd nie prowadzi. No bo jaka alternatywa? Skończyć w piachu? Albo robaczki zjedzą, albo spalić w krematorium. Ewentualnie jeśli jestem buddystą to mogę wejść w ciało jakiegoś innego człowieka, albo w chomika się zamienić… „Kto żyje, wierzy we mnie, nie umrze na wieki”

– o. Leon Knabit (Interia, 27/7/2016)

Powrót do przyszłości

Tomasz Czukiewski przygotował kolejny odcinek swojego wspaniałego YouTubowego programu. Tym razem na tapet wziął dawne wyobrażenia o przyszłości. Polecam, bo to jak zwykle materiał z najwyższej półki: z pomysłem, profesjonalnie zmontowany, opatrzony lektorskim komentarzem. Lepiej kliknijcie w 👍 i 🔔.

W zaszłych rozważaniach o przyszłości zawsze dziwi mnie – a raczej bawi – że nikt nie umiał wyobrazić sobie internetu i jego rozmaitych przejawów, które wpłyną na handel, politykę, życie towarzyskie, wymianę poglądów i codzienność. Dlatego też w dokumencie Czukiewskiego uwagę przykuwa wypowiedź Arthura C. Clarke’a. Autor Odysei kosmicznej i pomysłodawca geostacjonarnych satelitów chyba najlepiej z ówczesnych mu zawodowych i domorosłych futurologów rozumiał, że lada dekadę nastąpią wielkie zmiany w sposobie komunikacji – pojmowanej nie jako transport ludzi i towarów, lecz jako metody przekazywania informacji.

Na pewno nie ogarniał tego facet przewidujący pudełka z „cukierkami dla ślicznotek”. A już zupełnie nikomu nie mieściło się w głowie, że „w XXI wieku człowiek z laptopem będzie z zacisza własnego domu robił lepsze dokumenty niż stacje telewizyjne” (cytując komentarz WMProductions2010).

Na marginesie: Grałem swojego czasu zajadle w dwa pierwsze Fallouty i wielkim wstrząsem było dla mnie późne odkrycie, że świat przedstawiony nie jest futurystyczny, tylko retrofuturystyczny. Wyczytałem gdzieś o tym dopiero długo po przejściu obu gier. W trakcie rozgrywki jakoś nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego komputery, które na swojej drodze napotykał protagonista, prezentowały się tak staroświecko. Całą moją uwagę pochłaniała walka turowa z raiderami, supermutantami i deathclawami.

Przychylenie Nieba

Dwa razy w miesiącu obskakuję internetowe magazyny w poszukiwaniu długich, rzetelnych publikacji. Przewijam szybko nagłówki z ostatnich tygodni i kilkoma kliknięciami zrzucam przykuwające myśl kwestie na Kindla.

Moje zainteresowania są dość zróżnicowane. Koniec końców oscylują jednak wokół powtarzających się tematów, toteż kopiowane teksty można by podzielić na kilka kategorii: wywiad politologiczny, artykuł popularnonaukowy lub popularnohistoryczny, blognotka filozoficzna, reportaż.

Figuruje wśród nich odmiana, która często się nie sprawdza i której lekturę zarzucam w ćwierci: sążniste opracowanie osobliwego zagadnienia. Zwykle odkrywam, że autor nie posiadł jeszcze kluczowej umiejętności odważnego skracania swoich akapitów (killing the darlings), albo że omawiana sprawa z bliższej perspektywy okazuje się mało zajmująca.

Niemniej, jeżeli artykuł tego typu nawinie mi się pod kursor, klikam weń pomimo uprzednich rozczarowań, gdyż największe perełki wyławiam właśnie tutaj. Jak na przykład znakomity Back from the Afterlife (Powrót zza życia) autorstwa Emily Hartnett opublikowany w styczniowym numerze The Baffler.

Czytaj dalej Przychylenie Nieba

Bez przebaczenia

Uważam, że jest kilka poważnych zarzutów wobec polityczno-społecznej propozycji ateizmu.

Po pierwsze (…), współczesne pragnienie budowania wielokulturowego, globalnego i zróżnicowanego społeczeństwa, oparte jest na naiwnym przeświadczeniu, że ludzie różnych nacji, języków i obyczajów będą umieli żyć razem w pokoju i dobrobycie, szanując i tolerując własne odmienności. (…)

Nic bardziej błędnego. Taka postulowana i oczekiwana postawa – tolerancji, szacunku, otwartości – wymaga wszakże ogromnej dojrzałości osobowej, czasem wręcz heroicznego wysiłku i to całej społeczności, wielkiej solidności, zgody na inność, ukształtowania i utrwalenia w sobie osobistych i społecznych doskonałości moralnych. Społeczeństwo wolne od tradycji i tabu, nie posiłkujące się historycznie uświęconymi zasadami moralnymi (a taki jest jego liberalny i ponowoczesny model), musiałoby być społecznością dojrzałych wiekiem i duchem. Sądzę, że bez tradycyjnie konserwatywnej rodziny i konserwatywnej szkoły jest to niemożliwe.

Dostrzegamy bowiem, że ludzie żyjąc w kulcie indywidualności i niczym nieskrępowanej wolności, często nie czują w życiu społecznym potrzeby odpowiedzialności, solidarności, pomocy, poświęcenia, dobrej woli, czy tak dziś zachwalanej tolerancji. Skutkuje to erozją zaufania i wiarygodności w nieformalnych, acz kluczowych więzach społecznych (sąsiedztwo, praca, handel). Na ten paradoks zwrócił uwagę już w latach osiemdziesiątych XX wieku Alan Bloom – w liberalizmie każdy najbardziej kocha siebie, lecz wciąż wymaga od innych, by kochali go ponad siebie samych. (…)

Po drugie, dominujący w liberalizmie indywidualizm wypiera ważne wartości i zabija wspólnotę. Przyczyną tego zjawiska jest – jak mówi Marcin Król – przyjęty i promowany projekt gospodarki wolnorynkowej. Okazuje się bowiem, że w takim modelu wspólnoty ważne obywatelskie wartości – solidarność i współdziałanie – nie mają ani wsparcia, ani zaplecza, by mogły zadomowić się w relacjach międzyludzkich. Z punktu widzenia ekonomii są one bowiem po prostu „nieefektywne”. W konsekwencji zapanowało złudzenie, że każdy człowiek może żyć osobno, pracować, zarabiać możliwie jak najwięcej, używać swobodnie życia, zająć się własnymi przyjemnościami i nie zawracać sobie głowy problemami społecznymi, politycznymi czy sprawami innych ludzi.

Po trzecie zauważmy, że kultura medialno-technologiczna jeszcze wzmacnia te tendencje. Oferuje, jako treść życia, atrakcyjne urządzenia i usprawnienia – iPody, iPhony, empetrójki, laptopy, smartphony, fora społecznościowe – przez co usuwa z kultury obowiązek uczenia się wzorów codziennych i zwyczajnych relacji ludzkich: rozmów, dialogu, przebaczania, współczucia, refleksji, przyjęcia cierpienia czy śmierci. Powszechna technicyzacja i komputeryzacja życia sprawia, że praktyczność zabija ideę refleksji i skupienia, a codzienność staje się z definicji barbarzyńska, czego wyrazem jest obojętność i mechanizm redukowania życia do pierwotnych czynności: jedzenie, spanie, praca, rozrywka.

– Jacek Grzybowski (Teologia Polityczna, 18/7/2016)

„Breaking news”

Od kilku lat poważnie niepokoimy się o ilość czasu spędzanego przy urządzeniach podpiętych do internetu i o wpływ, jaki wywierają na nasze mózgi. Jednakże pewna powiązana psychologiczna przemiana przeszła bez większego echa: doniesienia ze świata coraz mocniej absorbują pewną część ludzkości. Krok po małym kroku stały się głównym elementem naszego postrzegania rzeczywistości. Świat polityki narodowej i międzynarodowych kryzysów wydaje się nam ważniejszy, prawdziwszy nawet, niż namacalna bliskość rodziny, sąsiadów, kolegów z pracy.

Nie chodzi tylko o to, że spędzamy zbyt wiele godzin przyklejeni do ekranów. Przynajmniej niektórym z nas ekrany przestawiły tryb bycia w świecie. Wiadomości nie są już fragmentem życiowej oprawy. Stały się przewodnim spektaklem. Dawniej w ten sposób postrzegali je jedynie dziennikarze oraz producenci telewizyjni. Obecnie – także miliony zwykłych ludzi.

Czytaj dalej „Breaking news”

Logika różnorodności

Wydaje mi się, że niewiele osób słyszało o dwóch matematycznych modelach, którym udało się z przenikliwością opisać tłuste kawałki rzeczywistości ekonomiczno-społecznej. Sam dowiedziałem się o nich całkiem niedawno – z czego płynie arogancki wniosek, że jeżeli ja dowiaduję się o czymś późno, to zdecydowana większość ludzi nie wie o tym w ogóle.

Mowa o teorii wyboru społecznego Kennetha Arrowa (1951) oraz o logice kolektywnego działania Mancura Olsona (1965). W największym skrócie: Od Arrowa dowiadujemy się, że nie da się stworzyć zasad plebiscytowych (np. systemu wyborczego), które agregowałyby indywidualne preferencje w spójny sposób. Nie chodzi tu oczywiście o banalną obserwację, że jakaś propozycja (jakiś kandydat) zawsze musi przegrać, lecz o nieoczywisty fakt, że matematyczną niemożliwością jest precyzyjne ułożenie klasyfikacji kolektywnej z klasyfikacji indywidualnych.

Twierdzeniem Arrowa o niemożności robię zwykle w trąbę swoich uczniów na pierwszej lekcji matematyki. Wpierw opisuję im pokrótce tematy, które będziemy omawiać i mówię, jak poprzedni rocznik ocenił ich względne poziomy trudności.

Czytaj dalej Logika różnorodności

Chwila dla Stalina (2)

Co to jest socjalizm? Lenina nie pytajcie.

„Nie da się scharakteryzować socjalizmu”, napisał Nikołajowi Bucharinowi w Dniu Kobiet w 1918 r., gdy tamten domagał się skonkretyzowania rewolucyjnych planów. „Jaki socjalizm będzie, gdy osiągnie swą skończoną formę – tego nie wiemy, tego orzec się nie da”.

Bucharin swoimi pytaniami musiał zniecierpliwić też Stalina. Został rozstrzelany dwadzieścia lat później w trakcie wielkiej czystki.

Czytaj dalej Chwila dla Stalina (2)

Demokracja kiedyś i dziś

O ile dawne elity arystokratyczne, zajęte swoimi własnymi ważnymi sprawami, w znacznej mierze pozostawiały lud w spokoju (czego niezamierzonym skutkiem był większy zakres wolności jednostek), to współczesna „neoarystokracja” nie tylko ściąga z niego podatki, lecz także dąży (…) do zapanowania nad jego językiem, chce mu narzucić – własny dyskurs („poprawność polityczna”), własne widzenie świata, standardy moralności politycznej, światopogląd, określone style życia, myślenia, mówienia i zachowania.

Ponieważ sama swoją władzę legitymizuje nie tylko merytokratycznie, ale również nadal demokratycznie, tym bardziej staje się wobec ludu wyniosła i arogancka, tym bardziej nim pogardza. (…) Jak łatwo można przewidzieć, zbuntowane elity nie zamierzają oddać pola i widząc, że hasła „prawdziwej demokracji” i procedury demokratyczne zaczynają zagrażać im samym, dokonują zwrotu w kierunku elitaryzmu, merytokracji i ograniczenia demokracji w imię „wyższych wartości”, których lud nie chce wyznawać.

– Tomasz Gabiś (Nowa Debata, 16/2/2017)

Tradycyjne partie były bardzo mocno zakorzenione w społeczeństwie, dzięki czemu „wychowywały” swoich wyborców. Były czasy, gdy np. Partia Socjaldemokratyczna miała po kilku członków w każdym bloku mieszkalnym. Partia formułowała światopogląd tych ludzi, a następnie oni przekazywali go dalej.

Ta epoka dobiegła końca. Obecnie to media społecznościowe odpowiadają za edukację polityczną ogromnej części społeczeństwa. Skutkiem są nieprzewidywalne i zmienne zachowania wyborcze, rozkwit politycznej mitologii, skłonności do histerii. (…)

W demokracji lud musi być szanowany. Jeśli sądzi pan, że wie coś lepiej niż inni ludzie, musi pan z nimi rozmawiać, spróbować ich przekonać. Tymczasem nasze partie polityczne już dawno przestały rozmawiać z ludźmi. A skoro odpuściły sobie dialog z dużą częścią społeczeństwa, nie powinny się dziwić, że ci ludzie szukają innych sposobów na wyrażanie swoich poglądów niż za pośrednictwem wyborów.

– Wolfgang Streeck (Kultura Liberalna, 27/9/2016)

W demokracji nie chodzi o wypracowywanie zgody, ale o porządkowanie niezgody.

– Lars Sandåker

Chwila dla Stalina (1)

Stephen Kotkin, biograf Stalina, z pewnością nie należy do entuzjastów objaśniania świata i historii geopolityką. Złożoność zjawisk przedstawia treściwym zdaniem:

Jeżeli dzieje napędzane są geopolityką, instytucjami i ideami – a w szczególności ich wzajemnymi oddziaływaniami – i tak potrzeba historycznej sprawczości, aby wprawić rzeczy w ruch.

Pamiętajcie przy tym, że Kotkin ma głos jak Joe Pesci. Gdy poniżej czytać będziecie przytaczane przeze mnie obszerne cytaty, niech rozbrzmiewają w Waszych głowach dyszkantem mafiosa z filmu Martina Scorsese.

Czytaj dalej Chwila dla Stalina (1)

Geopolitycy uwielbiają mapy

Geopolitycy uwielbiają mapy. I nic w tym dziwnego, bo podwaliny pod ów nurt myślenia położyli geografowie i wojskowi. (…) Tymczasem mapa nigdy niczego nie mówi sama z siebie. Nigdy nie jest neutralna, zwłaszcza gdy przedstawia przestrzeń polityczną.

Ma natomiast oczywiście dużą wartość operacyjną dla sztabowców, umożliwiając planowanie i realizację uzależnionych od topografii działań. (…) Rzeki, morza, oceany, niziny, góry przeistaczają się w elementy scenografii teatru wojny. Ze wzrokiem wbitym w mapę sztabową geopolitycy snują wizje konfliktu Rosji z Zachodem, Morza z Lądem, Heartlandu z Rimlandem, zgodnie z maksymą klasyka Mackindera, że „geografia jest tragiczną winowajczynią, że pokój nie może być trwały”. Jeśli nie analizują wojen minionych, to wyobrażają sobie wojny przyszłe, zapowiadając „koniec końca historii”. Oś czasu zastępuje cykl – szykowanie się do konfliktu, wojna i rekonfiguracja. I tak bez końca. Pokój bowiem to tylko marzenie senne, z którego świat jest co jakiś czas wybudzany przez mocarstwa.

– Ernest Wyciszkiewicz (źródło, podesłał Arek)