Ostatni viracocha

tratwa

Był antropologicznym Indianą Jonesem rodem z Norwegii, który na zlecenie Hansa Günthera, hitlerowskiego eksperta od aryjskości zwanego „Papieżem Rasy”, wykradał czaszki tubylców z polinezyjskiego cmemntarza. Podczas Drugiej Wojny Światowej w dywersji szkolili go Brytyjczycy. Uznali wesołego blondyna za najbardziej pojętnego ucznia Kierownictwa Operacji Specjalnych. Natomiast krótko po wojnie dokonał rzeczy uważanej przez specjalistów i marynarzy za niemożliwą: Choć nie umiał pływać i bał się głębokiej wody (jawiącej mu się niczym „wrota do królestwa śmierci”), za pierwszym podejściem przeprawił się na tratwie z balsy przez pół Pacyfiku zadając kłam ówczesnym dogmatom etnograficznym.

Poprzednim razem pisałem o jego dzieciństwie i miodowym roku spędzonym na Fatu Hivie. Dzisiaj – ciąg dalszy tej niezwykłej historii, po raz pierwszy spisanej przez Polaka ;)

Czytaj dalej

Reklamy

Terai Mateata

tratwa

Co tam norweskie idiomy, co tam ocenianie książek, co tam szkodliwość Twittera! Dzisiaj, przynajmniej przez wstępną chwilę, mowa będzie o nieskończenie ważniejszym zagadnieniu: Jak poderwać dziewczynę?

Klubowi fachowcy zaproponują najsampierw nieśmiertelny tekst astronomiczno-angelologiczny, który złamał niejedno niewieście serce przy barowej ladzie:

– Cześć, maleńka. Bolało, jak spadałaś z nieba?

Istnieje też wariant, który nie dość, że przynosi na myśl skojarzenia z Silmarillionem, to na dodatek z miejsca wymusza na obiekcie podjęcie dialogu:

– Cześć, maleńka, twój tato musiał być niezłym złodziejem.
– Co? Dlaczego?
– No bo skradł z nieba te dwie gwiazdy i umieścił je w twoich oczach.

A co mówią zagraniczni eksperci? Na przykład nieoceniony Johnny Bravo należy do zwolenników podrywu kontekstowego. Radzi, by do kobiet napotkanych w samolotach tudzież na szybowiskach zwracać się bez ogródek per „latawico”, zaś do tych bibliotecznych uderzać w następujący sposób:

– Jak tak lubisz czytać, to może poczytaj w moich myślach!

Johnny Bravo jest jednak postacią fikcyjną. Tymczasem pewien Norweg w wieku maturalnym poderwał swoją (pierwszą) żonę mniej więcej takim tekstem:

– Cześć, laleczko, może popłyniemy razem na bezludną wyspę?

Liv Coucheron Torp, atrakcyjna siedemnastolatka z dobrego domu, nie umiała oprzeć się czarowi tego pozornie nieśmiałego chłopaka. Mało tego – na pytanie odpowiedziała pozytywnie! Wzięli ślub trzy lata później, w Wigilię Bożego Narodzenia 1936 r. Następnego dnia wyruszyli w bardzo długi rejs.

Liv nie mogła jeszcze wtedy wiedzieć, że jej (pierwszy) mąż okaże się najsłynniejszym Norwegiem dwudziestego wieku, zaś obok trójki Ibsen–Munch–Grieg – najsłynniejszym w ogóle.

Czytaj dalej

Rewaloryzacja

ksiazki

Miesiąc temu pisałem o ocenianiu książek. Na zakończenie pierwotnej wersji notki chciałem poddać pod rozwagę pewien dylemat. Wyciąłem jednak tamten fragment, ponieważ wpis i bez niego był nieznośnie długi. Zamiast epilogu będzie więc postscriptum.

Na samym początku mojego manifestacyjnego poradnika poruszyłem kwestię spójności ocen w czasie; skala ocen powinna być krótka, gdyż w przeciwnym razie obarczona będzie marginesem subiektywnego błędu. Jednego dnia skłonni bylibyśmy przyznać niezłej powieści 81 punktów na 100. Następnego dnia – już tylko 79. Co jednak począć, jeżeli spójność złamie się na pół wskutek całkowitej zmiany opinii na przestrzeni lat?

Do takich wprawiających w konfuzję sytuacji dochodzi niekiedy podczas lekturowych powrotów. Scenariusz zdarzeń wygląda za każdym razem podobnie: Przeczytaliśmy kiedyś książkę, która niezmiernie nam się spodobała. Powodowani sentymentem sięgamy po nią ponownie, licząc na powrót wyśmienitych wrażeń… a tu guzik. Książka się zestarzała – my dorośliśmy – zmieniły się nasze czytelnicze upodobania – w międzyczasie dowiedzieliśmy się, że Nienacki był ormowcem-erotomanem.

Czy „czwórka” powinna wówczas z zimną krwią przemienić się w „dwójkę”? Czy też wolno jej po wsze czasy „czwórką” pozostać?

Nie chodzi tu wbrew pozorom o pytanie, czy nostalgia i sentyment winny mieć pierwszeństwo przed niezwruszonym stanem aktualnego gustu. Nie chodzi nawet o to, czy oceny książek podlegają z czasem weryfikacji – która i tak byłaby niemożliwa do pełnego przeprowadzenia, bo przecież nie sposób czytać zestawu stu książek na okrągło przez całe życie. Zagadnienie jest głębsze. Podnosimy problem z dziedziny estetyki (podkategoria: osąd estetyczny).

Jeżeli w wieku lat X pewna powieść nam się podobała, ale w wieku lat Y już nie – to w końcu podobała się, czy nie? Nie wiem. Nie wiem także, czy odpowiedź na to pytanie zależy od okoliczności, które gust nam przestawiły. Zazwyczaj przyczyną nowej oceny będzie osiągnięcie kolejnego etapu „czytelniczej dojrzałości”, lecz czasami po prostu przesycimy się określonym gatunkiem bądź autorem. Co wtedy?

Nie wiem. Ale:

Jeżeli dobrowolnie uczestniczysz w moich oceniarskich refleksjach, prawie na pewno należysz do grona zagorzałych czytelników, którzy od czasu do czasu o przeczytanych książkach piszą lub przynajmniej żywo dyskutują. Jako osoba czytająca w sposób „świadomy” i mniej lub bardziej zaplanowany, bez wątpienia zorientowałaś się dawno temu – i niewesołe było to odkrycie! – że życia nie starczy (dosłownie!) na dogłębne zapoznanie się ze wszystkimi godnymi uwagi lekturami, których liczba idzie wszak w tysiące.

Dorzucam drugą złą wiadomość: Nie tylko nie zdążymy przeczytać wszystkich książek, które przeczytać byśmy chcieli – ale i na przeczytanie wielu z nich jest już za późno. Mamy za sobą ten punkt życia, w którym jakaś lektura zarezonowałaby najmocniej.

Kerouaca i Salingera najlepiej czytać w wieku lat siedemnastu. Bo potem to ★★☆☆☆, w najlepszym razie ★★★☆☆.

____________________
Autorem zdjęcia wykorzystanego w nagłówku jest Mark Ramsay (CC, Flickr).

 

Niebieski jak gołąbek

golab_je

Jeśli dobrze poszukać, w internecie da się znaleźć mądre odpowiedzi na ważkie i palące pytania dotyczące kondycji mediów. Na przykład:

  • Na czym, w jednym zdaniu, polega największa szkodliwość Twittera? (Na zakazie marynowania.)
  • Czy powinien martwić nas odwrót druku pod naporem internetu? (Niekoniecznie.)
  • Dlaczego internet wymusza dzielenie się informacjami osobistymi w nieporównywalnie większym stopniu niż dawniej? (Psychogeografia, głupcze!)
  • Co mają wspólnego nałogowi użytkownicy Facebooka z gołębiami? (Lubią to!)
  • Czy znalazł się jakiś mądry chłop, który w mniej niż czterech tysiącach znaków podsumował bez pudła, dlaczego tradycyjne media znalazły się w ogromnym kryzysie i jak jawi się ich przyszłość? (Owszem.)

Uzasadnienia i rozwinięcia za tydzień, żartowałem, poniżej.

Czytaj dalej

Dwa lata temu o tej samej porze

Brexit.jpg

Czas biegnie szybko. Jutro mijają okrągłe dwa (!) lata od brytyjskiego referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej. Ponad jedna trzecia uprawnionych do głosowania obywateli zagłosowała wówczas za Brexitem, co przy frekwencji rzędu 70% wystarczyło, by rząd Jej Królewskiej Mości uruchomił Artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego. Polityczne słowo stanie się geograficznym ciałem o północy 30 marca przyszłego roku. Wielka Brytania pójdzie tym sposobem śladem Algierii (1962), Grenlandii (1985) oraz Wspólnoty Saint-Barthélemy (2012) – jako czwarte terytorium, ale jako pierwsze państwo, opuści unijne szeregi.

Brytyjska libertarianka Claire Fox tak tłumaczyła wolę wystąpienia z UE:

Czytaj dalej

Prześwit Sloane’a

przeswit_pekniecie

Będzie trochę o matematyce, ale jeżeli tylko poradzicie sobie z pierwszym, wyliczankowym akapitem, zaraz zrobi się prosto. Skończymy zaś w nieoczekiwanym miejscu, które ucieszy (zasmuci?) socjologów: wśród liczb, zupełnie jak wśród ludzi, istnieją spore nierówności, i nie mówimy tu bynajmniej o znakach > i <.

Bardzo lubię definicję królowej nauk: to nauka o ilości, strukturze, przestrzeni oraz zmianie. Celniej i prościej się nie da. A jakież bogactwo odnajdziemy za tymi czterema słowami! Niepozorna fasada zwięzłego objaśnienia skrywa wszak i liczby (od naturalnych po kardynalne), i zbiory, i funkcje, i algebrę (szkolną oraz prawdziwą), i chłodną logikę matematyczną, i geometrię zwiniętą w topologię, i surowy rachunek różniczkowy, i zagadkowe prawdopodobieństwo, i pragmatyczną fizykę matematyczną, i cuda pokroju teorii kategorii oraz teorii grafów, i tak dalej, i tym podobne.

Gaussem a prawdą, definicyjna fasada jest… fasadowa. Łatwo ją usunąć, stwierdziwszy, że pojęcie „matematyka” nie posiada w gruncie rzeczy uzgodnionej definicji. Istnieje jednak pewien słup, który łączy wszystkie tematyczne piętra: niezależnie od specjalizacji matematycy poszukują schematów i zależności1.

Na przykład w arytmetyce najprostszy możliwy schemat wygląda tak:

Czytaj dalej

Matka Guayasamína

guayasamin-mujer

Imaynatan munanki chaynallatataq munasunki.
Miłością, którą obdarzysz innych, inni obdarzą i ciebie.
— powiedzenie keczuańskie

Historia jest koszmarem, z którego staram się przebudzić.
— James Joyce, Ulisses

W jego talent wierzyła na początku tylko matka – odwiecznym, naiwnym, nieugiętym zwyczajem wszystkich matek. Gdy Oswaldo był małym chłopcem, Dolores Calero, pokierowana macierzyńską intuicją, pchnęła życie synka na właściwą, wspaniałą trajektorię.

Jak to uczyniła? Słowem zachęty odmierzonym starannie niczym miarka kukurydzianej mąki? Uśmiechem promiennym jak andyjski, czerwcowy świt? Cichym, serdecznym pocałunkiem na dobranoc, któremu towarzyszyło jedno jedyne zdanie wyszeptane do ucha tuż przed snem?

Niech to już pozostanie ich tajemnicą.

Oswaldo odwdzięczył się matce w najpiękniejszy sposób, w jaki człowiek może podziękować człowiekowi: Unieśmiertelnił ją w sztuce. Owszem, niby nic nowego. Inni malarze robili to tyle razy wcześniej. O ile jednak Rembrandt, Cézanne, Van Gogh, a nawet Warhol i Picasso portretowali swoje rodzicielki, kładli na płótnie konkretne twarze, o tyle Guayasamín, spadkobierca dwóch wielkich malarskich tradycji, uczynił coś więcej: namalował Matkę.

Czytaj dalej

Kołacze

chaplin-modern_times.jpg

Lekarzu! Prawniku! Kucharzu! Informatyku! Pracowniku fizyczny! Czas zacząć się bać. Rozwój robotyki i wielopiętrowych algorytmów niesie ryzyko zlikwidowania Twojego etatu w przeciągu parudziesięciu lat. Klasyczna sztuczna inteligencja nie jest wcale do tego potrzebna. Lekarzy pierwszego kontaktu zastąpią wszystkowiedzące, wyspecjalizowane w medycynie watsony, analizę dokumentów prawniczych wykonywać będą niestrudzone boty, po kuchniach i magazynach zakrzątają się zwinne wytwory Boston Dynamics, sieci neuronowe będą klepały kod w C#. Na rynku pracy ostaną się tylko nauczyciele, pielęgniarki i bibliotekarze, czyli przedstawiciele zawodów, których istotę stanowi międzyludzki kontakt. Ale policjanci pójdą już na bruk.

Jeden z najwybitniejszych ekonomistów XX wieku, John Maynard Keynes, w słynnym eseju „Gospodarcze możliwości dla naszych wnuków” z 1930 r. przepowiedział piętnastogodzinny tydzień pracy. Pomylił się – poniekąd. W drugiej połowie minionego stulecia postępująca automatyzacja i komputeryzacja rzeczywiście sprawiły, że ludzie – przynajmniej w naszym rejonie globu – w zasadzie mogliby pracować coraz mniej nie rezygnując z pełnych żołądków oraz dachu nad głową. Keynes nie przewidział jednak, że rozwój techniki nieprzerwanie kusić nas będzie drobnymi luksusami. Nowy model smartfona kosztuje ekstra; na dodatkowych dwadzieścia metrów kwadratowych energooszczędnego mieszkania trzeba zaciągnąć kredyt. Zielone światełko po drugiej stronie zatoki bezustannie mruga, Gatsby wciąż wyciąga po nie rękę, od ósmej rano do czwartej po południu.

Czytaj dalej

Pisarze transnarodowi

milan_kundera.jpg

Gdy Kundera w latach 90. przerzucił się na pisanie po francusku, jego nazwisko było już doskonale znane na międzynarodowych salonach. Nie musiał się obawiać, że nie znajdzie wydawcy. A jednak twórczość Czecha po zmianie języka utraciła na sile i natężeniu. We francuskim jakoś nie zdołał spłodzić powieści tego samego kalibru co Księga śmiechu i zapomnienia czy Nieznośna lekkość bytu.

[Decyzje pisarzy postanawiających zmienić język] świadczą o pewnej pysze. Tkwi ona w założeniu, że indywidualny talent jest całkowicie odłączony od kultury językowej, w której się rozwinął. Niewykluczone, że to zarozumiałość typowa dla zachodniej obsesji na punkcie wolności, za żadną cenę nie chcącej przyznać, że warunkują i ograniczają nas miejsce urodzenia, rodzina i otrzymane wykształcenie. (…)

Krytyczka Karen Ryan pisząca dużo o rosyjskiej literaturze emigracyjnej zauważyła, iż „wszyscy transnarodowi pisarze zwykli bawić się i eksperymentować ze stylem”. To chyba prawda. Przynajmniej z początku nowy język jawi się placem zabaw. Bez trudu przychodzą wygłupy i łamanie zasad, bo nie zostały one jeszcze zinternalizowane, nie odcisnęły się głęboko w psychice. W szczególności łatwo o kalambury, gdyż brzmienie nowego języka przez czas jakiś dominuje nad jego znaczeniem. Zmiana języka może zatem przynieść pożytek pisarzowi, którego geniusz skłania się ku językowym grom. Jednakże w trakcie zabawy zanika patos. Drugi język nie niesie tego samego ciężaru co ojczysty. Przynajmniej przez wiele lat.

– Tim Parks (18/4/2016)

 

Czyli nasz Józef Korzeniewski był pisarzem arcygenialnym – bo nie dość, że napisał wielkie książki w języku, którego nauczył się dopiero jako dorosły, nie dość, że jego angielski posiadał niepodrabialny fason, to na dodatek nie sposób wszak odmówić Jądru ciemności ani Lordowi Jimowi wzniosłości najwyższej literackiej próby!

Lek na całe zło

fish.jpg

Z okazji niedzieli (wolnej od handlu) przygotowałem uduchowioną układankę wypisów związanych z chrześcijaństwem: Remi Brague dostrzega przynajmniej jedną pozytywną cechę europejskiego ateizmu, Stanisław Gródź przytacza Afrykę postkolonialną jako niezbity dowód żywotności chrześcijaństwa, Marcin Kędzierski wskazuje na zaskakujący związek między sekularyzacją a kryzysem ekonomicznym. Potem dwie ostre, krótkie, celne uwagi dotyczące tzw. „postępu”, który rzekomo stoi w opozycji do religii. Na koniec Szymon Hołownia – pozytywnie, z nutką zadumy.

Nienawiść do chrześcijaństwa wśród niektórych Europejczyków jest bardzo żywa. Spotkać ją można zwłaszcza w środowisku przywódców politycznych i w środowiskach mediów. Ta nienawiść, nad którą oczywiście ubolewam, ma jednak przynajmniej jedną cechę pozytywną. Stanowi ona niezbity dowód na to, że nasza kultura ma głębokie chrześcijańskie korzenie. Bo gdy nienawidzi się samego siebie, to istnieje potrzeba atakowania czegoś, co stanowi najgłębszą, najbardziej intymną tożsamość. (…)

Utrapienie polega na tym, że gdy zabronimy sobie możliwości patrzenia w górę, to na dłuższą metę utracimy również zdolność widzenia w przód, w kierunku przyszłych pokoleń.

– Remi Brague (18/7/2016)

Czytaj dalej