Filmorys (22)

gone_girl

Zaginiona dziewczyna
(Gone Girl; 2014)

Perfect doradzał, by ze sceny schodzić niepokonanym. David Fincher powinien więc był przejść na reżyserską emeryturę mniej więcej w roku premiery tamtej piosenki, ponieważ dwa lata wcześniej nakręcił dzieło wybitne, „nec plus ultra” kryminalnego thrillera, którego nigdy już przebić nie zdołał.

gone_girl-posterZ kolei ja nie zdołam podsumować „Zaginionej dziewczyny” celniej niż Sebastian Chosiński: „to chyba najbardziej hitchcockowski film w dorobku Finchera”. Zaiste, jakaż szkoda, że „Gone Girl” nie stanowi remake’u. Z wielką przyjemnością obejrzałbym nieistniejącą wersję z lat 60., gdzie bohaterami matrymonialno-kryminalnego tańca byliby aktorzy pokroju Jamesa Stewarta i Grace Kelly, i gdzie wolniejsze tempo przeniosłoby nieco ciężaru narracyjnego z sensacyjnej akcji na psychologię postaci.

Nie oznacza to bynajmniej, że u Finchera aktorzy kiepsko grają, że za dużo się dzieje, że psychologia szwankuje. Wprost przeciwnie: „Zaginiona dziewczyna” jest według mnie jego drugim najlepszym filmem w karierze.

★★★★☆

Czytaj dalej Filmorys (22)

Reklamy

Czas amoku

mirror_mirror

Półtora roku temu wypowiedziałem się w ciepłych słowach o najwcześniejszym ze Star Treków, czyli o pierwszym sezonie pierwotnego serialu telewizyjnego z drugiej połowy lat sześćdziesiątych. W przeciągu kilku ostatnich miesięcy skończyłem oglądać drugą część. Wrażeniami dzieliłem się na gorąco ze Spock… to znaczy z Sejim. Impresje po skompilowaniu stały się silnie subiektywnym, zwięzłym przewodnikiem po odcinkach, który wrzucam teraz na blog w celach archiwalnych. Przypuszczam, że nie zainteresuje nikogo, kto sam tamtych epizodów nie oglądał – chociaż z drugiej strony może kogoś kiedyś moje spostrzeżenia skuszą do samodzielnego zapoznania się z tym klasycznym serialem SF. Bo chyba warto.

Tytuły odcinków, które podobały mi się najbardziej, zaznaczam na zielono.

Czytaj dalej Czas amoku

Filmorys (21)

black_pearl

W dzisiejszym Filmorysie aż trzy filmy otrzymały najwyższą możliwą ocenę. Haczyk? Dwa z nich już kiedyś widziałem. Nie ma to jak w pełni satysfakcjonująca powtórka! Mam zresztą taki cichy zamiar: Po skończeniu pięćdziesiątego, ewentualnie sześćdziesiątego roku życia, będę z premedytacją oglądać (prawie) wyłącznie filmy mi znane, „sprzed lat”, takie, o których będę wiedział, że są znakomite. Sentyment połączy się na zawsze z jakością.

Oczywiście, różnie to bywa. Gusta się zmieniają. Niekiedy powtórne seanse rozczarowują. Od takiego przypadku dzisiaj zaczniemy. Zaś na samym końcu znajdziecie omówienie wyjątkowego gniota.

Czytaj dalej Filmorys (21)

Filmorys (20)

the_king_of_comedy2

Lion: Droga do domu (Lion; 2016)

lion„Lwa” nominowano zasłużenie do Oskara za najlepszy film. Równie zasłużenie nagrody nie otrzymał. W gruncie rzeczy jest to bowiem wyciskacz łez, a produkcjom eksploatującym rzewne fakty po prostu nie przystoi zgarniać najważniejszych laurów. Wartościującego czasownika „eksploatować” użyłem z rozmysłem; paliwo „Liona” stanowi sentymentalizm, dowodem którego są wszystkie te kobiety chlipiące dookoła mnie na sali kinowej.

Na szczęście nie jest to sentymentalizm tani, film zrealizowano ze znawstwem rzemiosła. Najlepiej pod tym względem wypada długi pierwszy akt, w którym obserwujemy, jak mały Saroo (fenomenalna rola siedmioletniego Sunny’ego Pawara) gubi się na drugim końcu Indii. Właściwie cały film mógłby opowiadać o jego powrotnej wędrówce przez subkontynent, jednak prawdziwa historia potoczyła się przecież inaczej.

Dalsza część „Lwa” wypada troszkę gorzej. Za dużo tam rozterek, za mało konsekwentnego grania psychologią. Wzruszający finał zilustrowany piosenką Sii wynagradza niedostatki.

★★★★☆

Czytaj dalej Filmorys (20)

Quatermain, Allan Quatermain

loeg-connery

Leibniz głosił, że żyjemy w najlepszym możliwym świecie. Absolutnie nie może to być prawdą. Nasz świat przynajmniej pod jednym względem nie jest zoptymalizowany. Otóż w rzeczywistości alternatywnej – nazwijmy ją Szwatem Wan – ostatni etap kariery Seana Connery’ego potoczył się inaczej.

W Szwiecie Wan pierwszy odtwórca roli Jamesa Bonda wystąpił zamiast Iana McKellena jako Gandalf w Jacksonowskiej trylogii Władcy Pierścieni, zaś w roku 2003 wcielił się w drugoplanową rolę Architekta w sequelu Matriksa. Publiczność pożegnał jako emerytowany pisarz William Forrester w pięknym, choć niepozornym filmie pt. Szukając siebie, ostatnim przed swoją aktorską emeryturą. Dziesięć lat później wstał z bujanego fotela i sprawił swym fanom morową niespodziankę: w finale Skyfall pojawił się na chwilę obok „nowego” 007 jako siwy Kincade, opiekun rodzinnej posiadłości Bondów w mglistej Szkocji.

Powyższych fantazmatów castingowych nie wysysam bynajmniej z palca. Connery’emu faktycznie oferowano role Gandalfa i Architekta. Odmówił, bo „nie czytał Tolkiena” i „nie rozumiał scenariusza”. Zagrał w Szukając siebie – faktycznie świetnym dramacie – który swoją premierę miał już w 2000 r. W Skyfall się nie pojawił, gdyż koniec końców reżyser mu roli nie zaproponował (pewnie i tak by odmówił). W naszym świecie ostatnim filmem z udziałem Connery’ego była Liga Niezwykłych Dżentelmenów z 2003 r. Sean z pewnością i tego scenariusza nie zrozumiał, ale bał się popełnić dwukrotnie ten sam błąd. Pomylił się niestety znowu. Karierę winien był zakończyć na Forresterze.

loeg-posterLND jest filmem kiepskim. Nie widać tego od razu, ponieważ jak na adaptację graficznej powieści Alana Moore’a przystało, odznacza się pewną erudycją. Oto superbohaterowie literatury fantastycznej i przygodowej XIX wieku – emerytowany łowca Allan Quatermain (Kopalnie króla Solomona), kapitan Nemo (tak!), Mina Harker (niedoszła narzeczona Draculi), niewidzialny człowiek, Dorian Gray (ten od portretu), agent specjalny Tom Sawyer (tak!!) oraz Dr. Jekyll / Pan Hyde (tak!!!) – łączą siły pod auspicjami tajemniczego pracownika brytyjskiego wywiadu przedstawiającego się jako M. (tak!!!!), aby powstrzymać złowrogiego, zamaskowanego badguya pragnącego doprowadzić do wybuchu Wielkiej Wojny w Europie.

Miłośnicy prozy Haggarda, Verne’a, Stokera, Wellsa, Wilde’a, Twaina i Stevensona powinni w tym momencie zatrzeć ręce, a pasjonaci fantastycznej historii alternatywnej – oblizać się z mlaśnięciem. Sceptycy zwrócą z kolei uwagę, że tych postaci jest troszkę za dużo; koncepcja brzmi too wygrzew to be true. Rację będą mieli oczywiście ci ostatni. Nie wiem, czy późniejsi o dziesięć lat marvelowscy Avengersi są filmem fajniejszym (nie widziałem), lecz LND jest z pewnością filmem ułomnym.

loeg-team

Pierwsze pół godziny ogląda się całkiem nieźle. Katastrofa przychodzi wraz z drugim aktem. Montażysta kaleczy istotny wątek, literacka zabawa zamienia się w łubudu. Widać jak na dłoni, gdzie kończy się geniusz Moore’a, a zaczyna „innowacyjność” reżysera i scenarzysty. LND nie potrafi uratować ani charyzma Connery’ego (jedynego porządnego aktora w obsadzie), ani zwrot akcji związany z tożsamością Złego, ani tym bardziej fajne efekty specjalne przedstawiające Hulka… przepraszam, Pana Hyde’a (pozostałe efekty mają ciekawy steampunkowy sznyt, ale są plastikowe).

Doprawdy, Wielki Szkot powinien inaczej pożegnać się z kinem. Z tym pożegnaniem, rozumianym jako końcowe sceny filmu, wiąże się zresztą zawód gigantyczny jak „Nautilus”. Toć to chyba jedno z największych rozczarowań metafilmowych wszech czasów! Będę musiał zaspojlerować:

Czytaj dalej Quatermain, Allan Quatermain

Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 2

virunga 2

5. Virunga
(2014)

Dawne dziecko-żołnierz, szlachetny belgijski arystokrata, francuska dziennikarka śledcza i prostoduszny opiekun zwierząt łączą siły, by obronić kongijski park narodowy Virunga, ostatnie siedlisko goryli górskich, przed partyzantami, kłusownikami oraz spragnionymi nafty korporacjami. Brzmi jak fabuła nowej powieści Johna Le Carré, ale to tylko — a właściwie aż — głośny film dokumentalny Netfliksu sprzed kilku lat. Pozycja tyleż gorzka, co obowiązkowa.

virunga

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 2

Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 1

rope 2

10. Sznur
(Rope; 1948)

Hitchcockowy kanon. Dwóch snobistycznych dupków morduje kolegę, ukrywa zwłoki w skrzyni, przykrywa ją obrusem i urządza kolację, na którą przychodzą między innymi ojciec i narzeczona denata, zastanawiający się na głos, co też mogło tak opóźnić przybycie Davida…

Alfred Hitchcock nakręcił Sznur, swój pierwszy technikolorowy film, w dziesięciu długich ujęciach. Większość z nich została sprytnie sklejona, tak, że liczba cięć wydaje się mniejsza niż dziewięć. Efekt: Formalny majstersztyk z imponującą cykloramą w tle (Hitchcock zalicza kameo przebrany za czerwony neon!). Ale: W Sznurze jest dużo gadania i mało akcji. To w zasadzie teatr telewizji. Niektórych zniecierpliwi.

rope

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Najlepsze, cz. 1

Filmorys (19)

rain_man2

Under the Shadow (2016)

under_the_shadowNiektórzy kinomani powiadają, że „Under the Shadow” to jeden z najlepszych horrorów minionego roku. Oznaczałoby to, iż rok 2016 był dla gatunku rokiem łaskawym, może nawet dobrym, chociaż z pewnością nie wybitnym.

W UtS na pochwałę zasługuje przede wszystkim dobór scenerii. Horrorów rozgrywających się w ponurych, częściowo opustoszałych blokach widzieliśmy sporo (marzy mi się, notabene, żeby ktoś na rodzimym podwórku przeniósł na ekran „Kacpra Kłapacza” Łukasza Orbitowskiego!), ale umieszczenie budynku w Teheranie u schyłku wojny irańsko-irackiej gruntownie odświeżyło pospolity topos. O ile jednak reżyser wprawnie wykreował atmosferę zagrożenia związanego z nalotami rakietowymi – upiór stanowi tu tylko dopełnienie – o tyle scenariusz nie zdołał już spiąć horroru samotnej matki z horrorem irańskiego społeczeństwa. Straszniejsza od ducha jest policja obyczajowa, która w jednej scenie zatrzymuje na krótko Shideh za niemoralny ubiór. Dobrze przynajmniej, że zmora starannie owija się w koc.

★★★☆☆

Czytaj dalej Filmorys (19)

Obejrzane w 2016: Rozczarowania, cz. 2

arrival

5. Thank you for playing
(2015)

Bo za mało tu o grach komputerowych lat 90. Półtoragodzinny film poświęcony polskim czasopismom komputerowym legendarnej dekady pozornie nie może być poświęcony również i grom jako takim, ale bądź co bądź Secret Service i Gamblera czytało się przede wszystkim dla nich, w przeciwieństwie, na przykład, do Programu Trzeciego Polskiego Radia, który, odnoszę wrażenie, fani Manna i Niedźwieckiego słuchają przede wszystkim po to, żeby posłuchać Programu Trzeciego Polskiego Radia, ale może się czepiam i jestem złośliwy, bo wciąż nie mogę Trójce wybaczyć promocji Bukartyka.

Wracając do tematu: Dokument Thank you for playing sporo by zyskał, gdyby od niechcenia wspomniano w nim o kilku konkretnych pecetowych tytułach, które ukształtowały elektroniczną rozrywkę. Na przykład o Doomie, Warcrafcie, Half-Lifie, UFO, Cywilizacji, Carmageddonie, jakiejś przygodówce. Tym sposobem przełamano by też formułę gadających głów. Pod koniec robią się monotonne, chociaż z drugiej strony przefajnie jest posłuchać Pegaz Assa, Gulasha, Dra Destroyera oraz Mr Roota i przypomnieć sobie, jak budowało się społeczność fanów w przedinternetowej epoce przy pomocy gęsto zadrukowanego, szeroko kolportowanego papieru.

TYFP porusza także fascynujące zagadnienie z pogranicza etyki dziennikarskiej. Potęga polskich czasopism komputerowych tamtej ery zbudowana została poniekąd na złodziejstwie. Przepraszam za mocne słowo, ale nazwijmy rzecz po imieniu, nawet jeśli za chwilę spróbujemy ją usprawiedliwić:

Otóż w latach 90. praktycznie wszyscy piracili. Redaktorzy może i korzystali z oryginałów, lecz wiedzieli doskonale, że odbiorcami ich magazynów są (młodzi) ludzie, którzy najpierw z wypiekami na twarzy czytają recenzje nowego Battle Isle, a potem bez skrępowania wędrują na giełdę. Tak, wiem, trudno mówić tu o nagannym oportunizmie, choćby dlatego, że prawo polskie przez wiele lat zezwalało na piracki proceder. Poza tym inaczej się nie dało, ceny oryginalnych gier wołały wówczas o pomstę do nieba. Niemniej, sytuacja nie była w stu procentach czysta.

Za to TYFP jest w stu procentach nostalgiczny. Ale, kurczę, tego Dooma i Warcrafta mogli przez minutę powspominać!

Niezwykle znamienna jest scena, w której Pegaz, niegdyś naczelny Secret Service, rysuje kamieniem na piachu miejsce, w którym stała redakcja magazynu. Dlaczego na piachu? Bo dziś jest tam tylko plac budowy. Mało kto pamięta, że w latach 90, pracowali tam idole młodego pokolenia. Mnie ta scena bardzo poruszyła uświadamiając po raz kolejny, że magia lat 90. już nigdy nie wróci. Ale może to i lepiej. Niech to wszystko pozostanie w naszych wspomnieniach.

Roger Żochowski (PPE, 30/9/2015)

(Kliknijcie na link i zerknijcie do recenzji Żochowskiego dla pewnego cudnego zdjęcia.)

thank you for playing

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Rozczarowania, cz. 2

Obejrzane w 2016: Rozczarowania, cz. 1

\perverts guide to ideology 2

10. Perwersyjny przewodnik po ideologiach
(The Pervert’s Guide to Ideology; 2012)

Bo Slavoj Žižek się powtarza. Co prawda nie podzielam opinii osób uważających słowackiego filozofa za intelektualnego hochsztaplera. Wprost przeciwnie: jego spostrzeżenia bywają frapujące, tyle że trzeba je najpierw rozpakować. Perwersyjny przewodnik po ideologiach uznałbym za inspirującą filozoficzną pogadankę, gdybym nie obejrzał wcześniejszej Z-Boczonej historii kina. Dwie i pół godziny Žižka analizującego filmy teorią psychoanalizy było w sam raz. Dodatkowe dwie i pół godziny, w których Słowak analizuje teorię psychoanalizy przy pomocy filmów, wywołuje uczucie przesytu. Moje ego powiedziało „Starczy!”, a id poszło na spacer z wyobrażonym psem.

perverts guide to ideology

Czytaj dalej Obejrzane w 2016: Rozczarowania, cz. 1