Obejrzane w 2017 r.

five_came_back

Gdybym pracowicie policzył linijki w pliku obejrzane_2017.txt, mógłbym obwieścić światu, ile jakich filmów widziałem w zeszłym roku. Tylko kogo właściwie to obchodzi?

Lepiej ograniczyć się do treściwych zestawień — treściwszych niż zwykle, bo o prawie wszystkich zeszłorocznych, pełnometrażowych seansach pisałem sumiennie w 1000-znakowych Filmorysach. Dziś więc mogę po prostu odciąć kupony i rozrzucić linki.

Notabene, owe tysiącznakowce były fajnym ćwiczeniem formy, jednak z czasem zbrzydło mi skrzętne zamienianie „ale” na „lecz” celem dodania bądź odjęcia litery. W tym roku Filmorysów będzie zatem mniej, albo nawet nie pojawią się w ogóle. Być może ich kosztem uda mi się więcej pisać o przeczytanych książkach. A może nie.

Ciekawostka: Na pięć poniższych list trafiło łącznie 39 tytułów. Prawie połowa z nich to nowości, tzn. filmy i seriale wyprodukowane w latach 2016-2017. A właściwie ponad połowa, ponieważ należałoby odliczyć powtórki (czyli obejrzane ponownie klasyki), które z definicji świeżością się nie odznaczają. Najwyraźniej coś się u mnie zmieniło, ponieważ kiedyś oglądałem głównie starocie.

Czytaj dalej Obejrzane w 2017 r.

Reklamy

Filmorys (26)

the_shawshank_redemption-kadr

W minionym roku uprawiałem gatunek mikrorecenzji filmowej (zawsze dokładnie tysiąc znaków!) intensywnie. Przedstawiłem w ten sposób 60 tytułów. Pora na przerwę. Następny Filmorys nastanie nieprędko.

 

Skazani na Shawshank
(The Shawshank Redemption; 1994)

Stephen King nie ma szczęścia do ekranizacji. Jednak może się pochwalić, iż na podstawie właśnie jego minipowieści nakręcono film wszech czasów. „Skazani na Shawshank” są zasłużonym numerem jeden na liście IMDB, choć w roku swojej premiery przegrali walkę o widza i o Oskary z „Pulp Fiction” i „Forrestem Gumpem”.

O wybitności więziennej epopei – wydarzenia rozgrywają się wszak na przestrzeni 20 lat – przesądziło mistrzowskie manewrowanie pośród gatunków. „Skazani…” rozpoczynają się jak dramat sądowy, potem płynnie przechodzą w sensację o brutalnym życiu za kratami. Środkowa część filmu to dobrze rozpisana obyczajówka z frapującymi postaciami. Akt trzeci skręca w kierunku thrillera, a zakończenie proponuje nam jeden z najsłynniejszych happy-endów w historii kina. Poza tym należy zaznaczyć, że reżyser i scenarzysta Frank Darabont wyminął wszystkie warsztatowe pułapki. Nie uświadczymy tu melodramy ani flashbacków, zaś kompozycja finałowej sceny stanowi dowód wielkiego wyczucia rzemiosła.

★★★★★

Czytaj dalej Filmorys (26)

Filmorys (25)

under_the_sun-kadr

Pod opieką wiecznego słońca
(Under the Sun; 2015)

under_the_sun-plakatW latach trzydziestych w ZSRR też panował zamordyzm, ale ludzie przynajmniej mieli kulturę. Ocenzurowaną, lecz mimo wszystko z humanistycznym ciężarem. W Korei Północnej nie ma nawet tego. Nieprzerwana indoktrynacja pochłania cały czas wolny obywateli.

Tak właśnie twierdzi Witalij Manski, rosyjski dokumentalista, który za zgodą północnokoreańskich władz pojechał z maleńką ekipą kręcić film o roku z życia małej Zin-mi. Wiedział, że przydzielą mu „opiekunów”, wiedział, że Wielki Brat pilnować będzie każdego kadru, ale nie sądził, że reżim zaplanuje jego rękami nakręcić ordynarną propagandówkę. Zdenerwował się i postanowił przechytrzyć partię. Filmował z ukrycia kulisy oficjalnych, zaaranżowanych scen, a potem jego asystentka podmieniała w toalecie karty pamięci.

Na ekranie widzimy więc głównie koszmarnie nudną propagandę – lekcje, wiece, akademie – spod której przeziera groteskowa rzeczywistość 25 milionów ludzi-marionetek. Mocna rzecz, choć mimo wszystko przydałyby się skróty montażowe.

★★★☆☆

Czytaj dalej Filmorys (25)

Hitler w dużym pokoju

Nordic_Resistance_Movement_flag

Obejrzałem polecony mi przez kol. ob. Arka półtoragodzinny dokument pt. Wojownicy rasy (tytuł oryginalny: Rasekrigerne) wyprodukowany przez norweską telewizję publiczną NRK. Rzecz świeżutka jak Adolf w 1933 r. Swą premierę telewizyjną miała raptem tydzień temu.

Enerkowscy reporterzy przez dwa lata obserwowali z bliska członków Nordyckiego Ruchu Oporu (NMB, od Den nordiske motstandsbevegelsen), neonazistowskiej organizacji założonej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Rozmawiali z jej szefami, towarzyszyli łysym szeregowcom na wiecach, demonstracjach, zjazdach i nożowych piknikach.

Skandynawskie służby bezpieczeństwa uważają NMB za najniebezpieczniejsze skrajnoprawicowe ugrupowanie w regionie. Dwa lata temu szwedzkie skrzydło utworzyło partię. Następne wybory parlamentarne odbędą się za rok; zobaczymy, jak powiedzie się brodatym, wytatuowanym chłopakom w demokratycznej walce o władzę.

NRK pragnęło przedstawić „Nordyków” w neutralnym, obiektywnym świetle. Dokumentaliści na ich prośbę nie stosują określeń „naziści” ani „neonaziści”, które NMB uważa za polityczne obelgi ustawiające apriorycznie optykę dyskusji. W Wojownikach rasy członkowie ugrupowania są więc konsekwentnie nazywani „narodowymi socjalistami”, zgodnie z ideologią, z którą się utożsamiają.

simon_lindberg.PNG
Simon Lindberg

Zamiar neutralności zrealizowano w stu procentach. Reporterzy przeprowadzili wywiady m.in. z Simonem Lindbergiem i Håkonem Forwaldem, przywódcami odpowiednio szwedzkiej i norweskiej frakcji NMB. Pytania są proste, konkretne. „Kto jest twoim wzorem do naśladowania?”. „Jakie jest wasze zadanie?”. „Co sądzisz o Holokauście?”. „Czy rozmawiałbyś ze mną, gdybym był Żydem?”. Przepytywani nie owijają w bawełnę. „Politycznie rzecz biorąc: Hitler”. „Walka z homoseksualnym lobby”. „Systematyczna eksterminacja narodu żydowskiego w czasie Drugiej Wojny Światowej się nie wydarzyła”. „Nie, nie moglibyśmy rozmawiać, gdybyś był Żydem [śmiech]”. Tylko na jedno pytanie udzielają oględnej odpowiedzi. „Ilu was jest?”. „Nie powiem”. „Dlaczego?” „Liczy się jakość członków, nie ilość”.

Żadnych adnotacji czynić nie będę. Dokument w obiektywny sposób sportretował środowisko skandynawskich neonazistów. Wielka to sztuka. Nietaktem z mojej strony byłoby więc wyrażać własną opinię na temat NMB. Niech każdy wyrobi ją sobie sam. Wojowników rasy w ślad za Arkiem gorąco polecam, wersja z angielskimi napisami dostępna jest tutaj. Nie mam pojęcia, czy i kiedy pojawi się tłumaczenie polskie.

Poniżej komentuję cztery sprawy. Będzie mowa o kłamstwie Holokaustu, niezwykłych babciach, szwedzkiej policji i norweskiej telewizji. Vorwärts!

Czytaj dalej Hitler w dużym pokoju

Mózg Spocka

startrek-tos3-08

Skończyłem oglądać trzeci, ostatni sezon starego Star Treka. Moja pięcioletnia misja dobiegła końca. Będę żył długo i pomyślnie.

Zgrabne bon moty zgrabnymi bon motami, ale przyznajmy od razu, że analogia z pięcioletnią misją jest blagą na dwóch poziomach. Star Trek: The Original Series zacząłem oglądać wiosną 2015 r. Zabierałem się do niego przez wiele lat, ale kroplą, która przelała czarę nostalgii, była śmierć Leonarda „Spocka” Nimoya. W 2016 r. zrobiłem sobie przerwę. Serial dokończyłem niedawno. Enterprisem podróżowałem raptem trzydzieści miesięcy.

Jednakże misja nie dobiegła w gruncie rzeczy końca. Nie mam bynajmniej na myśli wszystkich kolejnych serii – The Next GenerationVoyagerDeep Space NineEnterprise – które przy moim tempie oglądania absorbowałyby mnie przez najbliższą dekadę. Pozostanę na razie w orbicie „starego” ST. Otóż zamierzam obejrzeć także serię animowanąoba seriale fanowskie i sześć filmów fabularnych, a potem przejść dwie przygodówki. Jak nerdzić to nerdzić!

Czytaj dalej Mózg Spocka

Filmorys (24)

dunkirk-kadr

Dunkierka
(Dunkirk; 2017)

Nie wierzyłem w „Dunkierkę”.

dunkirk-posterRaz, że Christopher Nolan od dłuższego czasu obniżał loty. Obawiałem się, że brytyjski reżyser, pomimo mocnych pomysłów i znakomitego warsztatu, nigdy nie osiągnie poziomu bezbłędnego „Prestiżu”. Dwa, że dunkierski epizod wydawał się dość słabym materiałem na opowieść z czasów Drugiej Wojny Światowej. Wojska alianckie stłoczone na francuskiej plaży nie były wszak pod naporem niemieckiej ofensywy. Ot, ewakuowały się po prostu przez Kanał.

Nolan pamięta o faktach, nie nagina historii do swoich potrzeb. Rozwija trzy w zasadzie proste wątki – żołnierz błąkający się po plaży; płynący na odsiecz angielski kuter rybacki; „dogfight” – lecz realizuje je z ogromnym kunsztem audiowizualnym i splata w nieliniowy, diachroniczny sposób. Niewidoczni Niemcy nadają lądowym strzelaninom horrowego posmaku, tykająca muzyka Zimmera odmierza czas, we wspaniałej finałowej scenie Spitfire urasta do rangi symbolu niezachwiannej wojennej odwagi.

Nolan znowu leci wysoko nad chmurami.

★★★★★

Czytaj dalej Filmorys (24)

Tedious Things

stranger_things2-2

…czyli dlaczego kontynuacja serialu Stranger Things, netfliksowego objawienia zeszłorocznych wakacji, jest do bani.

Głównie dlatego, że nie powinna była w ogóle powstać. Pierwszy sezon zafundował nam przecudną, sentymentalną wyprawę w lata 80. Sam fakt rozegrania fabuły w tamtej dekadzie był drugorzędny. Liczyło się to, że reżyserzy, zdjęciowcy, scenografowie, kompozytorzy i ludzie odpowiedzialni za kostiumy skrupulatnie zrekonstruowali retroatmosferę. Na kamery tudzież w post-produkcji nałożono odpowiednie filtry, na ulice Hawkins wyjechały samochody z epoki, wygrzebano skądś nostalgiczne rekwizyty, zadbano o odpowiednie fryzury i wąsy, w tle zabrzmiała wyśmienita syntetyzatorowa muzyka Michaela Steina i Kyle’a Dixona składająca hołd elektrycznym snom Tangerine Dream, Vangelisa, Johna Carpentera, Jeana-Michele Jarre’a.

stranger_things2Na wysokości zadania stanęli także scenarzyści, którzy ułożyli historię wtórną do bólu, ale właśnie dzięki swej wyrachowanej odtwórczości będącą strzałem w dziesiątkę: grupka dzieciaków z małego amerykańskiego miasteczka natrafia na coś Paranormalnego i Groźnego. Antagonistami są żołnierze i przedstawiciele rządu, protagonistów wspiera starsze rodzeństwo, (niektórzy) rodzice i miejscowy szeryf. Materiał jak znalazł na dziesięcioodcinkowy serial. Podróż w popkulturową przeszłość udała się bez pudła, czego nie można powiedzieć o mającym podobne ambicje, o pięć lat wcześniejszym Super 8.

Po co kręcić ciąg dalszy? Wiadomo, dla pieniędzy, ale skoro już, trzeba było zdecydować się na format antologii w rodzaju American Horror Story. Drugi sezon mógł przecież opowiadać zupełnie nową historię w tym samym stylu. Może teraz coś o UFO? Albo o demonie żyjącym w kanałach i żerującym na lękach małoletnich? Rzekomo bracia Duffer chcieli nakręcić remake Tego Stephena Kinga, ale producenci wybrali Andy’ego Muschiettiego. Gdyby druga część ich serialu stanęła chytrze w szranki z nową ekranizacją i ją przerosła – co nie byłoby trudne – nikomu nie chciałoby się nawet zarzucać duetowi mściwego półplagiatu.

Umieszczenie akcji w latach 80. stanowiłoby oczywiście warunek sine qua non, chociaż geografia mogłaby z pożytkiem dla serialu ulec zmianie. Zamiast szykującego się do nadejścia zimy miasteczka w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych – na przykład głęboka prowincja amerykańskiego Południa. Albo któraś z metropolii na Wschodnim Wybrzeżu. Albo słoneczna Kalifornia. Albo mroczne lasy Oregonu. Mulder i Scully jeździli sobie w różne miejsca, to i Duffertowi bohaterowie też by mogli. Aktorzy zaś nie musieliby się wcale zmieniać. Wystarczyłoby, że wcieliliby się w nowe role. Winona Ryder jako wścibska dziennikarka? David Harbour jako psychopatyczny zabójca? Finn Wolfhard jako wredny łobuz? Ależ proszę.

Niestety, bracia Duffer poszli po linii najmniejszego oporu i po prostu odgrzali kotleta. Tym razem odtwórczość zadziałała na szkodę Stranger Things. Akcja rozkręca się wolniej. Obejrzawszy dwa pierwsze epizody chciałem rzucić ST2 w cyfrowy kąt (w tym roku posiadłem wreszcie szalenie przydatną umiejętność szybkiego rezygnowania z dalszego oglądania serialu, jeśli początkowe odcinki nie spełniają pokładanych w nim oczekiwań), lecz zgodnie z zasadą „do trzech razy sztuka” dałem mu jeszcze jedną szansę. W trzecim odcinku coś wreszcie ruszyło. Środkowa część drugiego sezonu jest niezła, przyznaję, ale pod koniec ST2 znów siada, dusząc się pod ciężarem zbędnych wątków.

Teraz konkrety i spojlery.

Czytaj dalej Tedious Things

Filmorys (23)

it-kadr

To
(It; 2017)

Niestraszny horror i wykastrowana ekranizacja przecenionej powieści Stephena Kinga.

Pierwowzór był zbyt długi, rozwlekły, fabuła wielokrotnie rozsypywała się niczym rozbite lustro na fragmenty będące ni to rozdziałami zwartej narracji, ni to opowiadaniami o upiornym klaunie prześladującym dzieci – ale oryginał manewrował przynajmniej na dwóch planach czasowych i czerpał w kluczowych momentach energię ze swej asynchronicznej kompozycji. Śledziliśmy losy dzieciaków stawiających czoło krwiożerczemu, odwiecznemu Złu, a jednocześnie poznawaliśmy je jako osoby dorosłe. Warstwa psychologiczna pogłębiała się wręcz samodzielnie.

W Hollywood komuś jednak poplątały się baloniki w mózgu. Ja rozumiem, że trudno zamknąć ponad tysiąc stron prozy w dwuipółgodzinnym filmie, lecz rozwiązaniem naprawdę nie jest delegowanie „dorosłej” części do sequela. Co gorsza, reżyser pokazuje strachy bez niedomówień, raz za razem zachłystując się możliwościami komputerowych efektów specjalnych. Nie tędy łódka płynie.

★★★☆☆

it-kadr2

Czytaj dalej Filmorys (23)

Filmorys (22)

gone_girl

Zaginiona dziewczyna
(Gone Girl; 2014)

Perfect doradzał, by ze sceny schodzić niepokonanym. David Fincher powinien więc był przejść na reżyserską emeryturę mniej więcej w roku premiery tamtej piosenki, ponieważ dwa lata wcześniej nakręcił dzieło wybitne, „nec plus ultra” kryminalnego thrillera, którego nigdy już przebić nie zdołał.

gone_girl-posterZ kolei ja nie zdołam podsumować „Zaginionej dziewczyny” celniej niż Sebastian Chosiński: „to chyba najbardziej hitchcockowski film w dorobku Finchera”. Zaiste, jakaż szkoda, że „Gone Girl” nie stanowi remake’u. Z wielką przyjemnością obejrzałbym nieistniejącą wersję z lat 60., gdzie bohaterami matrymonialno-kryminalnego tańca byliby aktorzy pokroju Jamesa Stewarta i Grace Kelly, i gdzie wolniejsze tempo przeniosłoby nieco ciężaru narracyjnego z sensacyjnej akcji na psychologię postaci.

Nie oznacza to bynajmniej, że u Finchera aktorzy kiepsko grają, że za dużo się dzieje, że psychologia szwankuje. Wprost przeciwnie: „Zaginiona dziewczyna” jest według mnie jego drugim najlepszym filmem w karierze.

★★★★☆

Czytaj dalej Filmorys (22)

Czas amoku

mirror_mirror

Półtora roku temu wypowiedziałem się w ciepłych słowach o najwcześniejszym ze Star Treków, czyli o pierwszym sezonie pierwotnego serialu telewizyjnego z drugiej połowy lat sześćdziesiątych. W przeciągu kilku ostatnich miesięcy skończyłem oglądać drugą część. Wrażeniami dzieliłem się na gorąco ze Spock… to znaczy z Sejim. Impresje po skompilowaniu stały się silnie subiektywnym, zwięzłym przewodnikiem po odcinkach, który wrzucam teraz na blog w celach archiwalnych. Przypuszczam, że nie zainteresuje nikogo, kto sam tamtych epizodów nie oglądał – chociaż z drugiej strony może kogoś kiedyś moje spostrzeżenia skuszą do samodzielnego zapoznania się z tym klasycznym serialem SF. Bo chyba warto.

Tytuły odcinków, które podobały mi się najbardziej, zaznaczam na zielono.

Czytaj dalej Czas amoku