Przeczytane w 2020 (6)

Najfajniejsza:

Pimp Roberta Becka ps. Iceberg Slim – autobiograficzny debiut czarnoskórego alfonsa i kryminalisty, który trudnił się stręczycielstwem od osiemnastego roku życia.

„Alfons jest najsamotniejszym skurwielem na ziemi”, mawiał. „Musi znać swoje dziwki. Nie może pozwolić, by one poznały jego. Musi być Bogiem – od początku, aż do końca.” A także: „Każdy porządny alfons jest sam sobie najlepszym kumplem. Jego wewnętrzne życie jest tak bogate, bo bez ustanku zastanawia się, kombinuje, jak tu przechytrzyć te kurwy.”

Czytaj dalej Przeczytane w 2020 (6)

Przeczytane w 2020 (4)

Najmądrzejsza:

Na temat średniowiecza pokutują dwa potężne mity, które zawładnęły historyczną wyobraźnią milionów skądinąd inteligentnych ludzi.

Mit pierwszy: Średniowiecze było epoką brudną, ciemną, zacofaną, zabobonną, ponurą, groźną, nędzną, fatalną po prostu. To nieprawda – a jeśli chodzi o drugą połowę średniowiecza, okres między wiekiem jedenastym a czternastym, nieprawda rozmyślna czyli kłamstwo. Nienawistni historycy renesansowi i oświeceniowi z wielkim sukcesem utkali wiekom średnim czarny piar, wzmocniony potem przez dziewiętnastowiecznych ateistów walczących.

Czytaj dalej Przeczytane w 2020 (4)

Przeczytane w 2020 (3)

Najgęstsza:

Opowieść o miłości i mroku, czyli opus magnum Amosa Oza, zmarłego przed dwoma laty nestora literatury hebrajskiej oraz poważanego izraelskiego intelektualisty. Jego książka z 2002 r. stanowi perfekcyjne wyważenie powieści i autobiografii

Oz opowiada dzieje swej pochodzącej z Litwy, Ukrainy i Polski rodziny. Wspomina dzieciństwo, które zbiegło się w czasie z powstaniem państwa Izrael i na które położyła się zarazem długim, nieszczęśliwym cieniem samobójcza śmierć matki.

Gruba, z gracją napisana książka – lecz, tak jak gorący pustynny wiatr przetaczający się uliczkami Jerozolimy, gdzieniegdzie dość sucha, bo Oz pisał ją chyba dla siebie, wystawiając rachunek przeszłości. Jednakże „O” w alfabecie niedaleko ma do „M”, więc Opowieść… z czystym sumieniem postawić można na półce obok Stu lat samotności. Inny temperament, podobny kaliber.

Na okładce poniżej i w kadrze powyżej Natalie Portman, bo to właśnie ona Oza zekranizowała (reżyserski debiut), a sama wcieliła się w jego mamę. Film rzekomo taki sobie, ale będę chciał przekonać się o tym samodzielnie.

Czytaj dalej Przeczytane w 2020 (3)

Przeczytane w 2020 (2)

Najcieńsza:

Polacy nie angielski, lecz swój The Office (albo Dilberta) mają. W króciutkich opowiadaniach tworzących zbiorek Czekoladki dla Prezesa Sławomir Mrożek obśmiał absurdalne sytuacje powstające nagminnie w peerelowskich urzędach. Coś, co podówczas było satyrą na organizacyjną nieudolność socjalizmu, dzisiaj z powodzeniem odczytywać możemy jako pamflet natrząsający się ze zjawisk w korpo. Albo i dalej w urzędach, bo biurokracja wszak się za bardzo nie zmienia.

Przezabawna proza, którą przy weselnym stole z deserami polecił mi parę lat temu Ezu – dzięki!

A gdybyście mieli pięć minut wolnego czasu przy półce w księgarni, przeczytajcie na próbę Psa oraz Rydze.

Czytaj dalej Przeczytane w 2020 (2)

Przeczytane w 2020 (1)

Najgrubsza:

Latem czytałem namiętnie pierwszy tom nowej biografii Stalina spod pióra Stephena Kotkina (prawie 1000 stron). Słuchałem też sporo Cypress Hill. Stalin i Sajpresi weszli za mocno. Pomyślałem, że muszę koniecznie zrobić mem z generalissimusem. Na górze: „What’s your name, what’s your number?”. Na dole: „I’d like to get to know you”.

Uznalibyście wówczas, że to toporna ironia wymierzona w stalinowską bezpiekę, która najpierw spisywała nazwiska oraz adresy, a potem gorliwie przesłuchiwała (i nie tylko…) prawdziwych i urojonych wrogów reżimu. Tymczasem w memie chodziłoby o coś zgoła innego, czego dowiedziałem się z lektury Paradoksów władzy:

Czytaj dalej Przeczytane w 2020 (1)

Po piśmie

W 2004 r. Jacek Dukaj był na szczycie. Ogłosił właśnie czwartą powieść, za którą chwilę później otrzymał swoją czwartą Nagrodę im. Janusza A. Zajdla.

Pomyślałem wtedy, że gdyby przytrafiło mu się coś camusowatego, byłaby to niepowetowana strata dla polskiej fantastyki naukowej. Prawie dwie dekady później Dukaj jest cały i zdrowy, jednak w międzyczasie wydarzyło się coś innego, czego przewidzieć wówczas nie umiałem: autor Innych pieśni zarzucił powieściopisarstwo.

Czytaj dalej Po piśmie

Przeczytane w 2019 r.

Wiadomo, że blog powolutku umiera, jeśli nowe notki pojawiają się już tylko z okazji kulturowych podsumowań w styczniu i lutym.

Moim postanowieniem czytelniczym na rok 2019 r. było przypuścić szturm na „półki wstydu” i częściej siegać po nieprzeczytane papierowe książki, które piętrzą się na regałach i zalegają w pudłach na strychu. (Inni blogerzy piszą o tzw. kupkach wstydu, a ja wtedy uśmiecham się dobrotliwie do monitora). Co wyszło z postanowienia?

Jak by powiedział Gombrowicz: g…, g…, i jeszcze raz g… (Z lektury gombrowiczów najlepiej zapamiętałem wykropkowane fekalia). Czytałem może i swoje, ale prawie wyłącznie na Kindlu. Inna sprawa, że po raz pierwszy od pięciu lat zaliczyłem więcej książek po polsku niż w innych znanych mi językach. I po raz pierwszy od dwudziestu paru lat nie sięgnąłem po żadną książkę SF&F.

Tyle statystyki, teraz podsumowanie. Przeczytane w 2019 r. postanowiłem rozdrobnić na kategorie typu „naj”. Podział traktujemy umownie i wyrozumiale. Wiele wymienionych tytułów wypadałoby umieścić w więcej niż jednym taksonie. Poza tym nie stosuję klucza z żelazną konsekwencją i naginam zasady, by zwrócić uwagę tłumów na tytuły warte uwagi.

Czytaj dalej Przeczytane w 2019 r.

ArtRage 2019

W lutym kupiłem ebookowy pakiet ArtRage 2019. Upiekłem tym sposobem kilka czytelniczych pieczeni na jednej transakcji. W promocyjnej cenie nabyłem osiem potencjalnie dobrych, bo nominowanych do nagrody literackiej, książek, których przeczytanie pozwoliłoby mi odświeżyć (de facto zawrzeć!) znajomość ze współczesną literaturą polską. Poza tym po raz pierwszy w życiu miałbym okazję zagłosować w konkursie literackim poznawszy uprzednio samodzielnie wszystkich predententów – a na dodatek mógłbym jeszcze przedstawić swoją opinię na blogu przed ogłoszeniem wyników, czyli zabawić się w literackiego influencera. Same plusy. Deal roku.

Oczywiście, istniała niemała szansa, że większość książek okaże się durna. Końcowy wynik był na szczęście niezły: na Goodreads wystawiłem łącznie 22 gwiazdki w konfiguracji 2-4-3-1-4-3-3-2 (wszystkie „trójki” wyjątkowo mocne). Omawianie poszczególnych tytułów należy jednak zacząć od dna, od którego dosłownie się odbiłem:

Czytaj dalej ArtRage 2019

Gombrowicz

Nie mogę oblać się rumieńcem i powiedzieć, że nigdy nie przeczytałem „Ferdydurke” w liceum, bo owszem, nie przeczytałem, ale miałem ku temu doskonały powód: Nigdy nie chodziłem do polskiego liceum. Miny stroiłem za granicą, parobka po mordzie nie tłukłem.

Wreszcie, po wielu latach, nadrobiłem zaległości z krytyki tradycjonalizmu, romantyzmu i nacjonalizmu. Na przełomie 2018 i 2019 r. przeczytałem wszystkie cztery najważniejsze powieści Gombrowicza. Teraz, będąc autentycznym fanem Słowackiego (piękny kościół) i Mickiewicza (w dodatku z Bogiem w środku), wezmę zatem do ręki słynny bon mot przez autora „Pornografii” sklecony i jemu samemu nim bez pardonu po gębie przyłożę: I jak masz zachwycać, Gombro, skoro nie zachwycasz?

Tak naprawdę i od początku do końca podobał mi się tylko „Transatlantyk”, na pokładzie którego małoszycki autor wywinął popisowy taniec z językiem. (Niesamowite, jak jeden Prosty zabieg typograficzny Wpłynął na rytm Narracji). Z fabuły także boki idzie zrywać. Skądinąd wiem, że „Transatlantyk” to tytuł szalenie ważny z kulturowohistorycznego punktu widzenia, choć ja akurat czytałem bez lupy i nie analizowałem niuansów polskiej formy. Uznałem raczej książkę – to ryzykowne porównanie – za antybiegun „Ameryki”. U Kafki surrealistyczna frustracja imigrancka mieszała się z dobrodusznym humorem, u Gombrowicza zaś – dobroduszna frustracja imigrancka – z humorem surrealistycznym.

Słynne „Ferdydurke” także miało swoje – nieliczne, w gruncie rzeczy – momenty, lecz objętościowo dominowały tam dłużyzny. Przyszło mi na myśl, że czytam oto powieść na kanwie kilku doskonałych rysunków satyrycznych opublikowanych w superinteligenckiej wersji „Przekroju”. W miejscach, gdzie owe rysunki zostały przetworzone na prozę bezpośrednio (upupianie, pojedynek na miny, parobek) „Ferdydyrke” osiągnęła wyżyny, ekhm, formy. Cała reszta była jednak zbyteczna, dodana na siłę, jak na przykład owa opowiastka o Filidorze dzieckiem podszytym, która przemówiłaby do mnie bardziej, gdybym był filozoficznym laikiem, albo, na dwoje babka wróżyła, wówczas znużyłaby mnie jeszcze mocniej.

„Pornografia” – czyli sielanka według Gombrowicza. Koncertowy pomysł: Dwóch gejów (gejów?) wyjeżdża w trakcie okupacji na wieś i z dala od wojennego zgiełku próbuje w akcie zblazowania zeswatać nastoletnich zakochanych. A potem ktoś kogoś morduje. Jednak aby wyszło z tego coś porządnego, trzeba by przyłożyć się do narracji zamiast uciekać w odmęt rozmazanej, rozmigotanej literatury pięknej. Gombrowicz uciekł, rozmigotał.

I na koniec „Kosmos”. O nie, to już nie dla mnie, wszak przed wkroczeniem w rejony powieści eksperymentalnych się wzbraniam, do grona papierowych przyjaciół dopuszczam jedynie „Ulissesa”. W swoim rzekomo największym dziele Gombro poraził mnie z siłą co najwyżej sześciowoltowej bateryjki, nawet pomimo mej pozornej podatności na metafizykę uwidaczniającej się między innymi w fakcie, że też czasami ze zdwojoną uwagą przyglądam się rysom na suficie i rozważam ich ukryte znaczenie.

Przeczytane w 2018 r.

W minionym roku spłynęła na mnie łaska Kalliope. Zdołałem pochłonąć rekordową ilość 54 nowych (tj. nieznanych mi wcześniej) książek. Osiągnąłem więc nareszcie pułap mitycznej „jednej lektury tygodniowo”. Aspirowałem doń od wielu lat, lecz kończyło się najwyżej na czterech dziesiątkach z hakiem.

Oczywiście, od ilości ważniejsza jest jakość, jednak akurat o tej drugiej od dawna złego słowa powiedzieć nie mogę. Chociaż książki dobieram w sposób dość eklektyczny i nierzadko zaskakujący mnie samego, to ze świecą szukać na mojej „przeczytanej” liście dających się pochłonąć w dwa-trzy wieczory czytadeł. W zeszłym roku ilość poszła w parze z jakością, co raduje mnie w dwójnasób.

Martwią za to inne wskaźniki. Po pierwsze, prawie całkowicie zaniechałem czytania własnych (papierowych) książek. Sześćdziesiąt procent lektur stanowią pozycje wypożyczone z biblioteki, pozostałe czterdzieści to ebooki. Zważywszy na łączną wagę dziewiczej celulozy zalegającej na moich półkach oraz w pudłach na strychu, powinienem niezwłocznie zmienić te proporcje. Po drugie, czwarty rok z rzędu przeczytałem mniej fikcji niż leletrystyki. Jak wiadomo, dobra leletrystyka nie jest zła, jednak istnieje wszak całe mnóstwo znamienitych przedstawicielek literatury pięknej i literatury środka, z którymi chciałbym rychło zawrzeć znajomość. Po trzecie, prawie całkowicie zarzuciłem fantastykę. Wiadomo, zła fantastyka nie jest dobra, aczkolwiek ciągle mam wielkie zaległości, jeśli chodzi o klasyków oraz uznane książki współczesnych autorów.

Po tym przydługim wstępie – w telegraficznym skrócie o najlepszych rzeczach, które przeczytałem w zeszłym roku:

„Skrwawione ziemie” i „Czarna ziemia” Timothy’ego Snydera – dwie ponure, chyba z premedytacją pisane suchym językiem książki o ludobojstwach zgotowanych Europie przez Stalina i Hitlera w latach trzydziestych i czterdziestych. Snyder uświadomił mi szereg polityczno-organizacyjnych – wybaczcie nieodpowiednie z uwagi na kontekst słowo – niuansów masowych czystek tamtej niewesołej epoki. W trakcie lektury wynotowałem sobie mnóstwo intrygujących, słabo znanych faktów. Niezadługo doczekamy się na Blogrysie sążnistej notki na ten temat. Być może.

„Medaliony” – mistrzostwo krótkiej formy holokaustowej (w przeciwieństwie do Borowskiego, którego uważam za kiepskiego stylistę).

„Pan Tadeusz” – jedyna powtórka w zeszłym roku. Z czasów podstawówki zapamiętałem, że Mickiewicz geniuszem formy był, ale dopiero teraz odkryłem, że PT jest także pasjonującą powieścią w sensie fabularnym i charakterologicznym. Serio. Nie bądźcie intelektualnymi Moskalami i odkryjcie „Tadka” na nowo!

„Dziennik 1954” – u Tyrmanda już od pierwszych stron mierziły mnie potoki autokreacji, ale pióro miał facet zachwycające. Zaprzedałbym duszę diabłu dla takiej lekkości pisania. Notabene, bardzo dobre uzupełnienie „Dziennika” stanowił „Zły Tyrmand”, w którym Mariusz Urbanek przeprowadził krótkie wywiady z prawie wszystkimi osobami opisanymi przez Tyrmanda, łącznie z Kisielewskim i siedemnastoletnią Bogną, którą dwa razy starszy Leopold obracał w łóżku.

„Kolumbowie” – Roman Bratny spłodził epopeję o okupacji, Powstaniu Warszawskim i skomplikowanych losach powojennych. Książka ważna, z ogromnym potencjałem. Nie spełniła niestety moich oczekiwań, gdyż autor nie udźwignął ciężaru narracji. Na jej strony zbyt często zakradało się opisowe niechlujstwo.

Trzytomową biografię Thora Heyerdahla – fascynująca postać. Pierwszy tom zainspirował mnie nawet do napisania dwóch pokaźnych notek. Druga część trylogii Ragnara Kvama była równie emocjonująca, ale w tomie trzecim zabrakło pary, bo i Thor na stare lata za wiele już nie zdziałał. Z kolei ja na stare lata odkrywam dobrodziejstwo biografii. Czyta się jak powieść, a to przecież czyste fakty!

„Pakt Ribbentrop-Beck” – Piotr Zychowicz ma w kręgach lewicowych fatalną prasę, ale z przyjemnością stwierdziłem, że lepiej radzi sobie z argumentacją niż sugerują to jego adwersarze. Interesujące ćwiczenie z historii alternatywnej.

„Rzeczpospolita Zwycięska” Ziemowita Szczerka – historia alternatywna po raz drugi, tym razem w połączeniu z esejem. Poczułem po lekturze wielki szacunek dla autor, który dotąd kojarzył mi się z podejrzanymi środowiskami hipsterskimi spod znaku Ha!Artu. A tu okazuje się, że to prawdopodobnie jeden z oryginalniejszych polskich pisarzy współczesnych.

„Twisty Little Passages” – narratologiczne omówienie komputerowych gier tekstowych. Zdecydowanie nie dla każdego, lecz warto wiedzieć, że istnieje coś takiego jak fikcja interaktywna; przedziwny gatunek fabuły żyjący sobie na pograniczu literatury i gier komputerowych, którego najlepsze lata przypadły na przedostatnią dekadę XX wieku, ale który bynajmniej jeszcze nie umarł.