Kabel od internetu (20)

Minęło raptem cztery i pół miesiąca od poprzedniej notki, i zaledwie trochę ponad półtora roku od poprzedniego Kabla. Mimo to postanowiłem ponownie napisać kilka akapitów, ryzykując oczywiście, że przeładuję Was treścią. Dzisiejsza porcja linków składa się przede wszystkim z przyklejających ucho podcastów*, których wysłuchałem we wrześniu.

Czytaj dalej Kabel od internetu (20)

Buzu Squat i inni

Prędzej czy później przygotuję spis podcastów, których regularnie słucham, i wtedy polecę Wam dwie audycje poświęcone polskiej popkulturze lat 90. („polskiej” w znaczeniu „obecnej w Polsce”, niekoniecznie „made in Poland”). A właściwie to tylko jedną, ponieważ skądinąd doskonałe Dawno temu w telewizji, gdzie Kamil Bałuk przeprowadza długie wywiady z telewizyjnymi gwiazdami i producentami, skrywa się za paywallem Radia Newonce, rzucając jedynie na zachętę dziesięciominutowe kęsy.

Na szczęście mamy jeszcze Podcastex. Dzieło Bartka Przybyszewskiego i Mateusza Witkowskiego jest całkowicie oddane najlepszej dekadzie pod słońcem. Zadebiutowało w podkastosferze niecały rok temu, a liczy już prawie 50 odcinków: Młode wilki, ręce, które leczą Zbyszka Nowaka, Sara, tamagotchi, marihuana i Edyta Bartosiewicz. Dla każdego coś sentymentalnego – chociaż warto przesłuchać od deski do deski (od szpuli do szpuli?), bo Przybyszewskiego i Witkowskiego słucha się bardzo przyjemnie.

W jednym z pierwszych odcinków Podcastex przygotował zestawienie dziesięciu polskich „one hit wonders” lat 90. Wyszło im coś takiego:

10) Rotary, Na jednej z dzikich plaż (vel Lubiła tańczyć)
9) Yaro, Rowery dwa
8) Kasia Lesing, Wielki błękit
7) LO27, Mogę wszystko
6) Buzu Squat, Nasze przebudzenie
5) Robert Rozmus, Mówili na nią słońce
4) Bolec, Żeby było miło
3) De su, Życie cudem jest
2) Firebirds, Harry
1) Sixteen, Twoja lawa

Zaczynając słuchać odcinka byłem przekonany, że błyskawicznie skojarzę wszystkie piosenki, które panowie zaprezentują. Ale albo moja pamięć jest bardziej zawodna niż sądziłem; albo w latach 90. byłem mniej wystawiony na działanie krajowego eteru niż mi się wydawało; albo też ranking Podcasteksu jest bardziej subiektywny niż powinien.

Lubiła tańczyć i Życie cudem jest zagrało mi między uszami, gdy tylko usłyszałem tytuły. Wielkiego błękitu, Mówili na nią słońce, Żeby było miło, Harry’ego i Twojej lawy nie kojarzę ani-ani. Pół biedy z Lesing i Rozmusem; pół biedy z Bolcem, wówczas hip hop zupełnie mnie nie interesował. Jednak Firebirds i Sixteen to już rzekomo poprockowe superhity lat 1996-1997, a mnie przez płaty skroniowe nie przeleciała najmniejsza iskierka. Wy kojarzycie?

Natomiast przy Naszym przebudzeniu i Mogę wszystko pamięć odblokowała się po kilkudziesięciu sekundach słuchania – w tym pierwszym przypadku był to przemiły powrót, chociaż tekst atakuje nas ekologicznym kiczem. W komentarzach pod audycją ktoś przypomniał jeszcze Jak ja wierzę Patrycji Kosiarkiewicz. Drugi fajny akustyczny powrót.

Przeczytane w 2021 (8)

Najfajniejsza
Evolution (Stephen Baxter)

Zetknąłem się z opinią, że brytyjski pisarz SF Stephen Baxter jest duchowym następcą Arthura C. Clarke’a. Niewykluczone – ale tylko jeżeli porównamy obwód bicepsa wyobraźni i umiejętność twórczego wyciskania światów przyszłości rozpiętych na gigantycznych skalach czasowych. Niestety dla Baxtera, literatura, nawet gatunkowa, polega jeszcze na stylu. Pod tym względem proza twórcy cyklu Xeelee pozostawia sporo do życzenia, i to pomimo jego ogromnego doświadczenia zawartego w długiej bibliografii.

Przeczytałem trzy książki Baxtera. Dawno temu Voyage, rzetelną historię alternatywną o pierwszej załogowej misji na Marsa odbytej jeszcze w połowie lat 80. Niezła rzecz, chociaż obszary niskiego napięcia ciągnęły się niekiedy przez dziesiątki stron. Potem The Time Ships, autoryzowany sequel Wehikułu czasu Wellsa, z nijakimi postaciami oraz wyblakłą temporalną intrygą. I wreszcie Evolution, arcyciekawą powieść (?) z 2003 r., w której zalety i wady pisarstwa Baxtera zlewają się w trudną do oceny rzekę, hm, genów?

Ewolucja to fabularyzowana opowieść o – tytuł nie kłamie – ewolucji gatunku ludzkiego. Pierwszą protagonistką jest myszowata samiczka usiłująca przeżyć w brutalnym świecie zdominowanym przez mięsożerne dinozaury. Nie wie, że w jej świat lada dzień uderzy apokaliptyczna asteroida. Nie wie też, że jej dalecy potomkowie wynajdą kulturę i religię na sawannie. I na tym bynajmniej narracja Baxtera się nie skończy, bo historię ludzi będziemy obserwowali aż po kres ziemskiego czasu.

Czytaj dalej Przeczytane w 2021 (8)

Przeczytane w 2021 (7)

Najmądrzejsza
Networking on the Network (Phil Agre)

Jeżeli znasz osobę ulokowaną edukacyjnie gdzieś pomiędzy klasą maturalną a ostatnim rokiem studiów licencjackich dowolnej dyscypliny, która myśli poważnie o kształceniu się w kierunku doktoratu, a za dalekosiężny cel zawodowy postawiła sobie pracę naukową na pełen etat, to największą przysługę, jaką możesz jej wyświadczyć, jest podsunięcie przewodnika Phila Agrego z 2005 r. A jeżeli osoba ta jest Ci bliska – potomek? chrześniak? – powinieneś wręcz zadać sobie także trud samodzielnego przeczytania Networking on the Network i zadbanie o to, by przyszły naukowiec zinternalizował rady kalifornijskiego profesora. Ja sam bardzo żałuję, że jego książka nie wpadła mi w ręce tych piętnaście lat temu.

Gatunkowo ebook Agrego plasuje się na styku eseistyki, popularnej socjologii edukacji i literatury samopomocowej. Autor stawia zdecydowaną tezę, że kluczem do odniesienia sukcesu w nauce są nie tyle wyniki, co koneksje. Podkreślmy, że używam tego ostatniego rzeczownika w całkowicie neutralnym znaczeniu jako odpowiednika tytułowego angielskiego słowa „networking”. Nie chodzi więc o naganne moralnie „chody” u redaktorów czasopism naukowych i przewodniczących komisji stypendialnych, ani nawet o bycie protegowanym prężnego profesora, lecz o mocne osadzenie się w sieci powiązań akademickich pomiędzy naukowcami; sieci, która istniała od zawsze i która dla postępu w badaniach naukowych jest wszak absolutnie niezbędna.

Parafrazując Agrego, wyniki bez koneksji nie zawsze doprowadzą młodego doktora do sukcesu. Koneksje bez wyników zaś prędzej czy później doprowadzą do wyników, jako że nauka jest niemalże z definicji przedsięwzięciem zespołowym. Zostanie geniuszem na miarę Einsteina jest mało prawdopodobne, więc indywidualne wyniki, nawet jeśli solidne i interesujące, łatwo przepadną w hałasie publikowanych w ogromnych ilościach artykułów. Chyba że istnieć będzie grupa ludzi, która w szybki i „organiczny” sposób będzie się o nich dowiadywać, będzie o nich dyskutować, będzie je cytować.

Rada o koneksjach, nawet jeśli śmiała, nie jest może aż tak odkrywcza, jeśli streścimy ją w jednym akapicie. Wartość przewodnika Agrego polega jednak na tym, że rozwija ją do schludnego tekstu o długości 400 tysięcy znaków. W czapeczce socjologa tłumaczy „koneksyjną” naturę pracy naukowej; jako eseista wyjaśnia, że koneksje stanowią zarazem istotę uniwersytetu; wreszcie, jako autor literatury samopomocowej tłumaczy krok po krok naukowcom-in-spe co należy robić, żeby zbudować sobie mocne miejsce w sieci badawczych powiązań i stopniowo przeobrazić się w koncepcyjnego lidera swojego zakątka. Autor zaczyna od metod budowania zawodowej tożsamości na etapie magisterskim, kończy na konstruktywnym przewodzeniu nauce na etapie profesorskim.

Słówko o autorze, zagadkowej postaci, o której mało kto słyszał. Agre rozpoczynał karierę naukową jako specjalista od Sztucznej Inteligencji. Swój doktorat zrobił na wydziale inżynierii elektrycznej i informatyki MIT-u. Potem skręcił w kierunku humanistyki. Publikował przenikliwe, nadzwyczaj trafne eseje dotyczącego zagrożeń, jakie (wówczas raczkujący) internet niósł dla prywatności. Jeżeli zastanawiałeś się, czy komukolwiek udało się przewidzieć problem Facebooka, to właśnie jemu.

A potem, wiosną 2009 r… zniknął. Policja odnalazła go żywego i zdrowego w styczniu 2010 r. Agre nie życzył sobie, by ujawniać szczegóły incydentu. Od tamtej pory wycofał się całkowicie z życia publicznego i akademickiego. Kilka lat temu jego dawni koledzy chcieli wydać antologię jego artykułów. Agre się nie zgodził. Podobno wciąż żyje, chociaż od dawna nikt go nie widział.

Po to się studiuje; wiedzę można zdobyć na tysiąc sposobów, ale podobnych znajomych, którzy towarzyszyć ci mają na ścieżkach karjery przez całe życie i którzy wzajem sobie karjery ustawią, oni tobie, ty im, przez samą żakowską komitywę, podobnych znajomych – tylko tak.

–– Jacek Dukaj, „Lód”

Przeczytane w 2021 (6)

Najważniejsza:
Zapiski więzienne (Stefan Wyszyński)

Kiedy w Polsce skończył się komunizm? Proste: 4 czerwca 1989 r., w dniu pierwszej tury wyborów kontraktowych, w wyniku których opozycjoniści zdobyli prawie maksymalną ilość mandatów w Sejmie i Senacie.

Ale kiedy w Polsce rozpoczął się koniec komunizmu? Kiedy dwudziestowieczne dzieje kraju weszły na trajektorię, która prędzej czy później musiała doprowadzić do upadku ustrój przyniesiony na bagnetach ze wschodu? Od którego momentu dni PZPR były policzone? Pytanie trochę trudniejsze, ale mam propozycję: nastąpiło to już 8 grudnia 1953 r., gdy kardynał Stefan Wyszyński, internowany w Stoczku Warmińskim, złożył akt osobistego oddania się Matce Bożej.

Nie, nie kpię, ani nie konstruuję hermetycznego żartu. Wyszyński, od 1948 r. prymas Polski, był bezprawnie przetrzymywany przez bezpiekę od września 1953 r. do października 1956 r. w czterech różnych klasztorach. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego przemocą uniemożliwiło charyzmatycznemu duchownemu kontakt z wiernymi, obawiając się, że będzie organizował społeczny sprzeciw Kościoła wobec nowego reżimu. Bezpieczniacy rozumieli jednak, że likwidując księdza – lub osadzając go na długie lata w więzieniu po pokazowym wyroku – zogniskują tylko gniew nabożnego nadwiślańskiego ludu. Zdecydowano się na rozwiązanie pośrednie: Wyszyński przez trzy lata był fizycznie izolowany bez podstawy prawnej. Wypuszczono go dopiero w trakcie odwilży.

Kardynał po kilku miesiącach niewyjaśnionego aresztu wkurzył się nie na żarty. Nie dość, że bezpieka przetrzymywała go bez podania legalnej przyczyny, to na dodatek utrudniała mu kontakt ze schorowanym ojcem. Wyszyński wypowiedział symboliczną, prywatną, bożą wojnę komunizmowi – bo tak właśnie trzeba interpretować jego złożoną Maryji przysięgę, w której, krótko mówiąc, obiecał, że nigdy nie da się złamać.

Zapiski więzienne to fascynujący – i przepojony religijnością, co dla wielu ateuszy będzie barierą nie do przeskoczenia – dziennik potężnego duchem człowieka, który wygrał jedną z wielkich walk minionego stulecia; dziennik pisany w najcięższych dla autora latach; świadectwo niezłomnej woli i niezachwianej wiary w Opatrzność czuwającą nad Historią.

Wyszyński, odzyskawszy wolność, wzmocnił naród ślubami jasnogórskiego, przeprowadził obliczone na dziewięć lat obchody tysiąclecia chrztu Polski, był duchowym nauczycielem Karola Wojtyły. A potem, wiadomo: Narastający sprzeciw społeczeństwa wobec komunistów, Solidarnosć, „i zaczęło się w Polsce”.

Przeczytane w 2021 (5)

Najgęstsza:
Cztery decyzje Józefa Becka:
Polityka zagraniczna Polski, 1938-1939 (Marek Kornat)

Tytuł mówi chyba wszystko. Dalsze wyjaśnienia są w zasadzie zbędne, ale kategoria zobowiązuje mnie do zagęszczenia wywodu.

Cztery decyzje… oferują studium krytycznego okresu historii dyplomatycznej Polski: studium obszerne, szczegółowe, uporządkowane, chociaż gdzieniegdzie kulejące rytmem zdań i akapitów, prawdopodobnie dlatego, że pisane trochę pospiesznie. Marek Kornat – badacz, którego zawsze warto poczytać i posłuchać, współautor głośnej biografii Becka – skomponował je bowiem w odpowiedzi na lekkomyślny rewizjonizm historyczny uprawiany przez niektórych publicystów. Czy pod koniec lat trzydziestych mogliśmy, ba, powinniśmy sprzymierzyć się z Hitlerem, żeby uniknąć katastrofy września ’39 i późniejszej okrutnej okupacji? Nie, odpowiada Kornat, po czym rozsypuje worek dyplomatycznych detali i pieczołowicie składa je w uzasadnienie. Nigdzie nie stara się stworzyć wrażenia, że zagadnienie nie jest szalenie złożone – ale konkluzja cały czas jawi mu się jednoznacznie.

Czytaj dalej Przeczytane w 2021 (5)

Przeczytane w 2021 (4)

Najnowsza:
Wyjście awaryjne (Rafał Matyja)

Tak się złożyło, że książki o tematyce polskopolitycznej spięły w sensie wydawniczorocznikowym moje wyczyny lekturowe w 2021 r. Arystoteles i Andrzej Frycz Modrzewski zaświadczyć więc mogą, że nie jestem ani dzieckiem, ani niewolnikiem, ani zwierzakiem.

Czytuję sporo wywiadów z politologami diagnozującymi polską sytuację społeczno-parlamentarną. Za najmądrzejszych wśród nich uważam Rafała Matyję i Roberta Krasowskiego. Nie leją wody, dokonują zwięzłych, przenikliwych obserwacji. Umieją także zachować dystans do zwaśnionych frakcji (choć nie wykluczam, że prywatnie chylą się ku którejś z nich). Artykuły sygnowane nazwiskiem któregoś z nich bierzcie w ciemno. Mógłbym tutaj podlinkować parę takowych ze starych numerów Kultury Liberalnej, lecz ze zrozumiałych względów wywiady o takiej tematyce tracą szybko na aktualności.

Wyjście awaryjne, napisane w 2018 r., ale z głębokim oddechem, przez jakiś czas jeszcze nie straci. Matyja w syntetyczny sposób wyjaśnia, jakie procesy ukształtowały polską politykę w 1989 r. i doprowadziły do beznadziejnej, spolaryzowanej, ogłupiającej sytuacji z przełomu drugiej i trzeciej dekady bieżącego wieku. Proponuje też receptę na poprawę stanu rzeczy, lecz akurat jego rozwiązania – choć trudno odmówić im słuszności – jawią się zbyt ogólnikowo. Książka utrzymana jest w tonie publicystycznym i polemicznym, niegruba (niecałe 200 stron), przyjemna w czytaniu.

Z co ciekawszych cytatów:

O znaczeniu instytucji: Zaniedbania w sferze instytucjonalnej przebudowy państwa są dobrze widoczne: prawie nikt nie starał się odbudować rdzenia państwa – silnego ośrodka umożliwiającego rzeczywiste i legalne rządzenie krajem, które opierałoby się na wykwalifikowanej i zdystansowanej wobec partyjnego sporu biurokracji konstytucyjnej.

Podsumowanie problemu: Mówimy zatem przede wszystkim o wyjściu z pułapki, która odebrała wielu obywatelom zdolność krytycznego myślenia, pozbawiła media nawyku bezstronności, zredukowała debatę publiczną do poziomu emocjonalnych deklaracji lojalności wobec narracji jednej ze stron. Każdą z postaw choćby odrobinę odmiennych od tych narracji uznaje się za szkodliwy symetryzm lub tchórzliwy rozkrok. Jeżeli przegramy – mówią obie strony – to przez tych, którzy choć powinni być z nami, mieli wątpliwości i dzielili włos na czworo.

Miller ujął to jakoś inaczej…: Polityków kształtują nie sukcesy, lecz momenty, w których przegrywają.

O transformacji ustrojowej: Potentaci z listy najbogatszych Polaków nie wymyślali nowych produktów, ale dobrze wykorzystywali kontakty z politykami i ludźmi służb, dostęp do kredytów.

Elity a reszta: O ile zjawisko korozji elit jest powszechne w całym zachodnim świecie, o tyle w krajach, w których elity te były słabe i zwykle oparte tylko na kontroli kapitału kulturowego, korozja niszczy od razu całą tkankę, a nie jedynie jej powierzchnię.

Przeczytane w 2021 (3)

Najstarsza & najbardziej zaskakująca:
Myśli nowoczesnego Polaka (Roman Dmowski)

Miniony rok był chudy ilością przeczytanych książek, toteż w zestawieniu zabrakło tytułów i jakaś pozycja trafić musiała do dwóch kategorii. Jednakże Roman Dmowski, człowiek, który w trzech językach wyszarpał w Wersalu niepodległość dla Polski, zasługuje na dubla jak mało który autor. Myśli nowoczesnego Polaka są wszak wielkim klasykiem polskiej myśli politycznej. Evergreenem… albo everbrownem, jak stwierdziliby zjadliwi liberałowie uważający MNP za wykwit nacjonalistycznej, prefaszystowskiej ideologii.

Dmowskiemu bardzo, bardzo daleko do miana słowiańskiego stryjka Hitlera. Myśli… nie są również antysemicką ramotką opisującą przyciężkim językiem wyzwania, ziew, stojące przed Polakami pozbawionymi własnego państwa. To diagnoza polskiej mentalności, kawał znakomitej (aczkolwiek prawicowej!) eseistyki, która zaskakująco mało się zestarzała. Wierzcie lub nie – dopóki sami nie przeczytacie, dopóty nie macie prawa uwierzyć – że gdyby uwspółcześnić szyk wyrazów w zdaniu i zastąpić odniesienia do Polski rozbiorowej odniesieniami do konfliktu PO z PiS-em, a potem postawić tak zremasterowane Myśli… na półce z nowościami, nikt nie zorientowałby się, że artykuły obchodzą w tym roku 120. urodziny.

Na zachętę kilka przenikliwych cytatów (zachowałem pisownię oryginalną):

Czytaj dalej Przeczytane w 2021 (3)

357

Nie, nie cofamy się w przeszłość, to nie jest wpis trzysta pięćdziesiąty siódmy. W takim razie musiałbym znowu pisać o śmierci i nadprzyrodzoności.

W przeciągu paru ostatnich miesięcy posmakowałem uchem wszystkich audycji muzycznych Radia 357, internetowego radia społecznościowego powstałego na zgliszczach starej Trójki. Kilka dni temu rozmawiałem o losie PR3 z M.F. Doszliśmy do wniosku, że legendarna częstotliwość z Myśliwieckiej miała nieszczęście wpaść z jednej skrajności (KWA = Klub Wzajemnej Adoracji im. Piotra Bukartyka) w drugą (CzId = Czystka Ideologiczna).

Oto przygarść trzypięćsiódmych rekomendacji. Jeżeli jednak komuś wydaje się, że na podium postawię piątkową listę przebojów, to pogrążył się w większym błędzie niż Niedźwiecki liczący głosy „oddane” na Kazikowy ból.

Czytaj dalej 357

Przeczytane w 2021 (2)

Najcieńsza:
Niebezpieczne litery (Grzegorz Fijas)

Niebezpieczne litery krótki przewodnik po typografii XX wieku

Jednym z moich niszowych zainteresowań jest – od niedawna – typografia.

Pierwszy z brzegu obywatel – choćby nawet opanował abecadło w wieku przedszkolnym – nie wie prawie nic o graficznym, maszynowym nośniku krwioobiegu naszej kultury i społeczeństwa. Pismo towarzyszy nam na każdym kroku od wczesnego dzieciństwa aż po grobową deskę, lecz nasze rozeznanie w krojach czcionek kończy się zwykle na umiejętności odróżnienia fontu szeryfowego od bezszeryfowego. A przecież ciekawość powinna pobudzić już wielka trójca wczesnego Office’a: Skąd wziął się dostojny Times New Roman i dlaczego obecnie wydaje się przestarzały? Dlaczego Arial jest nudny? Na czym polega subtelna brzydota pozornie bardzo regularnego Courier New?

Grzegorz Fijas, grafik i projektant, dwa lata temu wypuścił w świat darmową, pięknie złożoną, niegrubą książkę o typografii. Jej kręgosłup stanowią treściwe, ilustrowane, gęsto okraszone ciekawostkami opisy dwudziestu dwudziestowiecznych krojów czcionek. Fijas wyjaśnia, że nowe fonty często są odpowiedzią na przeróżne wizualne dylematy; że nierzadko wiążą się z zagadnieniami politycznymi (tak!); i że bywają mocno osadzone w codzienności.

Jeżeli złapiecie typograficznego bakcyla, w następnej kolejności polecam:

  • inny darmowy, lecz anglojęzyczny ebook, o typografii praktycznej (tzn. nie o konkretnych krojach czcionek, tylko o eleganckim i poprawnym formatowaniu tekstu);
  • 50-minutową prelekcję Linusa Bomana o typograficznym dziedzictwie Microsoftu;
  • fanpage Fijasa na FB, gdzie znaleźć można takie smakołyki;
  • trzyipółkilowy album typograficzny Paula McNeila, w sam raz do przeglądania dla gości, gdy akurat kończycie przygotowywać tatara.

Ach, jeszcze mały coming-out: Ściągnąłem sobie dodatkowe kroje czcionek na Kindla. Zmieniam co książkę.