Updates from Marzec, 2019 Toggle Comment Threads | Skróty klawiaturowe

  • Borys 06:00 on 16/03/2019 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: ,   

    Obejrzane w 2018 r.: Najlepsze, cz. 3 

    …trzecia i ostatnia.

    American Vandal (pierwszy sezon; 2017)

    Ktoś zakradł się na licealny parking i namalował olbrzymie penisy na dwudziestu siedmiu samochodach należących do dostojnych pedagogów. Poparte zeznaniem świadka podejrzenie skrupia się na szkolnym dowcipnisiu Dylanie Maxwellu. CIAŁO bezpardonowo i bezwłocznie usuwa łobuza ze szkoły. Dwaj młodsi uczniowie nie wierzą jednak w jego winę. Postanawiają nakręcić reportaż, który oczyści Dylana z zarzutów i zdemaskuje prawdziwego sprawcę.

    Błyskotliwa krzyżówka kpidokumentu (mockumentary), parodii true crime, serialu obyczajowego o licealnych perypetiach oraz satyrycznej odpowiedzi na Netfliksowego Making a Murderer. Drugiego sezonu należy się natomiast wystrzegać; twórcy zachłysnęli się po sztubacku koncepcją i wyszła im kupa.

    american_vandal

     

    Better Call Saul (czwarty sezon; 2018)

    Prequel Breaking Bad czwarty rok z rzędu udowadnia, że wolniej znaczy lepiej. Śmiała redukcja tempa fabularnego nie musi bynajmniej oznaczać nudy – pod warunkiem, że reżyser i zdjęciowiec wychuchają formalną stronę, a scenarzyści napną psychologiczne struny między postaciami i będą konsekwentnie wygrywać na nich tragikomiczne nuty. Pierwszy sezon Better Call Saul oglądałem bez przekonania. Wciągnął mnie dopiero drugi, entuzjazm widza pojawił się przy trzecim. Sezonem czwartym zaś BCB przeskoczył poprzeczkę zawieszoną przez Breaking Bad (sic!), chociaż pamiętać musimy, że seriale, mimo pozornego podobieństwa, poruszają się w innych rejestrach. Gdy historia Saula Goodmana dobiegnie końca, z niecierpliwością wyczekiwać będę kolejnego projektu Vince’a Gilligana.

    better call saul s4

     

    The Computer Programme (1982)

    W świecie komputerów – hardware’u i software’u – wiele zmienia się w przeciągu sześciu lat. W przeciągu dwudziestu sześciu lat zmienia się wszystko, i to kilka razy. Jeżeli więc program telewizyjny o komputerach z początku lat osiemdziesiątych oglądamy z niekłamanym zaciekawieniem pod koniec drugiej dekady XXI wieku, należy sprawdzić natychmiast, kto zdołał nakręcić wówczas taką perełkę. No tak, BBC. Te trzy na wskroś brytyjskie litery są wszak od dawna gwarantem jakości.

    Program komputerowy (cóż za bezbłędna nazwa!) polecam serdecznie wszystkim osobom używającym na co dzień komputera. Czyli wszystkim. Kto nie zakocha się w samej czołówce podpartej hipnotyzującym kawałkiem Kraftwerku, ten powinien GOTO 10 i się zawiesić.

    the_computer_programme

     

    Dispatches: Africa’s Witch Children (2008, 2009)

    Joseph Conrad pisał o „jądrze ciemności”, Jacek Dukaj straszył afrykańską skoliozą. Zbyt gorliwi czytelnicy mogliby oskarżyć obu panów o literacki rasizm (tego pierwszego: anachronicznie). Nagle okazuje się, że w niektórych zakątkach Czarnego Kontynentu dochodzi do rzeczy, które przerastają wyobraźnię najpłodniejszych pisarzy. Z wielkim trudem, naginając do granic wytrzymałości empatię, potrafię zrozumieć (czy raczej „zrozumieć”) sytuację, w której z perwersyjnych przyczyn o charakterze religijno-kulturowym rodzice zabijają jedno ze swoich dzieci (no bo demografia, Rdz 22, itd.). Jednakże sytuacja, w której dziecko, oskarżone o praktykowanie czarnej magii, zostaje brutalnie okaleczone i pozostawione na śmierć, wykracza daleko poza progi mojej wyobraźni. Brytyjski cykl reporterski Dispatches wyemitował w 2008 i 2009 r. dwa dokumenty poświęcone tym brakuje-mi-przymiotnika praktykom. Obowiązkowo.

    dispatches_witch_children

     

    Dzienniki motocyklowe (2004)

    Rzutem na taśmę, w ostatnich dniach 2018 r., zetknąłem się z nadspodziewanie dobrym kinem drogi rodem z dalekiej Argentyny. Jego siła tkwi bez wątpienia w biograficznych faktach leżących u podstawy historii – i jej ciągiem dalszym, którego co prawda film już nie obejmuje, ale który wszyscy doskonale znamy. W 1951 r. młody, obiecujący, dwudziestotrzyletni student medycyny wyruszył wraz z przyjacielem w podróż przez całą Amerykę Południową. Wyjechali z Buenos Aires na wiernym nortonie, dotarli przez Chile do północnego Peru. Nasz bohater zobaczył na własne oczy jak wygląda skrajna bieda i jak wygląda wielka solidarność. Powrócił do domu dziewięć miesięcy później, odmieniony. Niedługo potem stał się najsłynniejszym rewolucjonistą XX wieku. Gdyby był postacią fikcyjną, Dzienniki motocyklowe nosiłyby pewnie tytuł Che Guevara Begins.

    dzienniki motocyklowe

     

    Roma (2018)

    Zazwyczaj nie lubię filmów „osobistych”, gdzie reżyserzy nicują wspomnienia bądź rozprawiają się z demonami. Zbyt często autentyzm wyklucza się wzajemnie ze zrozumiałością: powstaje albo (pseudo)narracyjny galimatias, którego aspiracje artystyczne przerastają talent twórcy, albo banał, którego treść zostawia mnie doskonale obojętnym na psychologiczne potyczki osobnika stojącego po drugiej stronie kamery. Ale gdy do świata swojego dzieciństwa zaprasza nas Alfonso Cuarón, arcymistrz kina hołdujący zasadzie „jak najrzadziej, jak najlepiej” – nie przystoi odmówić.

    Roma to urzekająca, czarno-biała, przepięknie nakręcona opowieść o stolicy Meksyku na początku lat siedemdziesiątych, którą, mam wrażenie, nie dzieli znowu tak wiele od latynoamerykańskiego realizmu magicznego. Jej bohaterką jest bardzo zwyczajna i bardzo wyjątkowa kobieta, gosposia zatrudniona w domu zamożnej i po tołstojowsku nieszczęśliwej rodziny. W niewiele ponad dwugodzinnym filmie znalazło się miejsce i na niełatwe relacje, i na osobistą tragedię, i na politykę, i na przyjaźń, i na kulturę, i na obyczaje, i na prawdopodobnie najbardziej przejmującą scenę porodu w historii kina. Roma to krótko mówiąc dzieło, po którym człowiek odzyskuje na pewien czas wiarę we współczesną kinematografię.

    roma

     

    Apokalipsa: Pierwsza Wojna Światowa (2014)

    Z okazji stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, chyba bardziej jako ostrzeżenie niż podsumowanie, francuska telewizja wyprodukowała znakomity serial dokumentalny o przyczynach, przebiegu i zakończeniu konfliktu z lat 1914-1918, określanego przez niektórych mianem europejskiej wojny domowej. Archiwalne, rachityczne nagrania z prymitywnych kamer zostały odrestauruowane i pokolorowane, dopisano do nich narrację godną pióra Normana Daviesa, a następnie zmontowano obraz i dźwięk w czteroipółgodzinną opowieść o apokaliptycznej, krwawej erupcji politycznej i ludzkiej głupoty, która nie tak dawno temu odmieniła oblicze naszego kontynentu.

    apokalipsa-1ws

     

    Ciekawe historie

    Na historyczne zakończenie polecam Waszej uwadze ten oto kanał YouTube’owy. Amator-hobbysta montuje dokumentalne filmiki o przywódcach ZSRR i PRL, których nie powstydziłaby się TVP Historia. Odkryłem przypadkiem, obejrzałem wszystko. Bawi i uczy.

    Reklamy
     
  • Borys 17:18 on 25/01/2019 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: ,   

    Obejrzane w 2018 r.: Najlepsze, cz. 2 

    the bad sleep well kadr

    Zły śpi spokojnie (reż. Akira Kurosawa; 1960)

    the bad sleep wellKurosawa zdobył światowe uznanie jako mistrz kina samurajskiego, lecz osobiście wolę chyba jego dokonania sensacyjne. Zły śpi spokojnie to tematyczny krewniak drugiego sezonu Detektywa. Tutaj również oglądamy, jak korupcja przeżera tkankę społeczną, a protagonista stawiający jej dzielnie czoła skazany jest na szekspirowską porażkę. Cóż, gdy sprytni biznesmeni i cwani politycy prowadzą konszachty z nieprzebierającymi w środkach bandytami, należy w ekspresowym tempie wynosić się z miasta.

    Zły śpi spokojnie stanowi środkową część tzw. „trylogii noir” Kurosawy. Jej bohater, Koichi Nishi (w tej roli oczywiście niezawodny Toshiro Mifune), pracuje jako sekretarz pana Iwabuchi, wiceprezesa dużej, państwowej firmy budowlanej. Poznajemy go w chwili awansu społecznego: Nishi żeni się właśnie z okulałą Yoshiko, córką Iwabuchiego. W trakcie wesela wychodzi na jaw, że firma Iwabuchiego zamieszana jest w aferę korupcyjną. Niedługo potem widz odkryje, że przeszłość Nishiego także skrywa pewną tajemnicę.

    Zły… to po części „agresywna opowieść o chciwości i morderstwie podszyta filozoficzną nutką”, a po części demonstracja kunsztu reżyserskiego Kurosawy będącego wówczas u szczytu formy. Na uwagę zasługuje już pierwsze, starannie skadrowane ujęcie, w którym oczami zafrapowanych dziennikarzy obserwujemy początek uroczystości weselnych. Obiektyw lizać. I niech nikogo nie zmyli gwałtowne, pozornie toporne zakończenie. Wszak w rzeczywistości bad-endy też nie bywają poetyckie.

    (More …)

     
    • m. 17:59 on 26/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      Przyjęcie… to świetny film, i świetna rola Niemczyka. Socjalistyczny dyrektor z ludzką twarzą. Swoją drogą to ciekawe jakby dzisiejsza kadra menadżerska odnalazła się w minionej rzeczywistości.

  • Borys 20:45 on 11/01/2019 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: ,   

    Obejrzane w 2018 r.: Najlepsze, cz. 1 

    motorway

    Michael Jackson: Live in Bucharest (1992)

    Stadion Narodowy w Bukareszcie, 1 października 1992 r. Sto tysięcy par oczu wpatruje się w hipnozie w gotową na przyjęcie artysty scenę. Rozentuzjazmowany tłum napiera na barierki. W pierwszych rzędach mnóstwo młodych Rumunek.

    Wtem – strzelają fajerwerki, ON wyskakuje skądś na proscenium i nieruchomieje w półobrocie pokazując światu swój bajeczny profil. Ma złotą rękawicę i złoty ochraniacz na kroczu.

    michael_jackson-bucharest

    Histeria dosięga zenitu. „Michael! Michael!”, krzyczą błagalnie fani. ON – ani drgnie. Mógłby być posągiem nowoczesnego półboga wykutym z promocyjnego marmuru przez Quincy’ego Jonesa. Laski mdleją pod sceną. Służby porządkowe wynoszą w pocie czoła fanki, dla których koncert skończył się nim się zdążył zacząć. Rumuński stadion wibruje w przedmuzycznej ekstazie, chociaż ON stoi nadal zupełnie bez ruchu, a z głośników nie popłynęła na razie ani jedna nuta.

    Nagle – ON wykonuje gwałtowny gest ręką! Zmienia w pół sekundy ułożenie ciała. Kamienieje ponownie.

    (More …)

     
    • m. 21:34 on 12/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      Muszę dokładnie przeanalizować, bo nie widziałem niczego z tej listy. Ciekawe.

    • Cichy 19:37 on 13/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      Co do „Crocodile”, absolutnie nie mogę się zgodzić – ma to wprawdzie słaby punkt wyjścia, pierwsze morderstwo totalnie niewiarygodne fizycznie ani psychologicznie, ale potem rozwija się bardzo ładnie, choć przewidywalnie. Jak dla mnie jeden z lepszych odcinków.

      „Arkangel” – fakt, blade to i nijakie, nie wykorzystuje potencjału pomysłu w pełni.

      „USS Callister” – hmm, z jednej strony ogląda się dobrze, z drugiej strony absurdy walą po oczach: np. gdyby z DNA dało się odtwarzać ludzi razem ze wspomnieniami, to byłoby to ciężkim przestępstwem, a ludzie prędzej by chodzili w hermetycznych kombinezonach niż ryzykowali zostawienie śladu DNA gdziekolwiek. Albo zachowanie bohaterów – zdobyli dostęp do netu i zamiast po prostu wezwać policję lub/i wyjaśnić prawdziwym sobie co jest grane, bawią się w jakieś brawurowe podchody. Mogło być lepiej.

      „Hang the DJ” – w bohaterce zakochałem się od pierwszego wejrzenia, ale co ona widziała w tym facecie, pojęcia nie mam. Ani za piękny, ani intelektem nie grzeszy, ani charakteru za grosz, ona musi go ciągle prowadzić za rączkę – nie wiem, może chodziło o dowartościowanie części widzów, że nawet jak są totalnymi przegrywami, to i tak jest nadzieja, że poleci na nich jakaś ekstra laska.

      „Metal Head” – o tak, odcinek bardzo zacny, aczkolwiek z bateriami słonecznymi to twórcy grubo przesadzili z optymizmem – za cholerę by ten robot nie mógł jechać tylko na takim napędzie. No i z pluskwami też trochę przekombinowany pomysł – nie lepiej by było dać do tych pocisków truciznę albo środek nasenny, żeby od razu unieszkodliwić trafiony obiekt zamiast za nim ganiać?

      „Black Museum” – oj, było tam sporo nonsensu. Samochód ładowany baterią słoneczną wielkości może metra kwadratowego, w dwie godziny na full? Technologia pozwala na transfer ludzkiej osobowości do maszyny, ale tylko do lalki z dwoma „przyciskami” – i takie coś jest na dodatek legalne? Podobnie jak dręczenie wirtualnej osobowości prądem dla zabawy? I właściciel muzeum jeszcze pilnuje, żeby gościa nie zabić, jakby to był jakikolwiek problem zrobić backup? No bez jaj. Fabularnie odcinek daje radę, pierwsza historyjka bardzo fajna, ale późniejszy zalew nonsensów mocno mnie zniesmaczył.

    • Borys 20:51 on 13/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      @Cichy:

      „Crocodile” – mogę tylko powiedzieć (bez ironii): dobrze, że innym się podobało.

      „USS Callister” – tak, racja, ta genetyczna rekonstrukcja jest niewiarygodna – też o tym od razu pomyślałem – chociaż stanowi dziurę łatwą do załatania. Wystarczyłoby, żeby kopie tworzone były na podstawie DNA („nature”) oraz profilu internetowego danej osoby zawierającego przegląd jej zachowań i zainteresowań („nurture”). Tak zresztą wyglądało to w odcinku „Be Right Back”. A policji chyba nie chcieli wzywać, bo nikt by im nie uwierzył. Uznali, że „podchody” są ich najlepszą szansą.

      „Hang the DJ” – tak, urocza dziewczyna. A co „widziała” w facecie – cóż, serce nie sługa, a poza tym zakończenie rzuca inne światło na charakter ich związku. (Co oczywiście nie rozwiązuje niczego do końca, bo spotkali się tak czy owak).

      „Metal Head” – masz rację, nie pomyślałem ani o bateriach słonecznych, ani o „pluskwie”. Za to zafascynował mnie fortel, który bohaterka wykorzystała, żeby zejść z tego drzewa. Tak właśnie trzeba walczyć z algorytmami.

      „Black Museum” – też masz w sumie rację, chociaż w tym momencie z lekkim zniecierpliwieniem stwierdzę, że zbyt analitycznie do tych odcinków podchodzisz. :)

      Widziałeś już „Bandersnatcha”? Ze względu na formę oglądało mi się to bardzo dobrze i nieźle ten odcinek wspominam, chociaż jako BM wypada tylko na trójkę z plusem.

    • Cichy 18:19 on 14/01/2019 Bezpośredni odnośnik

      > A policji chyba nie chcieli wzywać, bo nikt by im nie uwierzył.

      Czemu? Technologia istniała od lat, więc gość raczej nie był pierwszym, który jej użył w tego typu sposób. A gdyby nawet, to zawsze można by dodać, że trzyma na tym kompie pornografię dziecięcą i sprawdziliby na pewno.

      > Za to zafascynował mnie fortel, który bohaterka wykorzystała, żeby zejść z tego drzewa. Tak właśnie trzeba walczyć z algorytmami.

      Też się przy tym szeroko uśmiechnąłem, ale zaraz potem bohaterka zawaliła sprawę – skoro robot był chwilowo bezbronny, to wystarczyłoby go przykryć kurtką czy czymś, żeby nie mógł się naładować i miałaby go z głowy na dobre…

      > w tym momencie z lekkim zniecierpliwieniem stwierdzę, że zbyt analitycznie do tych odcinków podchodzisz. :)

      Każdy ma jakieś zboczenia;-).

      „Bandersnatcha” jeszcze nie widziałem, zamierzam oczywiście, ale recenzje jakoś mnie nie zachęcają do pośpiechu.

  • Borys 11:02 on 25/03/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , ,   

    Kompania braci bliźniaków 

    kompania_braci.jpg

    Obejrzałem nareszcie Kompanię braci i przesadzając tylko trochę powiem, że wynudziłem się jak mops majora. Dziesięć godzin strzelania do Niemców z Garandów i CKM-ów w różnych sceneriach: nadbrzeżnej, wiejskiej, zimowoleśnej, nadrzecznej. Realizm ukazywanych akcji skutkował zwykle ekranowym chaosem w nużącej odmianie (chaos bywa czasami rozgorączkowany i fajny – ale nie tutaj). Z pewnością istnieją filmy, które zasługują na pogłębienie tła i rozwinięcie pewnych wątków w porządnym miniserialu, ale Szeregowiec Ryan – bezbłędny, skupiony, samowystarczalny – najwyraźniej do nich nie należał.

    Wiem, że za powyższą opinię zostanę niezwłocznie postawiony przed sądem wojskowym i w trybie pilnym rozstrzelany. Kompania braci posiada wszak pułk fanów; jest serialowym odpowiednikiem Skazanych na Shawshank, to znaczy najwyżej ocenioną telewizyjną produkcją w serwisie IMDB. Niewykluczone, że w 2001 r. wywarła na widzach, którzy dopiero co wydostali się z oblężonych przez generała Spielberga i pułkownika Hanksa kin, ogromne wrażenie, gdyż podówczas serialowy krajobraz prezentował się zgoła biedniej niż obecnie. HBO dopiero uruchomiało małoekranowy Plan Marshalla. Ujmę więc swój osąd dyplomatycznie: Kompania braci zestarzała się nie najlepiej.

    Mój zasadniczy kłopot z jej odbiorem jest wręcz komiczny. Nie odróżniałem bohaterów! Wszystkie twarzy zlewały mi się w jedną k…, ekhem, kompanię. I nie mnie jednemu: w internecie nietrudno wyczytać podobne skargi. Napisano nawet, że powtórne obejrzenie niewiele pomaga; fizjonomiczna szpica nie daje po prostu rady zrealizować w stu procentach powierzonego jej zadania.

    Apologeci Kompanii braci stwierdzą, że o to właśnie chodzi. To miał być portret zbiorowy bohaterskiej Kompanii E 506. Spadochronowego Pułku Piechoty słynnej 101. Dywizji Powietrznodesantowej. Liczni, przemieszani ze sobą bohaterowie stanowią taktyczny środek prowadzący do słusznego celu. Gdyby wygładzić narrację, dostalibyśmy kolejną hollywoodzką bajeczkę o kilku żołnierzach-herosach, którzy w pojedynkę – no, może przy wsparciu artylerii – wygrywają wojnę ze Złymi Niemcami.

    „Nuts!”, odkrzykuję za generałem McAuliffem. Realizm i zwarta narracja są do pogodzenia. Artyzm najwybitniejszych portretów zbiorowych polega przecież na tym, że wszystkie postacie można łatwo odróżnić. W Kompanii braci dużo do życzenia pozostawiają tzw. character arcs oraz scenariusze poszczególnych odcinków, którym najczęściej brakuje wyraźnego rozwinięcia, zwrotu akcji, punktu kulminacyjnego, zakończenia. Nie sugeruję, że wszystkie historie należało wyciąć tą samą sztancą, ale nie zaszkodziłoby skorzystać ze schematu więcej niż raz.

    Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest odcinek ósmy pt. „Ostatni patrol”, w którym żołnierze z Easy stacjonujący w miasteczku Haugenau otrzymują ryzykowną, odrobinę bezsensowną – zważywszy na ogólną sytuację frontową – misję. Mają przepłynąć nocą rzekę pontonami i uprowadzić z niemieckiego posterunku paru żołnierzy – żeby potem ich przesłuchać i wywiedzieć się, ilu wrogich piechurów czai się po drugiej stronie i jakie są ich plany. Tylko w tym epizodzie tryby narracyjnej machiny zostały starannie naoliwione: widz nadąża, rozróżnia twarze, emocjonuje się strzelaniną, wzrusza.

    Jako całość Kompania braci bez wątpienia odznacza się nienagannym warsztatem produkcyjnym. Scenografia, rekwizyty, efekty, pirotechnika stoją na najwyższym poziomie. Na froncie technicznym zmiażdżono przeciwnika. Medale Honoru zostały hojnie i zasłużenie rozdane.

    Niestety, przegrano ważniejszą bitwę – o serca i umysły widzów. Nie czułem łomoczącego w piersi napięcia podczas lądowania w Normandii – bo nie zdążyłem poznać bohaterów i nie wiedziałem za bardzo, co się dzieje. Nie przejmowałem się ich losami i nie płakałem nad zabitymi w Ardenach – bo nie wiedziałem, kto jest kim, a nazwiska poległych absolutnie nic mi nie mówiły. Nie porwała mnie radosna ulga wiosennych miesięcy 1945 r. – bo ekran znów zaludnili jacyś nieznani szeregowcy.

    Dziesięć godzinnych odcinków. O półtorej godziny krócej trwają łącznie Najdłuższy dzień (1978; John Wayne, Sean Connery, Robert Mitchum, Richard Burton), wspomniany Szeregowiec Ryan (1998; Tom Hanks, Matt Damon) oraz O jeden most za daleko (1977; James Caan, Michael Caine, Sean Connery, Anthony Hopkins, Gene Hackman, Laurence Olivier, Robert Redford, Liv Ullmann). Sierżancie Bingewatcher, atakujcie z głową!

     
  • Borys 15:00 on 14/02/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: najlepsze sceny,   

    Najlepsze sceny z 2017 r. 

    latino_lover-kadr

    Prawie miesiąc temu zgotowałem Wam przegląd najlepszych filmów i seriali obejrzanych przeze mnie w zeszłym roku. Jako uzupełnienie tamtej notki i dodatkową zachetę do zapoznania się z przedstawionymi tytułami przygotowałem dzisiaj krótkie zestawienie scen, które zapadły mi najgłębiej w pamięć.

    Lista liczy tuzin pozycji. Jej pierwsza połowa jest bezspojlerowa. Późniejsze spojlery dotyczą zaś następujących produkcji: Coś za mną chodziDunkierkaStar Trek: Gniew KhanaCud purymowy, Zadzwoń do Saula (trzeci sezon) oraz dokumentu Kamerzysta na Kubie. Wyraźnie zaznaczam miejsce, w którym się zaczynają.

    Latynoski ogier: Podstarzały Maximo postanawia wskoczyć do basenu, żeby skusić swoim jędrnym (coraz mniej…) ciałem bogatą staruszkę na małżeństwo. Jednak ponieważ wcześniej odkrył siwe włosy na klacie, wtarł w siebie „troszkę” pasty do butów. I teraz daje śmiałego nurka na oczach dostojnych gości charytatywnej imprezy. Za sekundę przepełni ich obrzydzenie. Humor jarmarczny, ale pomysłowy.

    (More …)

     
    • Marcin “Seji” Segit 18:53 on 14/02/2018 Bezpośredni odnośnik

      „„zawsze byłeś i będziesz moim przyjacielem” – „zawsze byłem i będę” (właśnie tak, sprawdź ;)). Uwielbiam. Jedna z najlepszych scen gdziekolwiek kiedykolwiek.

    • Adam 19:02 on 14/02/2018 Bezpośredni odnośnik

      Bardzo ciekawy wybór, nie widziałem wszystkich filmów, będę zatem dzięki Tobie nadrabiał.

  • Borys 12:00 on 21/01/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , , ,   

    Obejrzane w 2017 r. 

    five_came_back

    Gdybym pracowicie policzył linijki w pliku obejrzane_2017.txt, mógłbym obwieścić światu, ile jakich filmów widziałem w zeszłym roku. Tylko kogo właściwie to obchodzi?

    Lepiej ograniczyć się do treściwych zestawień — treściwszych niż zwykle, bo o prawie wszystkich zeszłorocznych, pełnometrażowych seansach pisałem sumiennie w 1000-znakowych Filmorysach. Dziś więc mogę po prostu odciąć kupony i rozrzucić linki.

    Notabene, owe tysiącznakowce były fajnym ćwiczeniem formy, jednak z czasem zbrzydło mi skrzętne zamienianie „ale” na „lecz” celem dodania bądź odjęcia litery. W tym roku Filmorysów będzie zatem mniej, albo nawet nie pojawią się w ogóle. Być może ich kosztem uda mi się więcej pisać o przeczytanych książkach. A może nie.

    Ciekawostka: Na pięć poniższych list trafiło łącznie 39 tytułów. Prawie połowa z nich to nowości, tzn. filmy i seriale wyprodukowane w latach 2016-2017. A właściwie ponad połowa, ponieważ należałoby odliczyć powtórki (czyli obejrzane ponownie klasyki), które z definicji świeżością się nie odznaczają. Najwyraźniej coś się u mnie zmieniło, ponieważ kiedyś oglądałem głównie starocie.

    (More …)

     
    • xpil 22:36 on 21/02/2018 Bezpośredni odnośnik

      „8. Holistyczna agencja detektywistyczna Dirka Gently’ego (serial) — […] bawią tylko przez pierwszy kwadrans. Na dodatek ja fanem twórczości Douglasa Adamsa nie jestem.”

      A ja Adamsa uwielbiam, ale wyłącznie w książce. Obejrzałem kilka filmów na bazie jego książek i żaden do mnie nie trafił. Tę holistyczną agencję też niedawno zacząłem, ale poddałem się po 3 czy 4 odcinkach, nie wrócę.

  • Borys 20:00 on 15/01/2018 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , , , , , , , ,   

    Filmorys (26) 

    the_shawshank_redemption-kadr

    W minionym roku uprawiałem gatunek mikrorecenzji filmowej (zawsze dokładnie tysiąc znaków!) intensywnie. Przedstawiłem w ten sposób 60 tytułów. Pora na przerwę. Następny Filmorys nastanie nieprędko.

     

    Skazani na Shawshank
    (The Shawshank Redemption; 1994)

    Stephen King nie ma szczęścia do ekranizacji. Jednak może się pochwalić, iż na podstawie właśnie jego minipowieści nakręcono film wszech czasów. „Skazani na Shawshank” są zasłużonym numerem jeden na liście IMDB, choć w roku swojej premiery przegrali walkę o widza i o Oskary z „Pulp Fiction” i „Forrestem Gumpem”.

    O wybitności więziennej epopei – wydarzenia rozgrywają się wszak na przestrzeni 20 lat – przesądziło mistrzowskie manewrowanie pośród gatunków. „Skazani…” rozpoczynają się jak dramat sądowy, potem płynnie przechodzą w sensację o brutalnym życiu za kratami. Środkowa część filmu to dobrze rozpisana obyczajówka z frapującymi postaciami. Akt trzeci skręca w kierunku thrillera, a zakończenie proponuje nam jeden z najsłynniejszych happy-endów w historii kina. Poza tym należy zaznaczyć, że reżyser i scenarzysta Frank Darabont wyminął wszystkie warsztatowe pułapki. Nie uświadczymy tu melodramy ani flashbacków, zaś kompozycja finałowej sceny stanowi dowód wielkiego wyczucia rzemiosła.

    ★★★★★

    (More …)

     
  • Borys 17:00 on 27/12/2017 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , , , , ,   

    Filmorys (25) 

    under_the_sun-kadr

    Pod opieką wiecznego słońca
    (Under the Sun; 2015)

    under_the_sun-plakatW latach trzydziestych w ZSRR też panował zamordyzm, ale ludzie przynajmniej mieli kulturę. Ocenzurowaną, lecz mimo wszystko z humanistycznym ciężarem. W Korei Północnej nie ma nawet tego. Nieprzerwana indoktrynacja pochłania cały czas wolny obywateli.

    Tak właśnie twierdzi Witalij Manski, rosyjski dokumentalista, który za zgodą północnokoreańskich władz pojechał z maleńką ekipą kręcić film o roku z życia małej Zin-mi. Wiedział, że przydzielą mu „opiekunów”, wiedział, że Wielki Brat pilnować będzie każdego kadru, ale nie sądził, że reżim zaplanuje jego rękami nakręcić ordynarną propagandówkę. Zdenerwował się i postanowił przechytrzyć partię. Filmował z ukrycia kulisy oficjalnych, zaaranżowanych scen, a potem jego asystentka podmieniała w toalecie karty pamięci.

    Na ekranie widzimy więc głównie koszmarnie nudną propagandę – lekcje, wiece, akademie – spod której przeziera groteskowa rzeczywistość 25 milionów ludzi-marionetek. Mocna rzecz, choć mimo wszystko przydałyby się skróty montażowe.

    ★★★☆☆

    (More …)

     
  • Borys 18:18 on 11/12/2017 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags: , ,   

    Hitler w dużym pokoju 

    Nordic_Resistance_Movement_flag

    Obejrzałem polecony mi przez kol. ob. Arka półtoragodzinny dokument pt. Wojownicy rasy (tytuł oryginalny: Rasekrigerne) wyprodukowany przez norweską telewizję publiczną NRK. Rzecz świeżutka jak Adolf w 1933 r. Swą premierę telewizyjną miała raptem tydzień temu.

    Enerkowscy reporterzy przez dwa lata obserwowali z bliska członków Nordyckiego Ruchu Oporu (NMB, od Den nordiske motstandsbevegelsen), neonazistowskiej organizacji założonej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Rozmawiali z jej szefami, towarzyszyli łysym szeregowcom na wiecach, demonstracjach, zjazdach i nożowych piknikach.

    Skandynawskie służby bezpieczeństwa uważają NMB za najniebezpieczniejsze skrajnoprawicowe ugrupowanie w regionie. Dwa lata temu szwedzkie skrzydło utworzyło partię. Następne wybory parlamentarne odbędą się za rok; zobaczymy, jak powiedzie się brodatym, wytatuowanym chłopakom w demokratycznej walce o władzę.

    NRK pragnęło przedstawić „Nordyków” w neutralnym, obiektywnym świetle. Dokumentaliści na ich prośbę nie stosują określeń „naziści” ani „neonaziści”, które NMB uważa za polityczne obelgi ustawiające apriorycznie optykę dyskusji. W Wojownikach rasy członkowie ugrupowania są więc konsekwentnie nazywani „narodowymi socjalistami”, zgodnie z ideologią, z którą się utożsamiają.

    simon_lindberg.PNG

    Simon Lindberg

    Zamiar neutralności zrealizowano w stu procentach. Reporterzy przeprowadzili wywiady m.in. z Simonem Lindbergiem i Håkonem Forwaldem, przywódcami odpowiednio szwedzkiej i norweskiej frakcji NMB. Pytania są proste, konkretne. „Kto jest twoim wzorem do naśladowania?”. „Jakie jest wasze zadanie?”. „Co sądzisz o Holokauście?”. „Czy rozmawiałbyś ze mną, gdybym był Żydem?”. Przepytywani nie owijają w bawełnę. „Politycznie rzecz biorąc: Hitler”. „Walka z homoseksualnym lobby”. „Systematyczna eksterminacja narodu żydowskiego w czasie Drugiej Wojny Światowej się nie wydarzyła”. „Nie, nie moglibyśmy rozmawiać, gdybyś był Żydem [śmiech]”. Tylko na jedno pytanie udzielają oględnej odpowiedzi. „Ilu was jest?”. „Nie powiem”. „Dlaczego?” „Liczy się jakość członków, nie ilość”.

    Żadnych adnotacji czynić nie będę. Dokument w obiektywny sposób sportretował środowisko skandynawskich neonazistów. Wielka to sztuka. Nietaktem z mojej strony byłoby więc wyrażać własną opinię na temat NMB. Niech każdy wyrobi ją sobie sam. Wojowników rasy w ślad za Arkiem gorąco polecam, wersja z angielskimi napisami dostępna jest tutaj. Nie mam pojęcia, czy i kiedy pojawi się tłumaczenie polskie.

    Poniżej komentuję cztery sprawy. Będzie mowa o kłamstwie Holokaustu, niezwykłych babciach, szwedzkiej policji i norweskiej telewizji. Vorwärts!

    (More …)

     
  • Borys 19:10 on 09/12/2017 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz
    Tags:   

    Mózg Spocka 

    startrek-tos3-08

    Skończyłem oglądać trzeci, ostatni sezon starego Star Treka. Moja pięcioletnia misja dobiegła końca. Będę żył długo i pomyślnie.

    Zgrabne bon moty zgrabnymi bon motami, ale przyznajmy od razu, że analogia z pięcioletnią misją jest blagą na dwóch poziomach. Star Trek: The Original Series zacząłem oglądać wiosną 2015 r. Zabierałem się do niego przez wiele lat, ale kroplą, która przelała czarę nostalgii, była śmierć Leonarda „Spocka” Nimoya. W 2016 r. zrobiłem sobie przerwę. Serial dokończyłem niedawno. Enterprisem podróżowałem raptem trzydzieści miesięcy.

    Jednakże misja nie dobiegła w gruncie rzeczy końca. Nie mam bynajmniej na myśli wszystkich kolejnych serii – The Next GenerationVoyagerDeep Space NineEnterprise – które przy moim tempie oglądania absorbowałyby mnie przez najbliższą dekadę. Pozostanę na razie w orbicie „starego” ST. Otóż zamierzam obejrzeć także serię animowanąoba seriale fanowskie i sześć filmów fabularnych, a potem przejść dwie przygodówki. Jak nerdzić to nerdzić!

    (More …)

     
c
Compose new post
j
Next post/Next comment
k
Previous post/Previous comment
r
Odpowiedz
e
Edycja
o
Show/Hide comments
t
Idź do góry
l
Go to login
h
Show/Hide help
shift + esc
Anuluj