Muzyka świecka na niedzielę (1)

Po pierwsze: Profesjonalnie zmiksowany nu-jazz / neo-soul. Nie zaliczam się do zagorzałych fanów Roberta Glaspera, bo choć nie sposób odmówić mu znakomitego warsztatu, to na swoich „zwykłych” płytach popada jakby w dźwiękową rutynę. Jednak na epce „Black Radio Recovered” (2012) pokrewne dusze wycisnęły z twórczości Glaspera – współpracującego akurat z tuzami pokroju Eryki Badu, Mos Defa i The Roots – ostatnie soki dostarczając słuchaczom niespełna czterdziestu magicznych minut.

Czytaj dalej Muzyka świecka na niedzielę (1)

Reklamy

Zarobki w Norwegii (2018)

Ponad dwa lata temu, trochę z głupia frant, opublikowałem na Blogrysie listę zarobków w Norwegii dla poszczególnych zawodów. Nie kierowała mną chęć wypozycjonowania blogu w wyszukiwarkach, jednak właśnie pod tym względem notka okazała się niespodziewanym strzałem w dziesiątkę. Hojne norweskie pensje generują po dziś dzień mniej więcej 90% (!) wejść na Blogrysa. Albo więc mnóstwo rodaków pragnie zarabiać w koronach, albo to raczej ja powinienem częściej pisać o ciekawszych, bardziej życiowych sprawach niż Gombrowicz.

Vox populi, vox Dei. Zresztą, inflacja i dyskretne zmiany strukturalne w gospodarce robią powoli swoje. Najwyższa pora na uaktualnienie tabeli fiordowodochodowej.

  • Poniższe dane pochodzą z zestawienia dla roku 2018 przygotowanego przez SSB (norweski GUS, którego strony internetowe powinny być notabene wzorem do naśladowania dla GUS-u rodzimego).
  • Podaję miesięczne pensje brutto przeliczone na złotówki według kursu bankowego z 13 maja 2019 (1 NOK = 0,438 PLN).
  • Są to pensje faktyczne, całoetatowe, uwzględniające dodatki i nadgodziny. Warto jednak zaznaczyć, że wynagrodzenie za nadgodziny stanowi stosunkowo drobną część wynagrodzenia całkowitego, rzadko przekraczającą 5%. Z nadgodzin najwięcej wyciągają niektórzy operatorzy procesów przemysłowych, kontrolerzy ruchu lotniczego, strażacy, mechanicy, monterzy energetyczni, maszyniści, kierowcy ciężarówek i dźwigów oraz pomocnicy remontowi – ale i w ich przypadku wypłata za nadgodziny nie wynosi nigdy więcej niż 10% całości.
  • Brutto bruttem, a co z nettem? Ile wynoszą podatki i składki zdrowotne w Norwegii? Ubezpieczenie zdrowotno-emerytalne to 8,2% dochodu brutto, podstawowy podatek dochodowy stanowi 23% dochodu brutto minus szczodra suma wolna od podatku (5500 PLN miesięcznie). Do tego doliczyć trzeba kilka procent podatku „progowego” uzależnionego od wysokości dochodów. Summa summarum, łączne opodatkowanie średniej krajowej (z ubezpieczeniem włącznie) wynosiło w zeszłym roku 28 %.
  • W drugiej kolumnie podaję mediany. W trzeciej i czwartej kolumnie – dolne i górne kwartyle. Wyjaśnienie dla tych, którzy na lekcjach matematyki zamiast statystyki woleli zgłębiać pod ławkami historię: Kwartyle określają typową rozpiętość, „typową” w tym sensie, że jedna czwarta badanych zarabia mniej niż dolny kwartyl, jedna czwarta zarabia więcej, a dokładnie połowa mieści się pomiędzy oboma wskaźnikami. Mediana zaś podaje wartość środkową (tak jak średnia, tylko precyzyjniej).

Metodologia za nami. Na rozgrzewkę popatrzmy, kto w Norwegii zarabia najwięcej:

  1. Kierownik w przemyśle naftowym (41610 złotych miesięcznie brutto)
  2. Sędzia (40769)
  3. Dyrektor w administracji publicznej (40112)
  4. Pilot (39372)
  5. Kontroler ruchu lotniczego (39280)
  6. Lekarz-specjalista (35872)
  7. Magister inżynier – przemysł naftowy (34462)
  8. Kierownik w sektorze ubezpieczeniowym (33993)
  9. Geolog lub geofizyk (32486)
  10. Kierownik naukowy (32267)

Cała, długa tabela, z zawodami uporządkowanymi alfabetycznie, znajduje się poniżej. Proszę o wybaczenie, jeżeli jakąś nazwę przetłumaczyłem dziwnie lub nieprecyzyjnie. Wszak nie wszystkimi zawodami się w życiu parałem.

Czytaj dalej Zarobki w Norwegii (2018)

Wtem! Siedemset!

Miesiąc temu kupiłem sobie smartfon (Redmi Note 6 Pro). Wbrew pozorom jest to niebywała nowina: To pierwsze moje urządzenie tego typu! Tak, tak – piszący te słowy, bynajmniej nie antytechniczny dziad – aż do kwietnia roku pańskiego 2019 posługiwał się staroświecką komórką (Nokią 105), która nie posiadała nawet funkcji stopera.

Samouwielbienie sprawiło, że jedną z pierwszych stron internetowych, którą odwiedziłem na ekranie smartfona, był Blogrys. Zmroziło mnie. Okazało się, że poprzedni layout blogu nie posiadał wersji mobilnej, wskutek czego notek na małym ekranie praktycznie nie dało się czytać. Wiersze się nie łamały. Pospiesznie zmieniłem skórkę na równie minimalistyczną, lecz zdecydowanie nowocześniejszą.

Jednocześnie, grzebiąc pod maską blogu, dostrzegłem zdumiony cyferki 699. Poniższa notka jest zatem jubileuszową, siedemsetną. Doprawdy nie wiem, jakim sposobem licznik tak prędko się nakręcił, skoro od sierpnia praktycznie nie bloguję. Kontynuując jednak tradycję dwóch ostatnich „setek” skorzystam z okazji i wymienię najlepsze, moim zdaniem, wpisy z przedziału 601-699:

Uaktualniłem też stronę gromadzącą wszystkie najlepsze wpisy z trzynastoletniej historii blogu.

Gombrowicz

Nie mogę oblać się rumieńcem i powiedzieć, że nigdy nie przeczytałem „Ferdydurke” w liceum, bo owszem, nie przeczytałem, ale miałem ku temu doskonały powód: Nigdy nie chodziłem do polskiego liceum. Miny stroiłem za granicą, parobka po mordzie nie tłukłem.

Wreszcie, po wielu latach, nadrobiłem zaległości z krytyki tradycjonalizmu, romantyzmu i nacjonalizmu. Na przełomie 2018 i 2019 r. przeczytałem wszystkie cztery najważniejsze powieści Gombrowicza. Teraz, będąc autentycznym fanem Słowackiego (piękny kościół) i Mickiewicza (w dodatku z Bogiem w środku), wezmę zatem do ręki słynny bon mot przez autora „Pornografii” sklecony i jemu samemu nim bez pardonu po gębie przyłożę: I jak masz zachwycać, Gombro, skoro nie zachwycasz?

Tak naprawdę i od początku do końca podobał mi się tylko „Transatlantyk”, na pokładzie którego małoszycki autor wywinął popisowy taniec z językiem. (Niesamowite, jak jeden Prosty zabieg typograficzny Wpłynął na rytm Narracji). Z fabuły także boki idzie zrywać. Skądinąd wiem, że „Transatlantyk” to tytuł szalenie ważny z kulturowohistorycznego punktu widzenia, choć ja akurat czytałem bez lupy i nie analizowałem niuansów polskiej formy. Uznałem raczej książkę – to ryzykowne porównanie – za antybiegun „Ameryki”. U Kafki surrealistyczna frustracja imigrancka mieszała się z dobrodusznym humorem, u Gombrowicza zaś – dobroduszna frustracja imigrancka – z humorem surrealistycznym.

Słynne „Ferdydurke” także miało swoje – nieliczne, w gruncie rzeczy – momenty, lecz objętościowo dominowały tam dłużyzny. Przyszło mi na myśl, że czytam oto powieść na kanwie kilku doskonałych rysunków satyrycznych opublikowanych w superinteligenckiej wersji „Przekroju”. W miejscach, gdzie owe rysunki zostały przetworzone na prozę bezpośrednio (upupianie, pojedynek na miny, parobek) „Ferdydyrke” osiągnęła wyżyny, ekhm, formy. Cała reszta była jednak zbyteczna, dodana na siłę, jak na przykład owa opowiastka o Filidorze dzieckiem podszytym, która przemówiłaby do mnie bardziej, gdybym był filozoficznym laikiem, albo, na dwoje babka wróżyła, wówczas znużyłaby mnie jeszcze mocniej.

„Pornografia” – czyli sielanka według Gombrowicza. Koncertowy pomysł: Dwóch gejów (gejów?) wyjeżdża w trakcie okupacji na wieś i z dala od wojennego zgiełku próbuje w akcie zblazowania zeswatać nastoletnich zakochanych. A potem ktoś kogoś morduje. Jednak aby wyszło z tego coś porządnego, trzeba by przyłożyć się do narracji zamiast uciekać w odmęt rozmazanej, rozmigotanej literatury pięknej. Gombrowicz uciekł, rozmigotał.

I na koniec „Kosmos”. O nie, to już nie dla mnie, wszak przed wkroczeniem w rejony powieści eksperymentalnych się wzbraniam, do grona papierowych przyjaciół dopuszczam jedynie „Ulissesa”. W swoim rzekomo największym dziele Gombro poraził mnie z siłą co najwyżej sześciowoltowej bateryjki, nawet pomimo mej pozornej podatności na metafizykę uwidaczniającej się między innymi w fakcie, że też czasami ze zdwojoną uwagą przyglądam się rysom na suficie i rozważam ich ukryte znaczenie.

Tożsamość europejska?

– Czyli człowiek z natury potrzebuje tożsamości narodowej i nie można jej zastąpić np. tożsamością europejską?

– Może będzie to możliwe za 300-500 lat, gdy polskość będziemy przeżywali jak dzisiaj śląskość czy kaszubskość? Zresztą w jakiejś mierze byłby to nawrót do średniowiecza – wspólnej Christianitas, którą zamieszkiwały różne nacje. Nie obawiałbym się, gdyby do tego kiedyś doszło.

To, czego się boję to konstruktywistyczne, progresywne myślenie o człowieku, z którym związała się liberalna lewica. Jest to myślenie które sądzi, że można i powinno się naprawić świat przez stworzenie „nowego człowieka”. I w tym celu w „starym człowieku” trzeba wymazać płciowość, sprywatyzować i osłabić religię, skasować jego narodowość, zmontować mu ulepszoną, polimorficzną rodzinę, wymusić na nim „pantolerancję” i zachęcić go do „pophedonizmu”.

Wiara, że poprzez taką inżynierię społeczną otrzymamy poprawioną wersję wyzwolonego homo sapiens dominowała w ostatnim półwieczu w kulturze Zachodu.

– Maciej Zięba (rozm. Jakub Pruś) (24/2/2017)

Przeczytane w 2018 r.

W minionym roku spłynęła na mnie łaska Kalliope. Zdołałem pochłonąć rekordową ilość 54 nowych (tj. nieznanych mi wcześniej) książek. Osiągnąłem więc nareszcie pułap mitycznej „jednej lektury tygodniowo”. Aspirowałem doń od wielu lat, lecz kończyło się najwyżej na czterech dziesiątkach z hakiem.

Oczywiście, od ilości ważniejsza jest jakość, jednak akurat o tej drugiej od dawna złego słowa powiedzieć nie mogę. Chociaż książki dobieram w sposób dość eklektyczny i nierzadko zaskakujący mnie samego, to ze świecą szukać na mojej „przeczytanej” liście dających się pochłonąć w dwa-trzy wieczory czytadeł. W zeszłym roku ilość poszła w parze z jakością, co raduje mnie w dwójnasób.

Martwią za to inne wskaźniki. Po pierwsze, prawie całkowicie zaniechałem czytania własnych (papierowych) książek. Sześćdziesiąt procent lektur stanowią pozycje wypożyczone z biblioteki, pozostałe czterdzieści to ebooki. Zważywszy na łączną wagę dziewiczej celulozy zalegającej na moich półkach oraz w pudłach na strychu, powinienem niezwłocznie zmienić te proporcje. Po drugie, czwarty rok z rzędu przeczytałem mniej fikcji niż leletrystyki. Jak wiadomo, dobra leletrystyka nie jest zła, jednak istnieje wszak całe mnóstwo znamienitych przedstawicielek literatury pięknej i literatury środka, z którymi chciałbym rychło zawrzeć znajomość. Po trzecie, prawie całkowicie zarzuciłem fantastykę. Wiadomo, zła fantastyka nie jest dobra, aczkolwiek ciągle mam wielkie zaległości, jeśli chodzi o klasyków oraz uznane książki współczesnych autorów.

Po tym przydługim wstępie – w telegraficznym skrócie o najlepszych rzeczach, które przeczytałem w zeszłym roku:

„Skrwawione ziemie” i „Czarna ziemia” Timothy’ego Snydera – dwie ponure, chyba z premedytacją pisane suchym językiem książki o ludobojstwach zgotowanych Europie przez Stalina i Hitlera w latach trzydziestych i czterdziestych. Snyder uświadomił mi szereg polityczno-organizacyjnych – wybaczcie nieodpowiednie z uwagi na kontekst słowo – niuansów masowych czystek tamtej niewesołej epoki. W trakcie lektury wynotowałem sobie mnóstwo intrygujących, słabo znanych faktów. Niezadługo doczekamy się na Blogrysie sążnistej notki na ten temat. Być może.

„Medaliony” – mistrzostwo krótkiej formy holokaustowej (w przeciwieństwie do Borowskiego, którego uważam za kiepskiego stylistę).

„Pan Tadeusz” – jedyna powtórka w zeszłym roku. Z czasów podstawówki zapamiętałem, że Mickiewicz geniuszem formy był, ale dopiero teraz odkryłem, że PT jest także pasjonującą powieścią w sensie fabularnym i charakterologicznym. Serio. Nie bądźcie intelektualnymi Moskalami i odkryjcie „Tadka” na nowo!

„Dziennik 1954” – u Tyrmanda już od pierwszych stron mierziły mnie potoki autokreacji, ale pióro miał facet zachwycające. Zaprzedałbym duszę diabłu dla takiej lekkości pisania. Notabene, bardzo dobre uzupełnienie „Dziennika” stanowił „Zły Tyrmand”, w którym Mariusz Urbanek przeprowadził krótkie wywiady z prawie wszystkimi osobami opisanymi przez Tyrmanda, łącznie z Kisielewskim i siedemnastoletnią Bogną, którą dwa razy starszy Leopold obracał w łóżku.

„Kolumbowie” – Roman Bratny spłodził epopeję o okupacji, Powstaniu Warszawskim i skomplikowanych losach powojennych. Książka ważna, z ogromnym potencjałem. Nie spełniła niestety moich oczekiwań, gdyż autor nie udźwignął ciężaru narracji. Na jej strony zbyt często zakradało się opisowe niechlujstwo.

Trzytomową biografię Thora Heyerdahla – fascynująca postać. Pierwszy tom zainspirował mnie nawet do napisania dwóch pokaźnych notek. Druga część trylogii Ragnara Kvama była równie emocjonująca, ale w tomie trzecim zabrakło pary, bo i Thor na stare lata za wiele już nie zdziałał. Z kolei ja na stare lata odkrywam dobrodziejstwo biografii. Czyta się jak powieść, a to przecież czyste fakty!

„Pakt Ribbentrop-Beck” – Piotr Zychowicz ma w kręgach lewicowych fatalną prasę, ale z przyjemnością stwierdziłem, że lepiej radzi sobie z argumentacją niż sugerują to jego adwersarze. Interesujące ćwiczenie z historii alternatywnej.

„Rzeczpospolita Zwycięska” Ziemowita Szczerka – historia alternatywna po raz drugi, tym razem w połączeniu z esejem. Poczułem po lekturze wielki szacunek dla autor, który dotąd kojarzył mi się z podejrzanymi środowiskami hipsterskimi spod znaku Ha!Artu. A tu okazuje się, że to prawdopodobnie jeden z oryginalniejszych polskich pisarzy współczesnych.

„Twisty Little Passages” – narratologiczne omówienie komputerowych gier tekstowych. Zdecydowanie nie dla każdego, lecz warto wiedzieć, że istnieje coś takiego jak fikcja interaktywna; przedziwny gatunek fabuły żyjący sobie na pograniczu literatury i gier komputerowych, którego najlepsze lata przypadły na przedostatnią dekadę XX wieku, ale który bynajmniej jeszcze nie umarł.

Śniło mi się dzisiaj że Putin zaprosił mnie…

Śniło mi się dzisiaj, że Putin zaprosił mnie do domu na herbatkę. Poszedłem tam z jakimś emerytowanym pułkownikiem. Putin mieszkał w baszcie; salonik, w którym się rozgościliśmy, był więc okrągły. Zwróciłem uwagę na brudne, aż proszące się o odmalowanie ściany. Ale było bardzo miło.

Obejrzane w 2018 r.: Najlepsze, cz. 3

…trzecia i ostatnia.

American Vandal (pierwszy sezon; 2017)

Ktoś zakradł się na licealny parking i namalował olbrzymie penisy na dwudziestu siedmiu samochodach należących do dostojnych pedagogów. Poparte zeznaniem świadka podejrzenie skrupia się na szkolnym dowcipnisiu Dylanie Maxwellu. CIAŁO bezpardonowo i bezwłocznie usuwa łobuza ze szkoły. Dwaj młodsi uczniowie nie wierzą jednak w jego winę. Postanawiają nakręcić reportaż, który oczyści Dylana z zarzutów i zdemaskuje prawdziwego sprawcę.

Błyskotliwa krzyżówka kpidokumentu (mockumentary), parodii true crime, serialu obyczajowego o licealnych perypetiach oraz satyrycznej odpowiedzi na Netfliksowego Making a Murderer. Drugiego sezonu należy się natomiast wystrzegać; twórcy zachłysnęli się po sztubacku koncepcją i wyszła im kupa.

american_vandal

 

Better Call Saul (czwarty sezon; 2018)

Prequel Breaking Bad czwarty rok z rzędu udowadnia, że wolniej znaczy lepiej. Śmiała redukcja tempa fabularnego nie musi bynajmniej oznaczać nudy – pod warunkiem, że reżyser i zdjęciowiec wychuchają formalną stronę, a scenarzyści napną psychologiczne struny między postaciami i będą konsekwentnie wygrywać na nich tragikomiczne nuty. Pierwszy sezon Better Call Saul oglądałem bez przekonania. Wciągnął mnie dopiero drugi, entuzjazm widza pojawił się przy trzecim. Sezonem czwartym zaś BCB przeskoczył poprzeczkę zawieszoną przez Breaking Bad (sic!), chociaż pamiętać musimy, że seriale, mimo pozornego podobieństwa, poruszają się w innych rejestrach. Gdy historia Saula Goodmana dobiegnie końca, z niecierpliwością wyczekiwać będę kolejnego projektu Vince’a Gilligana.

better call saul s4

 

The Computer Programme (1982)

W świecie komputerów – hardware’u i software’u – wiele zmienia się w przeciągu sześciu lat. W przeciągu dwudziestu sześciu lat zmienia się wszystko, i to kilka razy. Jeżeli więc program telewizyjny o komputerach z początku lat osiemdziesiątych oglądamy z niekłamanym zaciekawieniem pod koniec drugiej dekady XXI wieku, należy sprawdzić natychmiast, kto zdołał nakręcić wówczas taką perełkę. No tak, BBC. Te trzy na wskroś brytyjskie litery są wszak od dawna gwarantem jakości.

Program komputerowy (cóż za bezbłędna nazwa!) polecam serdecznie wszystkim osobom używającym na co dzień komputera. Czyli wszystkim. Kto nie zakocha się w samej czołówce podpartej hipnotyzującym kawałkiem Kraftwerku, ten powinien GOTO 10 i się zawiesić.

the_computer_programme

 

Dispatches: Africa’s Witch Children (2008, 2009)

Joseph Conrad pisał o „jądrze ciemności”, Jacek Dukaj straszył afrykańską skoliozą. Zbyt gorliwi czytelnicy mogliby oskarżyć obu panów o literacki rasizm (tego pierwszego: anachronicznie). Nagle okazuje się, że w niektórych zakątkach Czarnego Kontynentu dochodzi do rzeczy, które przerastają wyobraźnię najpłodniejszych pisarzy. Z wielkim trudem, naginając do granic wytrzymałości empatię, potrafię zrozumieć (czy raczej „zrozumieć”) sytuację, w której z perwersyjnych przyczyn o charakterze religijno-kulturowym rodzice zabijają jedno ze swoich dzieci (no bo demografia, Rdz 22, itd.). Jednakże sytuacja, w której dziecko, oskarżone o praktykowanie czarnej magii, zostaje brutalnie okaleczone i pozostawione na śmierć, wykracza daleko poza progi mojej wyobraźni. Brytyjski cykl reporterski Dispatches wyemitował w 2008 i 2009 r. dwa dokumenty poświęcone tym brakuje-mi-przymiotnika praktykom. Obowiązkowo.

dispatches_witch_children

 

Dzienniki motocyklowe (2004)

Rzutem na taśmę, w ostatnich dniach 2018 r., zetknąłem się z nadspodziewanie dobrym kinem drogi rodem z dalekiej Argentyny. Jego siła tkwi bez wątpienia w biograficznych faktach leżących u podstawy historii – i jej ciągiem dalszym, którego co prawda film już nie obejmuje, ale który wszyscy doskonale znamy. W 1951 r. młody, obiecujący, dwudziestotrzyletni student medycyny wyruszył wraz z przyjacielem w podróż przez całą Amerykę Południową. Wyjechali z Buenos Aires na wiernym nortonie, dotarli przez Chile do północnego Peru. Nasz bohater zobaczył na własne oczy jak wygląda skrajna bieda i jak wygląda wielka solidarność. Powrócił do domu dziewięć miesięcy później, odmieniony. Niedługo potem stał się najsłynniejszym rewolucjonistą XX wieku. Gdyby był postacią fikcyjną, Dzienniki motocyklowe nosiłyby pewnie tytuł Che Guevara Begins.

dzienniki motocyklowe

 

Roma (2018)

Zazwyczaj nie lubię filmów „osobistych”, gdzie reżyserzy nicują wspomnienia bądź rozprawiają się z demonami. Zbyt często autentyzm wyklucza się wzajemnie ze zrozumiałością: powstaje albo (pseudo)narracyjny galimatias, którego aspiracje artystyczne przerastają talent twórcy, albo banał, którego treść zostawia mnie doskonale obojętnym na psychologiczne potyczki osobnika stojącego po drugiej stronie kamery. Ale gdy do świata swojego dzieciństwa zaprasza nas Alfonso Cuarón, arcymistrz kina hołdujący zasadzie „jak najrzadziej, jak najlepiej” – nie przystoi odmówić.

Roma to urzekająca, czarno-biała, przepięknie nakręcona opowieść o stolicy Meksyku na początku lat siedemdziesiątych, którą, mam wrażenie, nie dzieli znowu tak wiele od latynoamerykańskiego realizmu magicznego. Jej bohaterką jest bardzo zwyczajna i bardzo wyjątkowa kobieta, gosposia zatrudniona w domu zamożnej i po tołstojowsku nieszczęśliwej rodziny. W niewiele ponad dwugodzinnym filmie znalazło się miejsce i na niełatwe relacje, i na osobistą tragedię, i na politykę, i na przyjaźń, i na kulturę, i na obyczaje, i na prawdopodobnie najbardziej przejmującą scenę porodu w historii kina. Roma to krótko mówiąc dzieło, po którym człowiek odzyskuje na pewien czas wiarę we współczesną kinematografię.

roma

 

Apokalipsa: Pierwsza Wojna Światowa (2014)

Z okazji stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, chyba bardziej jako ostrzeżenie niż podsumowanie, francuska telewizja wyprodukowała znakomity serial dokumentalny o przyczynach, przebiegu i zakończeniu konfliktu z lat 1914-1918, określanego przez niektórych mianem europejskiej wojny domowej. Archiwalne, rachityczne nagrania z prymitywnych kamer zostały odrestauruowane i pokolorowane, dopisano do nich narrację godną pióra Normana Daviesa, a następnie zmontowano obraz i dźwięk w czteroipółgodzinną opowieść o apokaliptycznej, krwawej erupcji politycznej i ludzkiej głupoty, która nie tak dawno temu odmieniła oblicze naszego kontynentu.

apokalipsa-1ws

 

Ciekawe historie

Na historyczne zakończenie polecam Waszej uwadze ten oto kanał YouTube’owy. Amator-hobbysta montuje dokumentalne filmiki o przywódcach ZSRR i PRL, których nie powstydziłaby się TVP Historia. Odkryłem przypadkiem, obejrzałem wszystko. Bawi i uczy.