Kabel od internetu (13)

Gry. Wygrzebuję stary, ale jary tekst Pawła Schreibera o interaktywnej fikcji, czyli o tekstowych przygodówkach. Podgatunek zapomniany, ale, jak się okazuje, ciągle żywy. Schreiber ułożył apologię w formie FAQ-a, a potem przejrzał najciekawsze tytuły. Grałbym, ale nie mam czasu. Swoją drogą szkoda, że Jawne Sny, kiedyś prężny i bodajże najlepszy polski „multiblog” o grach, obecnie publikuje nie częściej niż raz w miesiącu. flaga_polska

Filozofia. Wielki katalog filozoficznych idei, porządnie ponumerowanych, uporządkowanych i powiązanych linkami. Na chwilę obecną jest ich tam przeszło 17 tysięcy. Nic tylko przeglądać… albo trzymać się z dala. flaga_uk

Muzyka. Wyszukiwarka zespołów muzycznych podobnych do wpisanego. Nader przyjemny interfejs z podsłuchem piosenek. Od Spotify.

Humor. To jedno z tych miejsc, gdzie kończy się Internet: Na YouTubie odnajdziemy dwugodzinny remake pierwszych Gwiezdnych Wojen zmontowany z krótkich klipów, w których amatorzy-fani z całego świata najprzeróżniejszymi technikami odtwarzają poszczególne sceny.

Turystyka. Kiedyś trzeba będzie pojechać do Rumuniiflaga_polska

Varia. Ludzie spisują na kartkach pocztowych swoje sekrety i publikują je za pośrednictwem tej strony. Ciekawe, czy ktoś to archiwizuje? Bo dwudziestopięciowieczni socjologowie bardzo chętnie położą łapki na zbiorze. flaga_uk

Grafika. Ogromny zbiór plakatów filmowych – oficjalnych, nie fanowskich – z których usunięto wszystek tekst.

Polityka. Dwa artykuły związane z wyborem Donalda Trumpa na prezydenta USA: przewidywania dotyczące przyszłości światowej polityki oraz klasowe podsumowanie wyborów. flaga_polska

 

Kabel od internetu (13)

Wojna biało-żółta pod flagą Pacyfiku

wojna_amerykansko-chinskaWszystkim osobom, które zastanawiają się, dokąd zmierza świat, gorąco polecam lekturę niedługiego artykułu Jacka Bartosiaka, który dzięki dopiero co wydanej książce (rzekomo znakomitej, tylko momentami przydługiej) stał się naczelnym rodzimym ekspertem od geopolityki. W powyższym zdaniu jest zero ironii. Nie używam bynajmniej słowa „ekspert” w prześmiewczym znaczeniu, choć oczywiście Bartosiak może się mylić. Cóż, takie już ryzyko osób próbujących przepowiadać przyszłość.

Przeczytawszy artykuł A więc wojna – prorokujący w oparciu o solidne podstawy rychły konflikt zbrojny między USA a Chinami – zastanowiły mnie trzy rzeczy:

1) Bartosiak wydaje się lekceważyć możliwość wymiany ciosów nuklearnych („ze względu na specyfikę konfrontacyjną nie ma szans na to, by konflikt przekształcił się w wojnę atomową”). Owszem, USA i Chiny nie zaczną od wystrzelenia balistycznych pocisków jądrowych. Ale z pewnością dysponują taktyczną bronią atomową o (relatywnie) małej sile rażenia, której któraś ze stron może użyć w podbramkowej sytuacji. Generałowie na pewno też będą skorzy przetestować nową zabawkę w warunkach polowych. I nie wiem jak Bartosiakowi, ale mnie pojęcie „taktyczna broń atomowa” kojarzy się jakoś ze słowem „eskalacja”.

2) Reakcja międzynarodowa również będzie faworyzować USA, za którymi stanie cały ASEAN, państwa regionu i NATO”. NATO – tak, z definicji, ale czy jesteśmy pewni, że np. europejska opinia publiczna poparłaby jednoznacznie Stany Zjednoczone? Widzę szereg wątpliwości. Raz, że Chiny nie zagrażają w żaden sposób interesom Europy, a przynajmniej nie interesom zwykłego Kowalskiego. Opinia publiczna ma zakodowane, że trzeba bać się ISIS-u i Korei Północnej, ale Chin…? Dwa, że w Europie narastają nastroje antyliberalne, które mogą obrócić się przeciwko Amerykanom. Wystarczy, że chiński PR dobrze rozegra to medialnie. Trzy, że po wojnie w Iraku ludzie przez pewien czas będą podejrzliwie patrzeć na wojenne zapędy USA, szczególnie, jeśli u steru siedzi Donald Trump.

3) Gdyby doszło do wojny amerykańsko-chińskiej na Pacyfiku – jak zachowa się Rosja?

Wojna biało-żółta pod flagą Pacyfiku

Анна Каренина

Cierpiałem za miliony, a raczej przez miliony ― miliony czytelników z Dostojewskim, Nabokowem, Faulknerem i Iwaszkiewiczem na czele, którzy zgodnie okrzyknęli Annę Kareninę najwybitniejszą powieścią wszech czasów. A ja nudziłem się przy majstersztyku Tołstoja jak mops rosyjskiej księżnej. Przypuszczałem, że lektura zajmie mi dwa-trzy tygodnie; tymczasem walka z literacką materią trwała bite dwa miesiące. Z każdą kolejną częścią knigi było jak w piosence Daft Punku puszczonej od tyłu: tępiej, gorzej, wolniej, słabiej. Wiecie, że po samobójstwie Anny ta historia ciągnie się jeszcze bez celu przez pięćdziesiąt stron? Koszmar.

I niech nikt nawet nie ośmieli się stwierdzić, że w takim razie powinienem trzymać się z dala od klasycznych powieści XIX wieku, że nie dla mnie psychologiczno-społeczne fabuły rozpisane na setki stron. Bzdura! Nędzników uwielbiam, za Lalką przepadam. „Quelque chose ne va pas avec Anna”.

kramskoj-nieznajoma
Nieznajoma, portret Iwana Kramskoja z 1883 r. Czy Anna Karenina tak właśnie wyglądała?

Ale co? Fabuła w zarysie wydaje się przecież taka obiecująca. Obserwujemy rozpadające się małżeństwo Anny Kareniny, która nawiązuje płomienny romans z Wrońskim. Jednocześnie śledzimy związek Lewina i Kitty, którzy zakładają szczęśliwą ― najwyraźniej ― rodzinę. „Все счастливые семьи похожи друг на друга, каждая несчастливая семья несчастлива по-своему”. Wszyscy znają zdanie otwierające powieść, ale w błędzie są ci, którzy sądzą, że słowa o szczęściu i nieszczęściu dałoby się zamienić w nim miejscami bez uszczerbku dla aforyzmu. Chodzi wszak o to, że rodzina, by móc nazwać się szczęśliwą, musi spełnić wszystkie wymagane przez szczęście warunki, co zarazem upodobni ją do wszystkich innych szczęśliwych rodzin. Tymczasem każda nieszczęśliwa familia jest nieszczęśliwa po swojemu, gdyż każda cechuje się „swoim” niespełnionym warunkiem bądź ― jeszcze ciekawiej ― kombinację tychże.

Annę Kareninę należy zatem nazwać powieścią wyjątkową.

Czytaj dalej „Анна Каренина”

Анна Каренина

Obejrzane w 2015: Polskie

Siekierezada (1985)

siekierezada-plakatJuż, już chciałem bezczelnie oznajmić, że Siekierezada jest najlepszym polskim filmem powstałym w roku mego urodzenia, lecz w ostatniej chwili zapytałem sam siebie, ile ja właściwie polskich filmów z 1985 r. widziałem. Z przygnębieniem odkryłem, że poza Siekierezadą na razie żadnego, bo ani C.K. Dezerterów, ani Kochanków mojej mamy, ani Kronik wypadków miłosnych, ani Ga ga: Chwała bohaterom, ani Osobistego pamiętnika grzesznika. Ta litania tytułów ma w sobie coś z masochizmu, urwijmy ją więc czym prędzej przyjmując po prostu, że rok, w którym Gorbaczow przejął władzę w ZSRR, był świetnym rokiem dla polskiego kina (lepszym od 1984 i 1986, co każdy może w wolnej chwili potwierdzić samemu). A Siekierezada w pełni nadaje się na reprezentowanie go w poniższym zestawieniu.

Film mojego – a co tam, pochwalę się – wujka Witolda Leszczyńskiego stanowi ekranizację niegrubej książki pod tym samym tytułem. Wyszła spod pióra Edwarda Stachury, poety, który w pewnych kręgach cieszy się opinią kultowego, ale który nie jest mimo wszystko w naszej ojczyźnie powszechnie rozpoznawany. A szkoda, bo był postacią fascynującą w swej tragiczności, no i pięknie pisać potrafił.

Siekierezada-film stanowi ekranizacją tyleż wierną, co luźną. Pozorny paradoks bierze się stąd, że pierwowzór posiada niby zwartą fabułę – Janek Pradera, alter-ego pisarza, po rozstaniu z ukochaną wyjeżdżą w leśną głuszą, by podjąć się ciężkiej pracy przy wyrębie – lecz swą liryczną konstrukcją zachęca reżysera do interpretacji. Leszczyński nie daje się dwa razy prosić. Podąża za narracją Stachury, zręcznie tłumaczy poezję tekstu na poezję obrazu, ale i dodaje kilka smakowitych rzeczy od siebie.

siekierezada-kadr

Mimo to żałuję, że jego dzieło jest tak kameralne. Reżyser nie skorzystał z okazji, nie zaczerpnął z innych książek Stachury, nie nakręcił filmu biograficznego pełną gębą. Autor Całej jaskrawości na porządny „biopik” zasługuje i miejmy nadzieję – a piszę to kilka tygodni po premierze filmu o Beksińskich – że kiedyś się go doczeka.

Tak czy owak, Siekierezadę gorąco polecam. Choćby dla dwóch scen: tej rozgrywającej się w barze, w której między innymi mowa o odrąbywaniu ręki podniesionej na kobietę, oraz tej, w której Daniel Olbrychski, alter-ego alter-ega, odpowiada nabrzmiałymi od znaczenia półsłówkami na wścibskie, dobroduszne pytania Franciszka Pieczki. Poza tym film jest bodajże najciekawszym w karierze Edwarda Żentary; odtwórca roli Stachury-Pradery też nieszczęśliwie zakończył swój żywot.

Czytaj dalej „Obejrzane w 2015: Polskie”

Obejrzane w 2015: Polskie

Eksperci z kurzego odbytu

chickenŚmiejemy się z rzymskich haruspicjentów, którzy „przewidywali” przyszłość grzebiąc w kurzych wnętrznościach. Drwimy ze starożytnych Babilończyków, którzy „prognozowali” wydarzenia polityczne przy pomocy tabel astrologicznych. Natrząsamy się ze starotestamentowych patriarchów, którzy o ważkich sprawach „dowiadywali się” w snach. Szydzimy z… No, z chińskich kleromantów praktykujących metodę Yijing może i nie szydzimy — przynajmniej od czasu, w którym metoda ta odegrała doniosłą rolę w pewnej kanonicznej powieści fantastycznonaukowej — ale nikt przy zdrowych, racjonalnych, nowoczesnych zmysłach nie sięgnąłby po nią, by na przykład zadecydować o sposobie ulokowania swoich oszczędności.

Czy potomność za kilkaset lat będzie naigrywała się z nas, dyskutujących z upodobaniem o przyszłości, życiu oraz społeczeństwie ustami zapraszanych do telewizji, wszystkowiedzących „ekspertów”?

Gdy dochodzi do sporu w skomplikowanej sprawie, media szukają informacji u osób, które zwykły określać mianem „ekspertów”. Rzecz w tym, że powyższy termin miesza ze sobą różne odmiany ekspertyzy oraz jej braku. „Ekspert od chorób zakaźnych” (…) ustępuje miejsca „ekspertowi od paleodiety”, po którym pojawia się „ekspert od sondaży politycznych”, a godzinną sesję w studiu kończy wizyta „eksperta od związków”.

Niektórzy z nich nie wiedzą nic o niczym.

Alan Jacobs (10/11/2016)

Pamiętam, że gdy byłem mały, słowo „ekspert” mnie fascynowało. Zawierało w sobie zawodową nieokreśloność idącą jednak w parze z ogromnym autorytetem. Wiedziałem, że lekarzem zostaje się po studiach medycznych, a prawnikiem po studiach prawniczych. Ale „ekspertem”? Ho ho, ten tytuł dostępny był tylko wybitnym jednostkom namaszczonym przez merytokrację.

Podrosłem i wiem już, że — w rzeczy samej — nieokreśloności w „eksperckich” wypowiedziach jest na kopy.

____________________
Autorem zdjęcia jest Michael.

Eksperci z kurzego odbytu

Nie bój się Trumpa

Ponieważ niedawno przewidziałem zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, wypadałoby wyjaśnić teraz pokrótce, dlaczego jego prezydentury nie obawiam się nawet w połowie tak jak tzw. liberalni demokraci.

(„Tak zwani”, bo prawdziwy liberalny demokrata powinien afirmować wynik wyborów bez względu na to, czy odpowiada mu ich wynik. A jeżeli istotnie nie potrafi się z nim pogodzić, powinien bezzwłocznie zastanowić się ― i piszę to bez ironii ― nad zasadnością ustroju liberalnodemokratycznego.)

Donald TrumpPrzede wszystkim: Wybór między Clintonową a Trumpem był wyborem między dżumą a cholerą. Jasne, dałoby się wymienić szereg powodów, dla których nowojorski budowlaniec nie powinien był zostać 45. prezydentem największego mocarstwa na świecie. Jednak nie negują one wcale złego świadectwa, jakie możemy też wystawić byłej Pierwszej Damie i żonie niedoszłego Pierwszego Dżentelmena. Ocen z owego świadectwa nie ma sensu tu nawet przytaczać, gdyż jeśli ktoś wciąż ich nie zna, to znaczy, że interesował się sprawą wyborów bardzo emocjonalnie i nie do niego adresowana jest poniższa notka.

Dość rzec, że znakomita większość argumentów przemawiających za Clintonową polegała na straszeniu Trumpem. O ile gros wyborców Donalda Johna faktycznie uwierzył w jego kandydaturę, o tyle zwolennicy Clintonowej udzielili jej poparcia kierując się zasadą mniejszego zła. A wybór między większym a mniejszym złem jest jednak wyborem bardzo trudnym. Łatwo o pomyłkę.

Jak wyglądałyby Stany Zjednoczone i świat za prezydentury Clintonowej nigdy się już nie dowiemy ― no, chyba że elektorzy wywiną jeszcze bezprecedensowy, ale hipotetycznie możliwy numer ― lecz dowiemy się przynajmniej, co osiągnie i co zawali Trump. Pamiętajmy, że oczekiwania często rozmijają się z rzeczywistością, szczególnie w polityce. Za przykład niech posłuży Obama, który osiem lat temu obiecywał wielkie zmiany, społeczną bonanzę i bezczelność nadziei ― pamiętacie ten medialny szał? ― a którego prezydenturę podsumowuje się teraz krytycznie. Jego polityka zagraniczna przyczyniła się na przykład do powstania Państwa Islamskiego. Może Trumpowi pójdzie lepiej?

Sarkastyczna odpowiedź na powyższe retoryczne pytanie wspomni o wojnie, jaka miałoby rzekomo wybuchnąć za prezydentury brutalnego (w jednej wersji) lub głupiego (w innej) Donalda Johna. Tak, ja też uważam, że tamta pseudoprorocza powieść Kinga była fajna, jednakże łączenie casus belli bezpośrednio z osobą Trumpa uważam za chybione ― z rozlicznych powodów. Jeśli chodzi o Chiny, to do konfliktu w tamtym rejonie dojdzie z powodów gospodarczych i politycznych, nie w wyniku nieudolnej dyplomacji. Jeśli chodzi o domniemane oddanie Europy na pastwę Rosji, warto pamiętać, że Amerykanie jeszcze pod przywództwem Obamy nie kiwnęli palcem po aneksji Krymu. Nie ignorowałbym zarazem faktu, że żona Trumpa jest Słowenką, więc los Europy Środkowej może z przyczyn osobistych obchodzić go bardziej niż poprzednich prezydentów.

Po trzecie, do wybuchu najstraszniejszej wojny w dziejach Zachodu doszło za prezydentury Roosevelta. FDR kojarzony jest przede wszystkim z okresem 1939-1945, ale zamieszkał wszak w Białym Domu już w roku 1933, dokładnie tym samym, w którym Hitler przejął władzę w Niemczech. Ten przykład dobitnie ukazuje, że nawet zręczny, podziwiany przez potomność prezydent, czasami nie potrafi (nie chce?) powstrzymać wybuchu wielkiej wojny, ba, nie umie też przeciwdziałać prowadzącym ku niej siłom politycznym.

Po czwarte, w kwestii najpoważniejszej ― zagrożenia globalną wojną nuklearną ― jestem niepoprawnym czarnowidzem. Może zbyt wiele czasu spędziłem za młodu przy Falloutach, ale przypuszczam, że prędzej czy później dojdzie do katastrofy (byle nie totalnej, tj. byle liczonej w milionach, a nie miliardach istnień ludzkich). I to nie z powodu samobójczej nieustępliwości jakiegoś Trumpa albo Putina, ale przez zorzę polarną bądź zwolnienie chorobowe Stanisława Pietrowa. Historia bywa okrutna.

Wierzę natomiast, że ― w międzyczasie ― poczucie zagrożenia, jakie wzbudziła w liberalnej Europie elekcja Trumpa, wyrwie Stary Kontynent ze stagnacji. Że Unia, zorientowawszy się, iż nie może liczyć na pomoc militarną USA w tym samym stopniu co dawniej, zainwestuje w swoje zdolności obronne i skonsoliduje politykę zagraniczną. Że liberalni politycy, spłoszeni prawicowym trendem, przeniosą swoją uwagę z biurokracji na kulturę, a jednocześnie wiatru w skrzydła dostanie stronnictwo konserwatywne. Że lewica zrozumie w końcu, kto tak naprawdę głosuje na populistów pokroju Trumpa ― ludzie, którzy nie polubili się z globalizacją ― i zamiast odmieniać prawa gejów oraz lesbijek przez wszystkie przypadki zainteresuje się na powrót prawami pracowników.

Powstrzymać Trumpa było stosunkowo prosto. Sondaże pokazywały, że w konfrontacji z Trumpem większe szanse na zwycięstwo miał Bernie Sanders, kandydat ze wszech miar świetny. Establishment przeraził się jednak jego socjalistycznych poglądów. Lobbyści woleli hojnie sypnąć pieniędzmi na kampanię Clintonowej, licząc, że w razie czego będzie ich ułaskawiać za przekręty finansowe, choćby i w ostatnim dniu swojej kadencji.

Trump także jest bogaczem. Nie łudźmy się więc, że zdemontuje nierówności finansowe. Jeśli jednak Wall Street się kogoś tak panicznie boi, może warto udzielić mu kredytu zaufania?

Nie bój się Trumpa

Nowej notki na razie nie będzie (11)

1. …ponieważ zajęty jestem ulepszaniem internetu, czyli edytowaniem paru obszernych haseł w Wikipedii. Jakich, po co i skąd mam tyle wolnego czasu – odpowiedzi na wszystkie trzy pytania są ze sobą ściśle powiązane, a czasu wolnego wbrew pozorom aż tyle nie mam – napiszę niebawem, gdy tylko doprowadzę „encyklopedyczne‟ „dzieło‟ na sto tysięcy znaków (sic!) do pomyślnego zakończenia.

2. W międzyczasie Esensja opublikowała moją recenzję albumu W mieście Łodzi zespołu Zgiełk. Polecam gorąco (album recenzją)! w_miescie_lodzi

ostatnia_rodzina3. Do kin trafiła niedawno Ostatnia rodzina opowiadająca o życiu oraz śmierci Zdzisława i Tomasza Beksińskich, intrygujących przedstawicieli polskiej (pop)kultury. Nie widziałem go i znając moje nowości oglądania zdolności (jak się ładnie zrymowało) długo nie obejrzę, ale przeczytałem przynajmniej kilka recenzji. Wśród wielu pozytywnych wyłuskałem rodzynek Sebastiana Chosińskiego, który, owszem, ogólnie rzecz biorąc film chwali, ale nie jest bezkrytyczny i wytyka produkcji kilka konkretnych wad. Najpoważniejszy zarzut: filmowy Tomek Beksiński (w tej roli Dawid Ogrodnik) stanowi karykaturę tego prawdziwego.

Aby poznać aparycję i temperament prawdziwego Beksińskiego, obejrzałem więc wywiad, który pod koniec lat dziewięćdziesiątych przeprowadził z nim Wojciech „Wampir‟ Jagielski. Natknąłem się tam na iście upiorny fragment, w którym Jagielski pyta Beksińskiego o jego próby samobójcze. Obaj panowie podchodzą do tematu bardzo luźno, dowcipkują. Potem Jagielski pyta gościa, czy już z samobójstwa „wyrósł‟, na co ten odpowiada potwierdzająco. Odcinek nagrano w 1998 r. Aż ciarki człowieka przechodzą przy tej wymianie zdań. Wiemy wszak, że kilka miesięcy później Beksińskiemu umrze matka, a on sam w Wigilię następnego roku popełni samobójstwo kolejne, tym razem udane.

4. Swoją drogą, proponuję Wam obejrzenie w wolnej chwili innych archiwalnych odcinków Wieczoru z wampirem, których na YouTubie trochę się znajdzie. Raz, że to był świetny talk-show i doskonalę wytrzymał próbę czasu (zaraz będzie dwadzieścia lat!), dwa, że Jagielski zapraszał osoby, przy których widzowi trudno się nudzić (Cejrowski, Korwin-Mikke, Kazimierz Kaczor, Marcin Daniec, Stanisława Celińska, Krzysztof Kowalewski), trzy, że niektórych z tych osób już wśród nas nie ma (Beksiński, Ciechowski, Marek Walczewski, Jacek Kaczmarski, Violetta Villas), cztery, że to lata dziewięćdziesiąte pełną gębą.

5. Z innego talk-showu, dla odmiany bardzo nowego i z antypatyczną prowadzącą, dowiedziałem się przypadkiem (nie oglądam, lecz zerknąłem jednym okiem w odpowiednim momencie), iż pierwszą Amerykanką, która samodzielnie dorobiła się (prawie) miliona dolarów, była… czarnoskóra Sarah Breedlove. Madam C. J. Walker, bo pod takim pseudonimem działała w biznesie, zrobiła fortunę na kosmetykach dla Murzynek. W dobie walki o równouprawnienie powinno się chyba wspominać ją częściej.

6. Uber przynosi straty i gdyby był zwyczajnym przedsiębiorstwem podlegającym prawom popytu i podaży, już dawno powinien zbankrutować. Na powierzchni biznesowych wód utrzymują go ogromne pieniądze, które w spółkę ładują finansowi giganci pokroju Google’a, Amazonu i Goldmana Sachsa. Oto mała teoria neoliberalnego spisku: ukrytym, dalekosiężnym celem inwestycji jest zniszczenie lokalnych, tradycyjnych firm taksówkarskich. Gdy znikną, Uber będzie mógł podkręcić ceny, a korporacje spiją przewozową śmietankę (oczywiście pieniądze z podwyższonych opłat szły będą szerokim strumieniem do nich, nie do kierowców).

7. Czy powiedzieli Wam, że mechanizmy neoliberalizmu i globalizacji, pomimo posiadania pewnych wad, mimo wszystko działają, bo kraje rozwijające się bądź co bądź powoli się bogacą, a poziom życia ich mieszkańców podnosi się? Być może to bzdura. Najnowsze badania ekonometryczne sugerują, że za pozorami światowego wzrostu kryje się skok gospodarczy Chin, który zniekształcił statystyki. Reszta państw wzbogaciła się w rzeczywistości znacznie mniej niż sądzono.

8. Dlaczego tyle osób popiera rozdział kościoła (religii) od państwa, ale nikt jakoś nie chce rozdzielać nauki i technologii od państwa? Jeżeli odpowiedź przyszła Ci do głowy natychmiast, odrzuć ją, bo jest tyleż banalna co błędna. W pytanie kryje się bowiem zachęta do poważnego namysłu nad skomplikowanym, polityczno-kulturowym zagadnieniem. I z tym namysłem Was pozostawiam.

Nowej notki na razie nie będzie (11)

Tęczowe widmo

Jakoś tak wyszło, że na dziesięciolecie Blogrysa (sic!) piszę o homoseksualizmie. Nie prosiłem o to.

W metrze siedziała sobie gimnazjalistka. Nie miała więcej niż piętnaście lat, choć wyglądała na jedną z tych, które wcześnie zaczynają i czasami wcześnie też kończą. Rozmawiała przez telefon z przyjaciółką.
– To od kiedy się znacie…? I podoba ci się…? A jak się nazywa…? Jak…? „Ananas”…? A to chłopak czy dziewczyna…?

„Chłopak czy dziewczyna”… Takie czasy nam nastały, że nawet młodzież jest za pan brat z seksualno-genderową płynnością. Tymczasem kwartalnik The New Atlantis rzucił niedawno wyzwanie obowiązującej narracji. Jubileuszowy, pięćdziesiąty numer tego znakomitego – to moje prasowe odkrycie ostatniego miesiąca – czasopisma poświęconego społecznym wpływom nauki oraz technologii1 w całości wypełnia raport specjalny pt. „Seksualność i gender”. Jego autorami są biostatystyk i epidemiolog Lawrence S. Mayer oraz psychiatra Paul R. McHugh, uznany specjalista, który przez ćwierć wieku pełnił funkcję naczelnego psychiatry w Szpitalu im. Johnsa Hopkinsa w Baltimore.

rainbow-george_thomas

Raport jest wyczerpujący. Nie stanowi stricte akademickiej metaanalizy; to raczej coś pomiędzy „twardą” popularnonaukową publicystyką a monografią powołującą się co akapit na wyniki empirycznych badania. Jest też na tyle długi, że nie miałem czasu przeczytać go w całości. Skończyło się na wprowadzeniu, pierwszej (z trzech) części i wnioskach. Ale to wystarczyło, bym docenił rzetelność opracowania, rzetelność, która ośmieszy każdego, kto spróbuje zbyć konkluzje Mayera i McHugha jakimś ad hominem bądź ad traditionem. Jasne, obaj panowie z pewnością zaliczają się do konserwatystów, lecz konia z rzędem temu, kto wskaże aideologicznego uczestnika debaty o seksualności (lub jakiejkolwiek innej poważnej debaty).

Naukowcy w raporcie piszą między innymi, że:

Czytaj dalej „Tęczowe widmo”

Tęczowe widmo

Czy Donald Trump wygra wybory?

Obejrzałem godzinny film dokumentalny o Hillary Clinton. Produkcja była świeża jak bochenek z osiedlowej piekarni, wspomniano nawet o niedawnym zasłabnięciu demokratycznej kandydatki. Dowiedziałem się dwóch ciekawych rzeczy, nie tyle o „Szachrajce”, jak zwykł nazywać Clintonową nieoceniony Mariusz Max, co o Donaldze Trumpie. Otóż konkurent Hillary, identyfikujący się w latach zerowych jako demokrata, popierał ją w wyborach prezydenckich w 2008 i 2012 r., a nawet wpłacał pieniądze na konto Fundacji Clintonów. Ba, Bill i Hillary byli gośćmi na trzecim ślubie Donalda. Doprawdy, sam nie wiem, które zdjęcie jest fajniejsze.

trump_clintontusk_kaczynski

Po drugie, kandydaturę Trumpa popiera Clint Eastwood. Spore zaskoczenie, chociaż właściwie trudno, żeby Brudny Harry, William Munny i Człowiek Bez Imienia mieli miękkie, demokratyczne serduszka.

Wracając do Hillary: Podobnie jak Trump jest kandydatką kontrowersyjną. W dokumencie zauważono, że Stany Zjednoczone są gotowe na wybranie pierwszej kobiety w historii na urząd prezydenta – ale niekoniecznie właśnie tej kobiety. Poszedłbym w ocenie o krok dalej. Wybór Mulata Obamy, a potem jego reelekcja, kosztowały Demokratów ogromną ilość liberalnej energii. Może jej nie starczyć w tym roku na wybranie kobiety – tej kobiety albo jakiejkolwiek innej.

Spoglądając więc na zagadnienie wyborów przez pryzmat Heglowskiego Ducha, wypada odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie twierdząco.

Czytaj dalej „Czy Donald Trump wygra wybory?”

Czy Donald Trump wygra wybory?

Opowieści z fantastycznych mielizn

W zeszłym roku zrecenzowałem antologię opowiadań nominowanych do nagrody im. Janusza Zajdla. Od pewnego czasu antologie owe ukazują się w Sieci w darmowym, czytnikowym formacie, co bardzo ułatwia ich lekturę.

Najnowszą również przeczytałem. Zdążyłem z tym nawet przed ceremonią wręczenia nagrody. I niestety powtórzyć muszę to, co napisałem przed rokiem: „Wśród nominowanych utworów możemy oczekiwać szerokiej rozpiętości podgatunkowej, imponujących pomysłów i dojrzałego stylu. Możemy, ale jeśli nie chcemy się srodze rozczarować, lepiej nie oczekujmy.”

Dojrzałego, ale wiernego fantastyce czytelnika, ponownie czeka prawie całkowity zawód. Dorota Dziedzic-Chojnacka drugi raz z rzędu napisała opowiadanie, w którym tylko ona wie, o co chodzi (Nihil fit sine causa). Całe szczęście, że tym razem zajęło jej to mniej stron. Świat przedstawiony w Koziorożcu i Smoku Magdaleny Kucenty jest umiarkowanie ciekawy w swej pulpowości, lecz o pozostałych elementach trudno powiedzieć coś dobrego. Simon Marcina Przybyłka cierpi z powodu erpegowego rodowodu oraz przeciągniętego twistu w końcówce. Tylko dla miłośników Wolsunga.

Najbardziej podobała mi się Pajęczarka. Owszem, alternatywnowiktoriańskie opowiadanie Przemysława Zańki nie jest wybitne, ale wszystko w nim trybi, a jedna scenka jest wręcz mistrzowska, co natychmiast oddziela tę historię od zdyszanego peletonu pozostałych utworów. Właśnie Zańkowi pierwsze zdanie poprzedniego akapitu zawdzięcza słówko „prawie”. Twórczość „chłopa z Mazur” będę z ciekawością obserwował. Niech się rozwija polskiej fantastyce na zdrowie.

Natomiast Zajdla za najlepsze fantastyczne opowiadanie polskie opublikowane w 2015 r. otrzymał Robert Wegner za Milczenie owcy. Dziełko paradoksalnie do antologii nie trafiło, ponieważ zawłaszczył je konkurencyjny (także darmowy) zbiór pt. Legendy polskie wydany przez Allegro. Wegner omawia w prozatorskiej formie zagadnienie budzenia się samoświadomości u AI. Robi to sprawnie, lecz trop ten był wszak przerabiany w fantastyce naukowej setki razy, a Wegnerowska fabuła bynajmniej nie porywa.

Na zakończenie swojej cytowanej wyżej recenzji napisałem, że „jeżeli wszystkie inne rodzime utwory fantastyczne opublikowane w zeszłym roku faktycznie były od nich [opowiadań nominowanych do Zajdla] gorsze, biada nam”. Ale Legendy polskie ratują poniekąd sytuację.

Milczenie owcy oraz Spójrz mi w oczy Elżbiety Cherezińskiej należą akurat do słabszej części zbioru. Błyskotliwy jest Zwyczajny gigant Jakuba Małeckiego, energiczny retelling legendy o Panu Twardowskim, który doczekał się nawet dwóch krótkich, fajnych kontynuacji filmowych w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Ubawiłem się przy Śniętych rycerzach Rafała Kosika – opowiastce o informatyku, któremu kazali pilnować rodzinnych owiec na hali. Niezłe wrażenie robi też liryczny Kwiat paproci Radka Raka, autora powieści o podejrzanie rzewnym tytule, której pozytywne recenzje najwyraźniej nie były przesadzone. Łukaszowi Orbitowskiemu w Niewidzialnym powinęła się niestety noga, jednak należy go pochwalić za klimat i stylistyczny eksperyment.

Nie biadajmy zatem przedwcześnie. Z polską fantastyką nie jest najgorzej. Z elektoratem zajdlowskich opowiadań – nie najlepiej.

Opowieści z fantastycznych mielizn