Najlepsze z usłyszanych 2021

Oto moja playlista najfajniejszych, najciekawszych, najładniejszych, najbardziej chwytliwych piosenek, jakie miałem przyjemność w tym prawie już minionym roku usłyszeć. W sam raz na Sylwestra. Tańcujcie sobie do rana.

A dla tych, którzy nie mają czasu na 78 kawałków i 6 godzin 15 minut muzyki, wyszczególniam 10 konkretnych, przykładowych propozycji z playlisty:

Szczęśliwego Nowego Roku!

(Playlista na Spotify)

Najlepsze z usłyszanych 2020

Rozglądasz się właśnie za eklektyczną plejlistą mieszającą piosenki stare i nowe, znane i nieznane, w przeważającej większości „mainstreamowe”, ale niekiedy kuriozalne? Proszę bardzo. Oto 58 piosenek, które wpadły mi głęboko w ucho w minionym roku. Znajdziesz tam na przykład:

  • pokaźną porcję indie z obfitego soundtracku Better Call Saul;
  • przejmującą Guajirę Santany;
  • kawałek, który samplował Eminem do swego największego hitu;
  • siedemnastominutowego przedstawiciela rocka progresywnego rodem z Norwegii;
  • rewelacyjny cover wykonany przez Williama Shatnera, tak, tego samego, który wcielił się w kapitana Kirka w pierwszym Star Treku;
  • gwinejski jazz z końca lat 70.;
  • niezapomniane utwory Robbiego Robertsona napisane do ścieżki dźwiękowej Irlandczyka;
  • poezję śpiewaną w wykonaniu Czesława Mozila oraz Meli Koteluk (ale tym razem nie w duecie);
  • magiczną interpretację Manhattanu Leonarda Cohena;
  • polski synthwave (polecił Arek, dzięki);
  • potężną kolędę Binga Crosby’ego;
  • szlagier Cindy Lauper, którego jakoś nigdy wcześniej nie słyszałem;
  • fragmenty OST z drugiego Silent Hilla i trzeciego sezonu LOST-a.

Wystarczyło na zachętę? No to plej, bo Ivan Kirchuk już czeka i chce opowiedzieć o starej Białorusi.

Najlepsze z usłyszanych w 2019

Dziesięć świetnych utworów, które usłyszałem w minionym roku (linki prowadzą na YT, a tutaj playlista):

G-Eazy ft. Son Lux: Eazy – ostatni utwór na ostatniej płycie G-Eazy’ego jest wyborny. Ośmielam się traktować go jako gwarancję jakości nowego albumu, który ukaże się jeszcze w tym roku (These Things Happen Too).
Sokół ft. Lena Osińska: Koniec gatunku – cóż za historię nam Sokół tutaj nawinął!
Lana Del Rey: Venice Bitch – siedem długich lat po Born to Die Lana nareszcie powróciła do formy i na wysokości Venice Bitch – z jej długą, psychodeliczną wstawką – osiągnęła maksimum swego najnowszego albumu.
Shawn Mendes & Camilla Cabello: Señorita – najseksowniejszy duet od czasu Something Stupid w wykonaniu Nicole Kidman i Robbiego Williamsa.
Lee Scratch Perry: Disco Devil – „…the disco devil dressed as a disco rebel”. Teraz marzę o podkoszulku z takim nadrukiem.
Anohni: 4 Degrees – Greta dostaje ataku paniki za każdym razem, gdy słyszy ten kawałek.
Madonna: Pray for Spanish Eyes – ileż jeszcze nieodkrytych (przeze mnie) pereł skrywa dorobek Madonny?
Karin Krog & John Surman: New Spring – na chwilę obecną jest to najdoskonalszy znany mi przedstawiciel awangardowego jazzu.
Stevie Wonder: Living for the City – cytując anona z Tuby: „Jakim sposobem niewidomy facet widzi więcej niż my wszyscy?”.
Robert Glasper Experiment: Smells Like Teen Spirit – cudowna aranżacja Cobainowskiego klasyka.

Dziesięć znakomitych płyt, które poznałem w minionym roku (linki prowadzą do Spotify z jednym jutubowym wyjątkiem):

Czytaj dalej Najlepsze z usłyszanych w 2019

Muzyka świecka na niedzielę (1)

Po pierwsze: Profesjonalnie zmiksowany nu-jazz / neo-soul. Nie zaliczam się do zagorzałych fanów Roberta Glaspera, bo choć nie sposób odmówić mu znakomitego warsztatu, to na swoich „zwykłych” płytach popada jakby w dźwiękową rutynę. Jednak na epce „Black Radio Recovered” (2012) pokrewne dusze wycisnęły z twórczości Glaspera – współpracującego akurat z tuzami pokroju Eryki Badu, Mos Defa i The Roots – ostatnie soki dostarczając słuchaczom niespełna czterdziestu magicznych minut.

Czytaj dalej Muzyka świecka na niedzielę (1)

Blogrys Mixtape 2018

longplay

Szczęśliwego Nowego Roku! Wracam po bez mała półrocznej nieobecności; na razie wyłącznie po to, by zgodnie z blogową (blogosferową) tradycją podsumować miniony rok przeczytanymi książkami, obejrzanymi filmami oraz wysłuchaną muzyką. Zaczynamy od nut.

Jedno jedyne kliknięcie dzieli Was od

Blogrys Mixtape 2018,

zestawu 58 kawałków, które wpadły mi w ucho tak głęboko, że skrupulatnie zanotowałem tytuł i wykonawcę.

Jedną trzecią playlisty stanowi, przyznaję bez bicia, pop; drugą trzecią utwory z popowych pograniczy; trzecią trzecią zaś przedstawiciele innych, niekoniecznie jasno zdefiniowanych gatunków. Mixtape jest więc całkiem łatwy i bardzo przyjemny w słuchaniu. Nie usiłuje schlebiać wyrafinowanym melomańskim gustom, ale ze względu na jego eklektyczność mogę zaręczyć, że każdy wyłowi przynajmniej trzy… nie, pięć perełek. Przynajmniej!

Z przykrością stwierdzam, że w zestawie nie znalazła się ani jedna polska piosenka. Poza tym prawie w ogóle nie wrzucałem doń utworów z albumów, które podobały mi się od początku do końca, chociaż wiele takowych rozbrzmiewało w mym głośniku i słuchawkach w ubiegłym roku. No to w kolejności alfabetycznej i z króciutkimi omówieniami:

  • René Aubry: Petits sauts délicats avec grand écart (2018) – delikatna, przeurocza francuska elektronika, nieślubne dziecko Vangelisa i Jarre’a.
  • The Band: Music From Big Pink (1968) – ZESPÓŁ lepiej odkryć późno niż nigdy…
  • James Brown: 20 All Time Greatest Hits! (1991) – …podobnie jak Janusza Brąziaka, mistrza soulu (ale on obił mi się przynajmniej wcześniej o uszy).
  • Leonard Cohen: The Future (1992) – akurat tej płyty Cohena nie znałem jak dotąd w całości, chociaż kiedyś, dawno temu, przy pomocy pochodzącej z niej piosenki przetrąciłem Blogrysowi kręgosłup.
  • Diana & Marvin: Diana & Marvin [album pod linkiem jest niepełny, szukajcie całości na Spotify] (1973) – w minionym roku namiętnie słuchałem Marvina Gaye’a. Z Dianą Ross stworzył chyba duet wszech czasów, natomiast…
  • Marvin Gaye: What’s Going On (1971) – …na swoim legendarnym concept albumie jest cudowny w pojedynkę…
  • Marvin Gaye: Let’s Get It On (1973) – …i oczywiście warto zapoznać się z resztą jego dyskografii.
  • Genesis: We Can’t Dance (1991) – mam słabość do Phila Collinsa.
  • Sonny Landreth: Outward Bound (1992) – elektryczny blues jak marzenie.
  • Lao Che: Wiedza o społeczeństwie (2018) – najnowsza płyta Lao Che uchodzi wśród fanów za jedną ze słabszych w ich dorobku, ale w niczym mi to nie przeszkadza. Przesłuchałem ją już z dziesięć razy. Liczba mnoga bliżej Boga.
  • Madonna: Ray of Light (1998) – chciałbym, żeby wszystkie albumy popowe były choć w połowie tak przemyślane i sprawne warsztatowo jak światło Madonny.
  • Vangelis Papathanassiou: L’apocalypse des animaux (1973) – w końcu dane mi było przesłuchać w całości płytę, z której pochodzi urzekająca La Petite Fille de la mer.
  • Shakira: Laundry Service (2001) – do Shakiry też mam słabość!
  • Nina Simone: Little Girl Blue (1959) – nadgryzłem pokaźną dyskografię Simone. Jak na razie najbardziej podobała mi się jej debiutancka płyta, chociaż większość albumów wciąż przede mną.
  • Karsten Troyke: Noch Amul! (2012) – pierwszego września byłem w doborowym towarzystwie matki i żony na niezapomnianym koncercie Troykego, Niemca specjalizującego się w tradycyjnych piosenkach żydowskich.
  • Kamasi Washington: Heaven and Earth [nie ma na YT, szukajcie na S] (2018) – spiritual jazz bez pudła.

Zaledwie trzy z powyższych są rzeczywiście nowe, to znaczy datowane na 2018 r. Pozostałe odkryłem z zawstydzającym opóźnieniem. Tak już mam.

Blogrys Mixtape 2017

zycie_wedlug_singli

Parę lat temu bardzo spodobała mi się piosenka Dana Crolla pt. From Nowhere. Jej wartość zwiększał pomysłowy teledysk opowiadający o turnieju wpatrywania sobie w oczy bez mrugania. Wczoraj przesłuchałem wreszcie cały album pt. Sweet Disarray. Żena do kwadratu. Dobry był tylko tamten kawałek. Cała reszta to jakieś mruczando rodem z podrzędnego klubu studenckiego.

W Życiu Według Singli pisałem o takich właśnie utworach: bardzo dobrych (podług mojego ucha nastrojonego w danym momencie na muzykę lekką i przyjemną), ale pochodzących z płyt, które nie zachwycają od początku do końca. Dwa tysiące siedemnasty już się skończył, pora więc zebrać wszystkie te piosenki w jedną playlistę. Oto Blogrys Mixtape 2017. Liczy ponad sto kawałków. W prawie żadnym miejscu nie jest ambitny, ale eklektyczności mu nie odmówicie.

Cóż to, nie macie czasu na pięciogodzinną playlistę gościa pasjonującego się Eurowizją? Poniżej więc wersja skrócona, skondensowna do dwudziestu jeden tytułów, posegregowana, zagnieżdżona, nic tylko poklikać.

Czytaj dalej Blogrys Mixtape 2017

Życie według singli (4)

zycie_wedlug_singli

Oto dwadzieścia dwie chwytliwe i bardzo zróżnicowane – pod tym względem można na mnie zawsze liczyć – piosenki na koniec roku. Czekają tu na Was między innymi takie atrakcje jak:

Cała playlista kryje się tutaj.

Życie według singli (3)

zycie_wedlug_singli

Osoby, które mnie znają osobiście, albo które mnie nie znają, ale klikały uprzednio w polecane przeze mnie piosenki, doskonale wiedzą, że mój gust muzyczny porusza się w rejestrach alternatywnego popu (synthpopu, new wave’u, art popu, indie itd.) z częstymi odchyleniami w kierunku alternatywnego rocka (post-rocka, rocka progresywnego itd.), muzyki elektronicznej oraz (w porywach) klimatów jazzowych. Nad wszystkim sprawują pieczę Bracia Figo Fagot oraz Eurowizja.

Niewiele się w tej materii zmieniło.

Chociaż nie, zmieniło się; od kilku miesięcy słucham namiętnie gatunku, który przez całe życie nie tylko zaniedbywałem, ale którym wręcz pogardzałem: hip-hopu. Postanowiłem zaznajomić się chronologicznie ze wszystkimi kanonicznymi albumami hip-hopowymi. Jestem w tej chwili w okolicach roku 1990 r. Ale na notki, zestawienia i artykuły ilustrowane czarnymi, groźnymi, obwieszonymi złotem raperami przyjdzie jeszcze pora. Na razie trzymajmy się deklaracji stylistycznej z pierwszego akapitu.

W najnowszej plejliście („na lato”) proponuję równe pięćdziesiąt piosenek (w tym jedną ukrytą). Dominuje alternatywny pop, czasami żwawy, czasami melancholijny. Są też rodzynki. Mam nadzieję, że znakomita większość tych utworów jest nieznana i nieosłuchana, że stacje radiowe w ostatnich czasach nie katowały nimi bez końca słuchaczy. Sami sprawdźcie.

Ludziom, które nie gustują w alternatywnym popie, ale wierzą, że od czasu do czasu nawet i ja potrafię w muzycznym odmęcie wyłowić perełki, zwracam szczególną uwagę na pierwsze gejowskie country, żydowskie modlitwy, psychodeliczny rock w wykonaniu niemieckich metali, sentymentalny szlagier wylansowany przez nowy serial Netfliksu oraz krautrock o Maluchu.

A może by tak indywidualne dedykacje? Bądź co bądź wiem o kilkunastu osobach, które (chyba…) zaglądają tu regularnie. Możecie napisać w komentarzach, czy trafiłem (i dołożyć przy okazji cegiełkę do Blogrysowej społeczności; tak naprawdę nie interesuje mnie zbytnio, czy trafiłem, chodzi przede wszystkim o te cegiełki). Jeśli o kimś zapomniałem, to przepraszam. Niech się śmiało upomni na privie.

Dla Arka – bo powiedziałeś mi, żebym lecąc do Ekwadoru słuchał ekwadorskiej muzyki, a ja Ci odpowiedziałem, że będę słuchał BFF, żeby nie zapomnieć o Polsce. Latynoskiej muzyki sam sobie możesz posłuchać.
Dla Baczka – strzał w ciemno.
Dla Bartosza – bo Sobral wygrał tegoroczną Eurowizję.
Dla Dabroza – bo to dziwny pop, a Ty zwykłego nie lubisz chyba na pewno.
Dla Damiana – bo na bank uwielbiasz pop po hiszpańsku.
Dla Deckarda – strzelam w ciemno, kalibruj śmiało.
Dla Eza – w sumie nie mam pojęcia, czego słuchasz, więc jeżeli piosenka Ci się nie spodoba, to chociaż nasycisz oczy czekoladowym teledyskiem.
Dla Grzegorza – o ile dobrze pamiętam, podobał Ci się wokal Anthony’ego / ANOHNI-ego.
Dla Mariusza – co to za dźwięk???
Dla Michała S. – doceniłeś zestawienie coverów, więc może spodoba Ci się ten, który odkryłem niedawno. Uwaga! Piosenka „ukryta”, nie ma jej na plejliście jutubowej, link prowadzi na Soundcloud.
Dla Misiołaka – jeśli nadal słuchasz alternatywy (a może Dobra Zmiana nastała też w Czwórce?), to było z czego wybierać.
Dla Sebastiana – mogę spudłować, ale przynajmniej docenisz ten czteronutowy (?) bas przy refrenie (chyba docenisz… obyś docenił…).
Dla Sejiego – bo jesteś bogobojny.
Dla Staszka – bo istnieje nikła szansa, że oglądałeś 13RW.
Dla Tomka – bo wszyscy wiemy, że lubisz takie rzewne starocie.
Dla Mateusza W. – bo chyba nie pogardzisz piosenką, która każe jeść grzyby, w wykonaniu zespołu, który namawia do zjedzenia babci.
Dla Mateusza Z. – bo what goes around, comes around.

Życie według singli (2)

zycie_wedlug_singli

Przypomniało mi się, co Frank Zappa powiedział o pisaniu o muzyce – że to tak, jakby tańczyć o architekturze. Przedstawiając więc światu kolejną porcję singli, które wpadły mi ostatnio w uchu, ograniczę lepiej komentarz do minimum.

Poprzednim razem popełniłem zresztą jeszcze jeden błąd, który teraz prędko naprawię. Oto YouTube’owa playlista – aby każdy zainteresowany moimi polecankami mógł zapoznać się z nimi szybko i wygodnie. Dwóch utworów nie ma na YT, więc zabrakło ich też na liście. Zaznaczyłem je na czerwono, linki prowadzą na Soundcloud. A kawałki najlepsze – pogrubiłem.

Jeżeli chociaż dziesięciu osobom spodobają się choć po trzy piosenki, będę ukontentowany!

A Tribe Called Quest: We The People… – jazz rap. Reszta płyty według mnie słabsza, chociaż jest to rzekomo jeden z najciekawszych albumów 2016 roku.
Mr. Tophat feat. Robyn: Trust Me – elektronika / disco. Fenomenalny, dziesięciominutowy utwór, który uzyskał strukturalną samoświadomość. Trzeba przesłuchać przynajmniej dwa razy, żeby docenić.
BEA1991: Big World 4 Lovers – art pop
Beyoncé: Halo – R&B. Hicior sprzed prawie dziesięciu lat, który wówczas przemknął pod moim radarem. Piękna pieśń o miłości.
Adele: Water Under the Bridge – pop
Bjarne Friedrich: Phonomagic – oniryczna elektronika. Rewelacyjny, nostalgiczny remiks.
Charlotte Day Wilson: After All – art pop
Nils Bech: Glimpse of Hope (Joe Goddard Remix) – elektronika. Świetny remix, oryginał za to jest nudny.
Arc Iris: Kaleidoscope – alternatywny rock
Beach House: All Your Yeahs – indie rock
Grapell & Many Voices Speak: Some Places – funk / soul

Życie według singli (1)

zycie_wedlug_singli.jpg

Perfect: Wyspa, drzewo, zamek. Pierwsze słyszę. Ponieważ Perfect gra od czterdziestu lat, przypuszczam, że gdybym pomyszkował w ich dyskografii, znalazłbym więcej takich perełek.

Burma Orchestra Saing Waing: I Want You. Instrumentalna aranżacja piosenki Boba Dylana. Ech, wyobraźcie sobie więcej klasyki zachodniego poprocku przetłumaczonej na te niesamowite piszczałki i dzwonki… O kawałku dowiedziałem się z blogu Tomasza Pindela. Warto czytać o książkach!

Thomas Tallis: Spem in alium. Majstersztyk polifoniczny z drugiej połowy XVII wieku. Słuchajcie cierpliwie chwaląc Imię Pana i nie pokładajcie nadziei w nikim innym, albowiem w pewnym momencie wszystkie te głosy łączą siły i przepełniają słuchacza Duchem Świętym. Ciarki przechodzą.

Angus & Julia Stone: Grizzly Bear. W komentarzach ktoś stwierdził, że to świetny kawałek do jazdy samochodem latem. Nie sposób się nie zgodzić.

James Primate: The Sound of Rain World. Czy Rain World okaże się jedną z ciekawszych indiegrowych premier tego roku? Z Kickstarterem różnie bywa. Ale ten groźny, szybki synthwave robi spore wrażenie.

Clint Mansell: Waves Crashing on Distant Shores of Time. Skoro o synthwavie mowa, posłuchajcie cudeńka od Clinta Mansella, które posłużyło za temat dla najlepszego z dotychczasowych odcinków serialu Black Mirror. Niestety, usuwają z YouTube’a; być może za chwilę link się zerwie i będziecie musieli poszukać gdzieś indziej. Zguglajcie przy okazji Night Drive — też świetny.

Gwen Stefani: Used To Love You. Na nowym, wydanym po dziesięciu latach longplejowego milczenia, do bólu popowym albumie Gwen Stefani nie ma niestety więcej piosenek godnych uwagi. Natomiast towarzyszący temu kawałkowi teledysk jest prawdopodobnie najtańszym w historii muzyki rozrywkowej.

O’Donel Levy: Bad Bad Simba. Zakończmy więc czymś zdecydowanie ambitniejszym.

____________________
Autorem zdjęcia nagłówkowego jest Роман Карчмитович (CC).