Pierwsze państwo pod Słońcem

Ekwador2017-Alausi04-pociag

Dobrodziejstwa przycisku SCHEDULE wraz z nadmiarem czasu wolnego typowym dla schyłku roku szkolnego sprawiły, że latem, będąc daleko od łączy, „blogowałem” dwa-trzy razy w tygodniu. Natomiast od czasu powrotu z bardzo długich wakacji zdążyłem jedynie wrzucić nerdowską notkę o drugim sezonie starego „Star Treka” oraz kolejny odcinek Filmorysu.

Najwyższa pora, by spisać wspomnienia z równikowego wyjazdu. Kilka osób pytało mnie zresztą w realu i wirtualu: „Kiedy relacja z Ekwadoru na Blogrysie?”. To miłe.

Wymyśliłem, że zamiast płodzić jeden sążnisty, gęsto przetykany zdjęciami esej, przedstawię wrażenia w formie serii wpisów. Pierwsza połowa każdego będzie tekstem, połowa druga składać się będzie z fotek z opisami, w razie potrzeby dłuższymi.

Jedziemy! To znaczy, lecimy.

Czytaj dalej Pierwsze państwo pod Słońcem

Reklamy

Filmorys (22)

gone_girl

Zaginiona dziewczyna
(Gone Girl; 2014)

Perfect doradzał, by ze sceny schodzić niepokonanym. David Fincher powinien więc był przejść na reżyserską emeryturę mniej więcej w roku premiery tamtej piosenki, ponieważ dwa lata wcześniej nakręcił dzieło wybitne, „nec plus ultra” kryminalnego thrillera, którego nigdy już przebić nie zdołał.

gone_girl-posterZ kolei ja nie zdołam podsumować „Zaginionej dziewczyny” celniej niż Sebastian Chosiński: „to chyba najbardziej hitchcockowski film w dorobku Finchera”. Zaiste, jakaż szkoda, że „Gone Girl” nie stanowi remake’u. Z wielką przyjemnością obejrzałbym nieistniejącą wersję z lat 60., gdzie bohaterami matrymonialno-kryminalnego tańca byliby aktorzy pokroju Jamesa Stewarta i Grace Kelly, i gdzie wolniejsze tempo przeniosłoby nieco ciężaru narracyjnego z sensacyjnej akcji na psychologię postaci.

Nie oznacza to bynajmniej, że u Finchera aktorzy kiepsko grają, że za dużo się dzieje, że psychologia szwankuje. Wprost przeciwnie: „Zaginiona dziewczyna” jest według mnie jego drugim najlepszym filmem w karierze.

★★★★☆

Czytaj dalej Filmorys (22)

Czas amoku

mirror_mirror

Półtora roku temu wypowiedziałem się w ciepłych słowach o najwcześniejszym ze Star Treków, czyli o pierwszym sezonie pierwotnego serialu telewizyjnego z drugiej połowy lat sześćdziesiątych. W przeciągu kilku ostatnich miesięcy skończyłem oglądać drugą część. Wrażeniami dzieliłem się na gorąco ze Spock… to znaczy z Sejim. Impresje po skompilowaniu stały się silnie subiektywnym, zwięzłym przewodnikiem po odcinkach, który wrzucam teraz na blog w celach archiwalnych. Przypuszczam, że nie zainteresuje nikogo, kto sam tamtych epizodów nie oglądał – chociaż z drugiej strony może kogoś kiedyś moje spostrzeżenia skuszą do samodzielnego zapoznania się z tym klasycznym serialem SF. Bo chyba warto.

Tytuły odcinków, które podobały mi się najbardziej, zaznaczam na zielono.

Czytaj dalej Czas amoku

Ethiopiques

ethiopia.jpg

Jest sobie gatunek muzyki zwany „muzyką świata” tudzież world music. To wielki wór, do którego wrzucamy utwory ludowe („etniczne”) ze wszystkich kontynentów (z wyjątkiem Europy, oczywiście) oraz nowoczesną muzykę alternatywną tymiż utworami inspirowaną. Nie ma lepszego dowodu na bezczelną dominację kultury zachodniej nad światem niż ta etykietka. To przecież właśnie pop, rock i R&B powinny funkcjonować w globalnej świadomości jako stylistyczne drobiazgi, rozrywkowe kurioza, które wyewoluowały w ciągu ostatnich stu lat w Stanach Zjednoczonych i Europie. Tymczasem jest odwrotnie: Prawdziwa muzyka świata stanowi li tylko eksponat-dziwoląg upchnięty w jednej z bocznych sal akustycznej pinakoteki. Jasne, ma swoich zagorzałych entuzjastów, ale przecież z ilościowej definicji powinna być wręcz tożsama z głównym nurtem!

Jest sobie paryskie wydawnictwo Buda Musique założone w 1987 r. przez Dominique’a Buscaila i Gillesa Fruchaux specjalizujące się w musiques du monde. Działalność zaczęło od cygańskiego jazzu, balafonu i muzyki andyjskiej. Od tamtego czasu ich katalog rozrósł się do pół tysiąca pozycji podzielonych na kilka różnych serii wydawniczych.

Jest sobie wśród nich seria Éthiopiques wędrująca przez bogatą tradycję dźwiękową Etiopii i Erytrei. „Etiopiki” poświęcone są tamtejszej muzyce etnicznej oraz popularnej z lat 60. i 70. Pierwsza płyta ukazała się w 1998 r., najnowsza – w roku bieżącym. Kolekcja składa się obecnie z okrągłych trzydziestu części. Rozreklamował ją (choć to pewnie za duże słowo) Jim Jarmusch. Pamiętacie dziwną, ale fajną ścieżkę dźwiękowę filmu Broken Flowers? To właśnie był etiojazz Mulatu Astatkego i spółki.

Jest sobie bardzo stara, etiopska zakonnica o długim nazwisku: Yewubdar Tsegué-Maryam Guèbrou. W grudniu obchodzić będzie dziewięćdziesiąte czwarte urodziny. Dawno temu była nawet uczennicą polskiego skrzypka Aleksandra Kontorowicza w Kairze. W latach sześćdziesiątych zabrała się za komponowanie i wykonywanie muzyki. Zarobione pieniądze przeznaczała na sierociniec. Dwudziesta pierwsza płyta Ethiopiques zgromadziła jej utwory fortepianowe.

To szybka i zaczarowana muzyka. W moich uszach brzmi jak połączenie rytmicznego bluesa z nowoczesną muzyką fortepianową. Zabarwienie etniczne bierze się bodajże stąd, że Guèbrou korzystała ze skali pentatonicznej. Gdyby Erik Satie spędził urlop na Rogu Afryki łykając speed, jego Gnossiennes brzmiałyby pewnie tak jak kompozycje matki Tsegué-Maryam.

Filmorys (21)

black_pearl

W dzisiejszym Filmorysie aż trzy filmy otrzymały najwyższą możliwą ocenę. Haczyk? Dwa z nich już kiedyś widziałem. Nie ma to jak w pełni satysfakcjonująca powtórka! Mam zresztą taki cichy zamiar: Po skończeniu pięćdziesiątego, ewentualnie sześćdziesiątego roku życia, będę z premedytacją oglądać (prawie) wyłącznie filmy mi znane, „sprzed lat”, takie, o których będę wiedział, że są znakomite. Sentyment połączy się na zawsze z jakością.

Oczywiście, różnie to bywa. Gusta się zmieniają. Niekiedy powtórne seanse rozczarowują. Od takiego przypadku dzisiaj zaczniemy. Zaś na samym końcu znajdziecie omówienie wyjątkowego gniota.

Czytaj dalej Filmorys (21)

Wszystkie wyróżnienia moje (9)

strong

Accountability

Świat teoretyków zarządzania zwolniony jest z obowiązku rozliczania się z wyników [choć wielu teoretyków uważa, że zarządzanie musi polegać między innymi na rozliczaniu z nich pracowników].

– Matthew Stewart (The Atlantic, czerwiec 2006)

O zarządzaniu pisałem tutaj.

Pan algorytm

Tak jak mitologie legitimizowały boski autorytet, tak jak ideologie legitymizowały autorytet ludzki, tak prorocy Doliny Krzemowej oraz guru high-techu tworzą właśnie nową uniwersalną narrację, która usprawiedliwi władzę algorytmów i Wielkich Danych (Big Data). Nowe, proponowane wyznanie możemy ochrzcić mianem „danizmu” (Dataism). (…)

Danizm przyrzeka badaczom i intelektualistom Święty Graal nauki (…): pojedynczą, totalną teorię jednoczącą wszystkie dyscypliny, od muzykologii, poprzez ekonomię, aż po biologię. Danizm głosi bowiem, że Piąta Symfonia Beethovena, bańka giełdowa i wirus grypy są trzema różnymi wzorcami przepływu danych, które da się przeanalizować sięgając po te same podstawowe pojęcia i narzędzia. (…)

Nawet jeśli danizm się myli (…) i tak może zawojować świat. Wiele poprzednich wyznań zdobyło ogromną popularność i moc, chociaż rozmijało się z niektórymi faktami. Skoro sukces odniosły chrześcijaństwo oraz komunizm, dlaczego nie miałoby się udać danizmowi? Posiada on szczególnie obiecujące widoki na przyszłość, jako że (…) zjednoczony naukowy paradygmat łatwo może okazać się niewzruszonym dogmatem. (…)

Jeśli cię to niepokoi, jeżeli chcesz pozostać poza zasięgiem władzy algorytmów, mam dla ciebie jedną dobrą radę, najstarszą ze wszystkich rad: poznaj siebie. (…) Dopóty będziesz rozumiał siebie lepiej i wiedział o sobie więcej niż algorytmy, dopóki twoje decyzje będą lepsze od ich decyzji. (…) A jeżeli algorytmom mimo wszystko pisane jest zwycięstwo, stanie się tak głównie dlatego, że większość ludzi nie poznało siebie prawie w ogóle.

– Yuval Noah Harari (Financial Times, 26/8/2016)

Harari jest autorem dwóch rzekomo znakomitych książek: popularnej, syntetycznej historii ludzkości pt. Od zwierząt do bogów oraz nieprzetłumaczonych jeszcze na polski rozważań futurologicznych pt. Homo Deus.

Czytaj dalej Wszystkie wyróżnienia moje (9)

Longplay (4)

longplay

Dawes: We’re All Gonna Die. Poprock wciągający za uszy. Okej, wszyscy umrzemy, ale posłuchajmy najpierw Dawesa.

Mark Ernestus’ Ndagga Rhythm Force: Yermande. Znawcy mówią, że tak będzie brzmiała muzyka niedalekiej przyszłości. Łagodne techno nasycone afrykańskimi, plemiennymi rytmami, z zaśpiewami w języku niezrozumiałym dla Europejczyka. Jak znalazł na cyberpunkową sesję.

Różni wykonawcy: The Breakfast Club OST. Przede wszystkim nieśmiertelne Don’t You (Forget About Me). Reszta płyta dzielnie sekunduje Prostym Umysłom w podawaniu słuchaczowi dożylnej dawki licealnej melancholii. Oczywiście, warto też odświeżyć sobie cały film Johna Hughesa znany u nas pod tytułem Klub winowajców

Andrzej Wawrzyniak i Michał Wiśniewski: Sweterek, część 1. Dajcie Wiśniewskiemu szansę. To nie kolejna płyta Ich Troje, tylko poezja śpiewana. Do poziomu Kofty czy Osieckiej oczywiście sporo brakuje, ale nie jest źle.

The Internet: Ego Death. Jeżeli tak brzmi R&B, to ja poproszę o więcej! Nie zrażajcie się wulgaryzmem w pierwszej sekundzie.

Atelje: Meditation. Abstrakcyjny obraz dźwiękiem malowany. Zawartość w stu procentach zgodna z okładką albumu. Łagodna, pomysłowa elektronika, w sam raz na wrzucenie luzu.

OC Jazz Collective: Chronology. Hołd jazzowy złożony legendarnemu jRPG-owi pt. Chrono Trigger. Jeżeli nie lubisz, jeżeli nie grałeś, jeżeli nie wiesz, co to są jRPG – nic nie szkodzi. Posłuchaj po prostu fajnego jazzu.

Swet Shop Boys: Cashmere. Pierwszy album Chłopaków Ze Sweatshopu, czyli z fabryki ulokowanej w kraju Trzeciego Świata, w której w urągających ludzkiej godności warunkach produkuje się tanie ubrania eksportowane do zachodnich sieciówek – nie mylić z zamożnymi Chłopakami Ze Sklepu Ze Zwierzętami – był jednym z najciekawszych debiutów hip-hopowych minionego roku. SSB nie wstydzą się swoich korzeni: Heems jest amerykańskim Hindusem, a Riz MC pakistańskim Brytyjczykiem. Zaczynają od słów „Inszallah, maszallah, ale lepiej nie masza-lo [= martial law = stan wojenny]”, a potem robi się coraz lepiej.

Linton Kwesi Johnson: Independant Intavenshan. Dwie i pół godziny poezji dubowej śpiewanej (tudzież melodeklamowanej) w rytmie reggae. Johnson jest jak dotąd jedynym czarnoskórym poetą, którego wiersze opublikowano w serii Penguin Modern Classics.

Mona Lisa nie żyje

zniszczony_obraz.jpg

Naszła mnie ochota na sztukę. Poszedłem do biblioteki poszukać jakichś niegrubych albumów poświęconych znanym malarzom. Wiecie, chodzi o te drukowane na porządnym papierze, zamknięte w sztywnych oprawach niewielkie kwadratowe tomy, które treściwą biografię i przystępny opis epoki hojnie ilustrują porządnymi reprodukcjami. Wiele razy widziałem podobne serie w taniej książce. Niestety, w bibliotece akurat niczego takiego nie mieli. Musiałem zadowolić się pozycją przekrojową: The Paintings That Revolutionized Art (która równie dobrze mogłaby nosić tytuł The Paintings That Are Really Famous, But Of Course We Could Choose Others As Well). Po przeczytaniu/obejrzeniu zacząłem się zastanawiać: jakie właściwie obrazy są moimi ulubionymi i dlaczego?

W kolejności chronologicznej to chyba będzie szło tak:

Czytaj dalej Mona Lisa nie żyje

Filmorys (20)

the_king_of_comedy2

Lion: Droga do domu (Lion; 2016)

lion„Lwa” nominowano zasłużenie do Oskara za najlepszy film. Równie zasłużenie nagrody nie otrzymał. W gruncie rzeczy jest to bowiem wyciskacz łez, a produkcjom eksploatującym rzewne fakty po prostu nie przystoi zgarniać najważniejszych laurów. Wartościującego czasownika „eksploatować” użyłem z rozmysłem; paliwo „Liona” stanowi sentymentalizm, dowodem którego są wszystkie te kobiety chlipiące dookoła mnie na sali kinowej.

Na szczęście nie jest to sentymentalizm tani, film zrealizowano ze znawstwem rzemiosła. Najlepiej pod tym względem wypada długi pierwszy akt, w którym obserwujemy, jak mały Saroo (fenomenalna rola siedmioletniego Sunny’ego Pawara) gubi się na drugim końcu Indii. Właściwie cały film mógłby opowiadać o jego powrotnej wędrówce przez subkontynent, jednak prawdziwa historia potoczyła się przecież inaczej.

Dalsza część „Lwa” wypada troszkę gorzej. Za dużo tam rozterek, za mało konsekwentnego grania psychologią. Wzruszający finał zilustrowany piosenką Sii wynagradza niedostatki.

★★★★☆

Czytaj dalej Filmorys (20)

Przepraszam, Dave

hal9000.png

Widmo sztucznej inteligencji krąży nad światem. Niektórzy z jej proroków obiecują nam kokosy: doskonałych tłumaczy literatury pięknej na zawołanie, usłużne roboty w domach spokojnej starości, nieomylnych lekarzy mądrzejszych od Dra House’a, taksówki bez grubiańskich taksówkarzy oraz Worda, który rozumie, w jaki sposób chcemy ustawić marginesy w wypunktowanej liście.

Mało tego. Sztuczna inteligencja z prawdziwego zdarzenia połączy ludzką kreatywność, empatię i zdolności komunikacyjne z mocą obliczeniową najnowocześniejszych procesorów. Myślące maszyny rozwiążą wszystkie problemy i wyręczą nas we wszystkich obowiązkach. Rewolucja technologiczna zaniesie cały świat w przeciągu dekady do Elizjum leniwego dobrobytu.

Hola, hola! wołają inni. Sytuacja wcale nie jawi się tak różowo. W fazie przejściowej sztuczna inteligencja zabierze ludziom etaty. Tłumacze, opiekunowie, Dr House, złotówy i specjaliści od pakietu Microsoft Office wylądują en masse na bruku. Gospodarkę czeka trzęsienie ziemi, przy którym ostatni kryzys finansowy to mały pikuś.

Potem okaże się, że myślące maszyny są niezłym narzędziem do poszerzania przepaści dzielącej najbogatszy procent od pozostałych dziewięćdziesięciu dziewięciu. Nie jest wszak pewne, że inteligentny laptop będzie kosztować równie niewiele co używany Acer dla studenta. Kulczyka stać będzie na roboasystenta pomnażającego w geometrycznym tempie jego oszczędności. Ciebie, biedaku-robaku, nie.

Nowa odmiana inteligentnych, myślących, samoświadomych istot wywróci ponadto do góry nogami porządek społeczny. Pół biedy ze zbiegłymi androidami – od czego mamy policję? Gorzej, jeśli rozproszona w chmurze superinteligencja przejmie kontrolę nad komputerami ministerstw obrony i unicestwi ludzkość bronią termojądrową zachowując przy życiu garstkę pechowców, żeby bawić się ich cierpieniem.

Czy powinniśmy się radować, obawiać, bać? W zasadzie najbardziej wskazany wydaje się umiarkowany sceptycyzm. Dowcip głosi, że w dowolnej chwili od wynalezienia SI dzieli nas równe 20 lat. W latach pięćdziesiątych snuto futurystyczne fantazje na temat lat siedemdziesiątych. Skończyło się na disco. W epoce Reagana technologiczne lęki i nadzieje wiązano z nadejściem nowego milenium. Nadeszła Al-Ka’ida. Zaś obecnie co niektórzy twierdzą, iż SI wynaleziona zostanie do roku 2040.

Entuzjaści znają oczywiście tamten dowcip, ale są pewni swego: Moc obliczeniowa komputerów wzrasta, oprogramowanie radzi sobie z coraz bardziej złożonymi zadaniami. Wkrótce przestąpimy próg, za którym maszyny będą potrafiły ulepszać się same. Wyciągną się za uszy z odmętu blaszanej głupoty, a potem pójdzie już błyskawicznie.

A co, jeśli sztuczna inteligencja to tylko bajeczka dla naiwnych nerdów, fantastyczny wymysł oparty na błędnych założeniach i uproszczonych pojęciach? Kevin Kelly, założyciel magazynu Wired, w szalenie interesującym, krytycznym artykule – w tym miejscu wszystkie osoby znające angielski i dysponujące wolnym kwadransem odsyłam do oryginału – wypunktował przesłanki przyjmowane przez entuzjastów SI za pewniki:

Czytaj dalej Przepraszam, Dave