Kompania braci bliźniaków

kompania_braci.jpg

Obejrzałem nareszcie Kompanię braci i przesadzając tylko trochę powiem, że wynudziłem się jak mops majora. Dziesięć godzin strzelania do Niemców z Garandów i CKM-ów w różnych sceneriach: nadbrzeżnej, wiejskiej, zimowoleśnej, nadrzecznej. Realizm ukazywanych akcji skutkował zwykle ekranowym chaosem w nużącej odmianie (chaos bywa czasami rozgorączkowany i fajny – ale nie tutaj). Z pewnością istnieją filmy, które zasługują na pogłębienie tła i rozwinięcie pewnych wątków w porządnym miniserialu, ale Szeregowiec Ryan – bezbłędny, skupiony, samowystarczalny – najwyraźniej do nich nie należał.

Wiem, że za powyższą opinię zostanę niezwłocznie postawiony przed sądem wojskowym i w trybie pilnym rozstrzelany. Kompania braci posiada wszak pułk fanów; jest serialowym odpowiednikiem Skazanych na Shawshank, to znaczy najwyżej ocenioną telewizyjną produkcją w serwisie IMDB. Niewykluczone, że w 2001 r. wywarła na widzach, którzy dopiero co wydostali się z oblężonych przez generała Spielberga i pułkownika Hanksa kin, ogromne wrażenie, gdyż podówczas serialowy krajobraz prezentował się zgoła biedniej niż obecnie. HBO dopiero uruchomiało małoekranowy Plan Marshalla. Ujmę więc swój osąd dyplomatycznie: Kompania braci zestarzała się nie najlepiej.

Mój zasadniczy kłopot z jej odbiorem jest wręcz komiczny. Nie odróżniałem bohaterów! Wszystkie twarzy zlewały mi się w jedną k…, ekhem, kompanię. I nie mnie jednemu: w internecie nietrudno wyczytać podobne skargi. Napisano nawet, że powtórne obejrzenie niewiele pomaga; fizjonomiczna szpica nie daje po prostu rady zrealizować w stu procentach powierzonego jej zadania.

Apologeci Kompanii braci stwierdzą, że o to właśnie chodzi. To miał być portret zbiorowy bohaterskiej Kompanii E 506. Spadochronowego Pułku Piechoty słynnej 101. Dywizji Powietrznodesantowej. Liczni, przemieszani ze sobą bohaterowie stanowią taktyczny środek prowadzący do słusznego celu. Gdyby wygładzić narrację, dostalibyśmy kolejną hollywoodzką bajeczkę o kilku żołnierzach-herosach, którzy w pojedynkę – no, może przy wsparciu artylerii – wygrywają wojnę ze Złymi Niemcami.

„Nuts!”, odkrzykuję za generałem McAuliffem. Realizm i zwarta narracja są do pogodzenia. Artyzm najwybitniejszych portretów zbiorowych polega przecież na tym, że wszystkie postacie można łatwo odróżnić. W Kompanii braci dużo do życzenia pozostawiają tzw. character arcs oraz scenariusze poszczególnych odcinków, którym najczęściej brakuje wyraźnego rozwinięcia, zwrotu akcji, punktu kulminacyjnego, zakończenia. Nie sugeruję, że wszystkie historie należało wyciąć tą samą sztancą, ale nie zaszkodziłoby skorzystać ze schematu więcej niż raz.

Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest odcinek ósmy pt. „Ostatni patrol”, w którym żołnierze z Easy stacjonujący w miasteczku Haugenau otrzymują ryzykowną, odrobinę bezsensowną – zważywszy na ogólną sytuację frontową – misję. Mają przepłynąć nocą rzekę pontonami i uprowadzić z niemieckiego posterunku paru żołnierzy – żeby potem ich przesłuchać i wywiedzieć się, ilu wrogich piechurów czai się po drugiej stronie i jakie są ich plany. Tylko w tym epizodzie tryby narracyjnej machiny zostały starannie naoliwione: widz nadąża, rozróżnia twarze, emocjonuje się strzelaniną, wzrusza.

Jako całość Kompania braci bez wątpienia odznacza się nienagannym warsztatem produkcyjnym. Scenografia, rekwizyty, efekty, pirotechnika stoją na najwyższym poziomie. Na froncie technicznym zmiażdżono przeciwnika. Medale Honoru zostały hojnie i zasłużenie rozdane.

Niestety, przegrano ważniejszą bitwę – o serca i umysły widzów. Nie czułem łomoczącego w piersi napięcia podczas lądowania w Normandii – bo nie zdążyłem poznać bohaterów i nie wiedziałem za bardzo, co się dzieje. Nie przejmowałem się ich losami i nie płakałem nad zabitymi w Ardenach – bo nie wiedziałem, kto jest kim, a nazwiska poległych absolutnie nic mi nie mówiły. Nie porwała mnie radosna ulga wiosennych miesięcy 1945 r. – bo ekran znów zaludnili jacyś nieznani szeregowcy.

Dziesięć godzinnych odcinków. O półtorej godziny krócej trwają łącznie Najdłuższy dzień (1978; John Wayne, Sean Connery, Robert Mitchum, Richard Burton), wspomniany Szeregowiec Ryan (1998; Tom Hanks, Matt Damon) oraz O jeden most za daleko (1977; James Caan, Michael Caine, Sean Connery, Anthony Hopkins, Gene Hackman, Laurence Olivier, Robert Redford, Liv Ullmann). Sierżancie Bingewatcher, atakujcie z głową!

Reklamy

Obejrzane w 2017 r.

five_came_back

Gdybym pracowicie policzył linijki w pliku obejrzane_2017.txt, mógłbym obwieścić światu, ile jakich filmów widziałem w zeszłym roku. Tylko kogo właściwie to obchodzi?

Lepiej ograniczyć się do treściwych zestawień — treściwszych niż zwykle, bo o prawie wszystkich zeszłorocznych, pełnometrażowych seansach pisałem sumiennie w 1000-znakowych Filmorysach. Dziś więc mogę po prostu odciąć kupony i rozrzucić linki.

Notabene, owe tysiącznakowce były fajnym ćwiczeniem formy, jednak z czasem zbrzydło mi skrzętne zamienianie „ale” na „lecz” celem dodania bądź odjęcia litery. W tym roku Filmorysów będzie zatem mniej, albo nawet nie pojawią się w ogóle. Być może ich kosztem uda mi się więcej pisać o przeczytanych książkach. A może nie.

Ciekawostka: Na pięć poniższych list trafiło łącznie 39 tytułów. Prawie połowa z nich to nowości, tzn. filmy i seriale wyprodukowane w latach 2016-2017. A właściwie ponad połowa, ponieważ należałoby odliczyć powtórki (czyli obejrzane ponownie klasyki), które z definicji świeżością się nie odznaczają. Najwyraźniej coś się u mnie zmieniło, ponieważ kiedyś oglądałem głównie starocie.

Czytaj dalej

Hitler w dużym pokoju

Nordic_Resistance_Movement_flag

Obejrzałem polecony mi przez kol. ob. Arka półtoragodzinny dokument pt. Wojownicy rasy (tytuł oryginalny: Rasekrigerne) wyprodukowany przez norweską telewizję publiczną NRK. Rzecz świeżutka jak Adolf w 1933 r. Swą premierę telewizyjną miała raptem tydzień temu.

Enerkowscy reporterzy przez dwa lata obserwowali z bliska członków Nordyckiego Ruchu Oporu (NMB, od Den nordiske motstandsbevegelsen), neonazistowskiej organizacji założonej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Rozmawiali z jej szefami, towarzyszyli łysym szeregowcom na wiecach, demonstracjach, zjazdach i nożowych piknikach.

Skandynawskie służby bezpieczeństwa uważają NMB za najniebezpieczniejsze skrajnoprawicowe ugrupowanie w regionie. Dwa lata temu szwedzkie skrzydło utworzyło partię. Następne wybory parlamentarne odbędą się za rok; zobaczymy, jak powiedzie się brodatym, wytatuowanym chłopakom w demokratycznej walce o władzę.

NRK pragnęło przedstawić „Nordyków” w neutralnym, obiektywnym świetle. Dokumentaliści na ich prośbę nie stosują określeń „naziści” ani „neonaziści”, które NMB uważa za polityczne obelgi ustawiające apriorycznie optykę dyskusji. W Wojownikach rasy członkowie ugrupowania są więc konsekwentnie nazywani „narodowymi socjalistami”, zgodnie z ideologią, z którą się utożsamiają.

simon_lindberg.PNG
Simon Lindberg

Zamiar neutralności zrealizowano w stu procentach. Reporterzy przeprowadzili wywiady m.in. z Simonem Lindbergiem i Håkonem Forwaldem, przywódcami odpowiednio szwedzkiej i norweskiej frakcji NMB. Pytania są proste, konkretne. „Kto jest twoim wzorem do naśladowania?”. „Jakie jest wasze zadanie?”. „Co sądzisz o Holokauście?”. „Czy rozmawiałbyś ze mną, gdybym był Żydem?”. Przepytywani nie owijają w bawełnę. „Politycznie rzecz biorąc: Hitler”. „Walka z homoseksualnym lobby”. „Systematyczna eksterminacja narodu żydowskiego w czasie Drugiej Wojny Światowej się nie wydarzyła”. „Nie, nie moglibyśmy rozmawiać, gdybyś był Żydem [śmiech]”. Tylko na jedno pytanie udzielają oględnej odpowiedzi. „Ilu was jest?”. „Nie powiem”. „Dlaczego?” „Liczy się jakość członków, nie ilość”.

Żadnych adnotacji czynić nie będę. Dokument w obiektywny sposób sportretował środowisko skandynawskich neonazistów. Wielka to sztuka. Nietaktem z mojej strony byłoby więc wyrażać własną opinię na temat NMB. Niech każdy wyrobi ją sobie sam. Wojowników rasy w ślad za Arkiem gorąco polecam, wersja z angielskimi napisami dostępna jest tutaj. Nie mam pojęcia, czy i kiedy pojawi się tłumaczenie polskie.

Poniżej komentuję cztery sprawy. Będzie mowa o kłamstwie Holokaustu, niezwykłych babciach, szwedzkiej policji i norweskiej telewizji. Vorwärts!

Czytaj dalej

Mózg Spocka

startrek-tos3-08

Skończyłem oglądać trzeci, ostatni sezon starego Star Treka. Moja pięcioletnia misja dobiegła końca. Będę żył długo i pomyślnie.

Zgrabne bon moty zgrabnymi bon motami, ale przyznajmy od razu, że analogia z pięcioletnią misją jest blagą na dwóch poziomach. Star Trek: The Original Series zacząłem oglądać wiosną 2015 r. Zabierałem się do niego przez wiele lat, ale kroplą, która przelała czarę nostalgii, była śmierć Leonarda „Spocka” Nimoya. W 2016 r. zrobiłem sobie przerwę. Serial dokończyłem niedawno. Enterprisem podróżowałem raptem trzydzieści miesięcy.

Jednakże misja nie dobiegła w gruncie rzeczy końca. Nie mam bynajmniej na myśli wszystkich kolejnych serii – The Next GenerationVoyagerDeep Space NineEnterprise – które przy moim tempie oglądania absorbowałyby mnie przez najbliższą dekadę. Pozostanę na razie w orbicie „starego” ST. Otóż zamierzam obejrzeć także serię animowanąoba seriale fanowskie i sześć filmów fabularnych, a potem przejść dwie przygodówki. Jak nerdzić to nerdzić!

Czytaj dalej

Tedious Things

stranger_things2-2

…czyli dlaczego kontynuacja serialu Stranger Things, netfliksowego objawienia zeszłorocznych wakacji, jest do bani.

Głównie dlatego, że nie powinna była w ogóle powstać. Pierwszy sezon zafundował nam przecudną, sentymentalną wyprawę w lata 80. Sam fakt rozegrania fabuły w tamtej dekadzie był drugorzędny. Liczyło się to, że reżyserzy, zdjęciowcy, scenografowie, kompozytorzy i ludzie odpowiedzialni za kostiumy skrupulatnie zrekonstruowali retroatmosferę. Na kamery tudzież w post-produkcji nałożono odpowiednie filtry, na ulice Hawkins wyjechały samochody z epoki, wygrzebano skądś nostalgiczne rekwizyty, zadbano o odpowiednie fryzury i wąsy, w tle zabrzmiała wyśmienita syntetyzatorowa muzyka Michaela Steina i Kyle’a Dixona składająca hołd elektrycznym snom Tangerine Dream, Vangelisa, Johna Carpentera, Jeana-Michele Jarre’a.

stranger_things2Na wysokości zadania stanęli także scenarzyści, którzy ułożyli historię wtórną do bólu, ale właśnie dzięki swej wyrachowanej odtwórczości będącą strzałem w dziesiątkę: grupka dzieciaków z małego amerykańskiego miasteczka natrafia na coś Paranormalnego i Groźnego. Antagonistami są żołnierze i przedstawiciele rządu, protagonistów wspiera starsze rodzeństwo, (niektórzy) rodzice i miejscowy szeryf. Materiał jak znalazł na dziesięcioodcinkowy serial. Podróż w popkulturową przeszłość udała się bez pudła, czego nie można powiedzieć o mającym podobne ambicje, o pięć lat wcześniejszym Super 8.

Po co kręcić ciąg dalszy? Wiadomo, dla pieniędzy, ale skoro już, trzeba było zdecydować się na format antologii w rodzaju American Horror Story. Drugi sezon mógł przecież opowiadać zupełnie nową historię w tym samym stylu. Może teraz coś o UFO? Albo o demonie żyjącym w kanałach i żerującym na lękach małoletnich? Rzekomo bracia Duffer chcieli nakręcić remake Tego Stephena Kinga, ale producenci wybrali Andy’ego Muschiettiego. Gdyby druga część ich serialu stanęła chytrze w szranki z nową ekranizacją i ją przerosła – co nie byłoby trudne – nikomu nie chciałoby się nawet zarzucać duetowi mściwego półplagiatu.

Umieszczenie akcji w latach 80. stanowiłoby oczywiście warunek sine qua non, chociaż geografia mogłaby z pożytkiem dla serialu ulec zmianie. Zamiast szykującego się do nadejścia zimy miasteczka w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych – na przykład głęboka prowincja amerykańskiego Południa. Albo któraś z metropolii na Wschodnim Wybrzeżu. Albo słoneczna Kalifornia. Albo mroczne lasy Oregonu. Mulder i Scully jeździli sobie w różne miejsca, to i Duffertowi bohaterowie też by mogli. Aktorzy zaś nie musieliby się wcale zmieniać. Wystarczyłoby, że wcieliliby się w nowe role. Winona Ryder jako wścibska dziennikarka? David Harbour jako psychopatyczny zabójca? Finn Wolfhard jako wredny łobuz? Ależ proszę.

Niestety, bracia Duffer poszli po linii najmniejszego oporu i po prostu odgrzali kotleta. Tym razem odtwórczość zadziałała na szkodę Stranger Things. Akcja rozkręca się wolniej. Obejrzawszy dwa pierwsze epizody chciałem rzucić ST2 w cyfrowy kąt (w tym roku posiadłem wreszcie szalenie przydatną umiejętność szybkiego rezygnowania z dalszego oglądania serialu, jeśli początkowe odcinki nie spełniają pokładanych w nim oczekiwań), lecz zgodnie z zasadą „do trzech razy sztuka” dałem mu jeszcze jedną szansę. W trzecim odcinku coś wreszcie ruszyło. Środkowa część drugiego sezonu jest niezła, przyznaję, ale pod koniec ST2 znów siada, dusząc się pod ciężarem zbędnych wątków.

Teraz konkrety i spojlery.

Czytaj dalej

Czas amoku

mirror_mirror

Półtora roku temu wypowiedziałem się w ciepłych słowach o najwcześniejszym ze Star Treków, czyli o pierwszym sezonie pierwotnego serialu telewizyjnego z drugiej połowy lat sześćdziesiątych. W przeciągu kilku ostatnich miesięcy skończyłem oglądać drugą część. Wrażeniami dzieliłem się na gorąco ze Spock… to znaczy z Sejim. Impresje po skompilowaniu stały się silnie subiektywnym, zwięzłym przewodnikiem po odcinkach, który wrzucam teraz na blog w celach archiwalnych. Przypuszczam, że nie zainteresuje nikogo, kto sam tamtych epizodów nie oglądał – chociaż z drugiej strony może kogoś kiedyś moje spostrzeżenia skuszą do samodzielnego zapoznania się z tym klasycznym serialem SF. Bo chyba warto.

Tytuły odcinków, które podobały mi się najbardziej, zaznaczam na zielono.

Czytaj dalej

Świat według Andrzeja

frederick_dielman-history

inicjalWsiadasz do swojego ulubionego wehikułu czasu, ustawiasz tempomat na tysięczny rok przed Chrystusem, a geolokator na, dajmy na to, ówczesne Chiny. Nie zabawiasz jednak w starożytnym Państwie Środka zbyt długo. Uprowadzasz tylko jakiegoś średnio rozgarniętego, skośnookiego urzędnika i w try miga przywozisz z powrotem do dwa tysiące siedemnastego.

Załóżmy, że znasz jego język. Chcesz pokazać naszą epokę. Zaczynasz od techniki. Wciskasz do ręki smartfona. Próbujesz wytłumaczyć co i jak. Szanse powodzenia? Bliskie zeru. Działanie nowoczesnego telefonu komórkowego opiera się na tylu zaawansowanych koncepcjach – ekran dotykowy, system operacyjny, internet, media społecznościowe, sieć telekomunikacyjna, podzespoły elektroniczne, fale elektromagnetyczne, prąd – że za Chiny ludowe nie dałoby się go wyłuszczyć osobie przednowożytnej. Twój gość jest wstrząśnięty i zmieszany.

Zmieniasz więc temat. Rozmawiacie o polityce. Opowiadasz o skorumpowanym burmistrzu, którego proces toczy się od ponad roku, ale którego nie idzie skazać, bo ma koneksje. Przez twarz gościa przemyka cień uśmiechu. Opowiadasz o Unii Europejskiej, o problemach politycznych związanych ze scaleniem rozległego regionu w jeden pseudopaństwowy organizm, o kosmopolitycznych elitach, którym nie ufają zwykli obywatele. Starożytny Chińczyk uśmiecha się szerzej. Opowiadasz o historii politycznej XX wieku, o zawieruchach, wojnach, ludobójstwach. Twój gość kiwa gorliwie głową, bynajmniej nie dlatego, że rajcują go holokausty. „Tak, tak! Korupcja, nieudolne traktaty, dyktatorzy. U nas też tak jest!”

Jaki wniosek płynie z tego prostego eksperymentu myślowego? W przeciągu minionych tysiącleci – a w zasadzie w przeciągu ostatnich stu-dwustu lat – technika poczyniła postępy tak olbrzymie, że w jej wymiarze naszą cywilizację dzieli od czasów dawniejszych nieprzekraczalna przepaść. Jednakże w sensie politycznym tkwimy wciąż w tym samym miejscu. Chełpimy się demokracją i prawami człowieka, ale ta pierwsza jest wszak wynalazkiem starożytnych Greków, a te drugie istnieją zbyt krótko, by dało się stwierdzić, jaki wpływ będą miały na politykę w perspektywie wieków. Jak dotąd zestaw bolączek ustrojowych nie zmienił się ani na jotę. O polityce pogadałbyś bez problemów i z poddanym Filipa II, i z kupcem z rubieży Cesarstwa Rzymskiego. O używanych samochodach – nie.

Czytaj dalej

Obejrzane w 2016: Seriale

black_mirror-nosedive
W niedalekiej przyszłości psychoterapeutów zastąpią analitycy internetowej popularności.

Obrodziło kapitalnymi serialami. Od wiosny jak łysy na perukę czekałem na kontynuację Black Mirror zapowiedzianą przez Netlix. Ten rewelacyjny — i przerażający, choć nie w horrorowym sensie — brytyjski serial wychwalałem rok temu po obejrzeniu pierwszego sezonu.

Przypomnijmy pokrótce, o co chodzi: każdy z odcinków Czarnego lustra stanowi osobną, zamkniętą całość i daje widzowi sposobność do zastanowienia się, w jaki sposób postęp technologiczny odmieni (zdeformuje) w niedalekiej przyszłości nasze życie, psychikę i społeczeństwo. Proponowane „wynalazki” nie są wydumane, wprost przeciwnie; scenarzyści wiążą je zwykle z tzw. „rzeczywistością rozszerzoną”, która powinno zawitać na dobre pod strzechy, czy raczej do gałek ocznych i do kory mózgowej, w przeciągu parudziesięciu lat.

Trzeci sezon Black Mirror, dwa razy dłuższy niż zwykle — czyli liczący całe sześć odcinków (sic!) — doskoczył do wysoko zawieszonej przez poprzedników poprzeczki. Cztery epizody poruszają na przeróżne sposoby temat hejtu. Obserwujemy swoisty „antyhejt” sterowany przez appkę do oceniania ludzi (Nosedive), drastyczne przypadki zaawansowanego trollingu (Shut Up and Dance) oraz „hejtową” kontrolę umysłów (Men Against Fire). Natomiast półtoragodzinny, będący w zasadzie pełnowartościowym kryminałem SF Hated in the Nation ukazuje, w jakich okolicznościach hejt mógłby stać się śmiercionośną bronią w ręku terrorystów.

black_mirror-san_juniperoOdcinkiem najwybitniejszym jest jednak eschatologiczne San Junipero, zilustrowane niezapomnianymi szlagierami z lat osiemdziesiątych oraz surrealną oryginalną ścieżką dźwiękową Clinta Mansella (Reqiuem dla snu). Odcinkiem najstraszniejszym natomiast — Playtime. Oba opierają się na twiście. W San Junipero przekora zmiana dekoracji następuje mniej więcej w połowie, natomiast na twist Playtime musimy czekać do ostatniej minuty… i serce podchodzi nam do gardła, a krew ścina się w żyłach, gdy uświadamiamy sobie, co właściwie oglądaliśmy przez ostatnią godzinę. Metapoziom jak ta lala.

Jeżeli miał(a)byś obejrzeć tylko jeden z polecanych w tej notce tytułów, niech to będzie właśnie Black Mirror! Albo…

Czytaj dalej

Obejrzane w 2015: Seriale

House of Cards

Pierwszy sezon wyróżniał się polityczną drapieżnością. Łatwo przychodziło uwierzenie, że to nie serial, lecz brutalna rzeczywistość kuluarów amerykańskiego parlamentu. W sezonie drugim cyniczny, przełamujący czwartą ścianę Kevin Spacey nie robił już takiego wrażenia, jednak serial nadrabiał dobrze poprowadzoną intrygą polityczną. Wszystkie odcinki można było znów z niekłamaną przyjemnością obejrzeć „na raz” w przeciągu weekendu.

Niestety, w sezonie trzecim tendencja spadkowa jest coraz wyraźniejsza. Trudno kibicować bohaterowi realistycznego (w zamierzeniu) serialu, któremu wszystko się udaje, nawet jak nie od razu, to z czasem; jeszcze trudniej, gdy bohater ten w zasadzie znalazł się już na szczycie i nie wiadomo, co niby miałoby być jego kolejnym celem. Wątek ze Stamperem poszukującym Rachel jest zbędny, a homoseksualne tropy powodują, że widz momentami podnosi ręce w bezradnym geście. Finałowy zwrot akcji każe co prawda zainteresować się w marcu sezonem czwartym… ale jeżeli się skuszę, to tylko z rozpędu.

Notabene, obejrzałem też pierwszy sezon brytyjskiego House of Cards z 1990 r. Pierwowzorowi telewizyjnemu (przedtem była jeszcze książka) na plus liczy się to, że scenarzyści z Wysp potrzebowali tylko czterech odcinków na opowiedzenie tej samej historii, którą ich koledzy zza Atlantyku rozciągneli na epizodów kilkanaście. Minus stanowi natomiast Ian Richardson, niby aktor szekspirowski, który niemniej w roli Francisa wypada gorzej niż Kevin Spacey, a jego maniera wpychania twarzy w kamerę, gdy zwraca się do widza, wypada bardzo nachalnie. Oglądania kontynuacji pt. To Play the King poniechałem w połowie.

house_of_cards-s4

Czytaj dalej

Tańcz, świnio, tańcz

warsaw_shoreOd lat nie mam w domu telewizji. Mój poziom tolerancji na intelektualną mieliznę oferty programowej (nie wspominając o reklamach) jest zatem bardzo niski: nie umiem już oglądać tiwi z braku laku i irytuję się, gdy ktoś robi to przy mnie. Z drugiej strony wieloletni okres kablowej abstynencji uodpornił mnie całkowicie na odmóżdżający wpływ szklanego ekranu. Potrafię obejrzeć na upartego nawet subtelnie głupi program i mieć całkowitą pewność, że wszystkie aspekty jego debilizmu dostrzegę i że spłyną one po mnie jak woda po kaczce. Dlatego bez najmniejszych obaw o własną kondycję psychiczną postanowiłem uraczyć się pierwszym odcinkiem niesławnego już reality show pt. Warsaw Shore. Wciągnąłem się.

Zafascynował mnie postęp, jaki dokonał się w dziedzinie antropologicznych badań terenowych. Dawniej, gdy antropolog chciał przyjrzeć się z bliska imprezowym mułom tudzież przygłupim laskom, musiał z narażeniem zdrowia i życia pałętać się po klubach i przekradać do spelunek na after-party. Teraz wystarczy, że w niedzielny wieczór włączy MTV i zasiądzie z notesem przed telewizorem. Ekipa z Warszawy składa się bowiem z szeregu nadzwyczaj barwnych postaci: mamy dziewoję wciągającą wódkę szklankami i klejącą się do łysych mięśniaków, mamy kolegę, którego serce „od razu pomaszerowało do bzykalni”, mamy blondynkę, której zdjęcie powinno posłużyć za ilustrację „pustaka” w najnowszej edycji encyklopedii PWN-u. Warsaw Shore to wulgarna, ale na swój sposób hipnotyzująca mozaika wzorców kulturowych i relacji międzyludzkich z dolnej półki; dosadne, krzykliwe uzupełnienie dokumentu Czekając na sobotę. Parafrazując kolegę z Facebooka: Frytka z Big Brothera przy Ekipie… to zakonnica.

Zafascynował mnie sądowniczy potencjał programu. Krajowe Stowarzyszenie Feministyczne powinno pozwać producentów za przedstawianie kobiety jako towaru służącego do przelizania i zaliczenia, którego podmiotowość ogranicza się do nieskrywanej chętki na owo przelizanie-cum-zaliczenie. Polski Klub Dżentelmenów powinien pozwać producentów za promowanie stereotypu, według którego prawdziwy mężczyzna deleguje wyższe procesy myślowe do swojego „wielkiego naganiacza” między nogami. Urząd Miasta Warszawy powinien pozwać producentów za wykorzystywanie wizytówek stolicy – PKiN oraz Stadionu Narodowego – jako teł dla przebitek ze skrajnie kretyńskimi wypowiedziami uczestników i uczestniczek.

Zafascynowało mnie tempo pierwszego odcinka. To czterdzieści minut montażu porównywalnego pod względem szybkości ze zwiastunem sensacyjnego filmu. Co rusz następują cięcia, jakby realizatorzy bali się, że zbyt wiele zdań wypowiedzianych pod rząd przez któregoś z bohaterów doprowadzi do przeciążenia systemu i spalenia obwodów. Tymczasem panowie i panie do powiedzenia mają bardzo dużo, komentują hojnie swoje poczynania i dzielą się nadzwyczaj ciekawymi spostrzeżeniami. Kurwy leją się przy okazji szerokim strumieniem, będąc już nawet nie przecinkami, ale integralną częścią wszystkich wypowiedzi. Oglądam i trudno mi uwierzyć, jak daleko zaszła pauperyzacja telewizyjnego języka – bo przecież Warsaw Shore nie jest żadną rewolucją, a jedynie odważnym krokiem w kierunku wytyczanym konsekwentnie od wielu lat.

Zafascynowała mnie wreszcie hipokryzja nadawcza i naiwność odbiorcza związana z programem. Hipokryzja – bo przecież głównym motorem napędzającym i uczestników, i widownię, jest obietnica ciupciania. Gdy jednak przychodzi co do czego, realizatorom niewiele wolno pokazać, gdyż w przeciwnym razie reality show zamieniłoby się w pornowidowisko, a tego Rubikonu mainstreamowa stacja telewizyjna na razie nie śmie przekroczyć. Naiwność – bo opinia publiczna na wyścigi bulwersuje się żenującym poziomem Warsaw Shore, tak jakby było to gówno podrzucone chyłkiem do jedwabnej ramówki. Tymczasem na program może oburzać się tylko ktoś, kto telewizję ogląda regularnie i kto usilnie próbuje udawać sam przed sobą, że warto spędzać czas przy więcej niż jednym procencie nadawanych programów.

Z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek.