Blogrys Mixtape 2017

zycie_wedlug_singli

Parę lat temu bardzo spodobała mi się piosenka Dana Crolla pt. From Nowhere. Jej wartość zwiększał pomysłowy teledysk opowiadający o turnieju wpatrywania sobie w oczy bez mrugania. Wczoraj przesłuchałem wreszcie cały album pt. Sweet Disarray. Żena do kwadratu. Dobry był tylko tamten kawałek. Cała reszta to jakieś mruczando rodem z podrzędnego klubu studenckiego.

W Życiu Według Singli pisałem o takich właśnie utworach: bardzo dobrych (podług mojego ucha nastrojonego w danym momencie na muzykę lekką i przyjemną), ale pochodzących z płyt, które nie zachwycają od początku do końca. Dwa tysiące siedemnasty już się skończył, pora więc zebrać wszystkie te piosenki w jedną playlistę. Oto Blogrys Mixtape 2017. Liczy ponad sto kawałków. W prawie żadnym miejscu nie jest ambitny, ale eklektyczności mu nie odmówicie.

Cóż to, nie macie czasu na pięciogodzinną playlistę gościa pasjonującego się Eurowizją? Poniżej więc wersja skrócona, skondensowna do dwudziestu jeden tytułów, posegregowana, zagnieżdżona, nic tylko poklikać.

Czytaj dalej Blogrys Mixtape 2017

Reklamy

Życie według singli (4)

zycie_wedlug_singli

Oto dwadzieścia dwie chwytliwe i bardzo zróżnicowane – pod tym względem można na mnie zawsze liczyć – piosenki na koniec roku. Czekają tu na Was między innymi takie atrakcje jak:

Cała playlista kryje się tutaj.

Longplay (7)

longplay

Różni wykonawcy: The Spirit of Talk Talk. I tak wyszło, że najciekawszym albumem, z jakim zetknąłem się w mijającym roku, była antologia coverów grupy Talk Talk. Wpadła w moje ręce przypadkowo – myślałem, iż mam przed sobą składankę ich oryginalnych, najlepszych utworów. Tymczasem na długim, dwupłytowym The Spirit of Talk Talk czekało na mnie trzydzieści aranżacji dwudziestu czterech piosenek zespołu Marka Hollisa. Nazwiska wykonawców nie mówiły mi absolutnie nic, ale większość z nich spisała się na medal.

Za absolutnie mistrzowski cover uważam niezatytułowaną piosenkę Jacka Northovera, bodajże najwybitniejszy utwór muzyczny, jaki usłyszałem w 2016 r. w ogóle. A ponieważ antologię utrzymano w konsekwentnych barwach skrajnej melancholii, nawet słabszym kawałkom dane jest przynajmniej podtrzymywać atmosferę całości w przerwach pomiędzy lepszymi fragmentami. The Spirit of Talk Talk należy postawić na półce obok Tower of Song, albumu składającego w podobny sposób hołd twórczości Leonarda Cohena, tudzież obok…

the_spirit_of_talk_talk

Różni wykonawcy: nowOsiecka. Czternastu (względnie) młodych polskich piosenkarzy interpretuje nieśmiertelne utwory Agnieszki Osieckiej. Pierwsze spostrzeżenie: Nie uświadczymy tutaj najbardziej znanych kawałków, np. „Małgośki”, „Niech żyje bal”, „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”, „Nie całuj mnie pierwsza” itd. I bardzo dobrze, że ich nie ma! nowOsiecka, jak wydaje się sugerować nawet tytuł, adresowana jest do młodszego pokolenia, które zapewne nie chce po raz n-ty słuchać piosenek z epoki swoich rodziców. Poza tym dorobek „Okularnicy” liczy pół tysiąca tekstów. Wypadałoby raz na jakiś czas odkurzyć te mniej znane.

Drugie spostrzeżenie: Śpiewać każdy może, jeden lepiej, a drugi gorzej. Zasada ta obowiązuje z całą mocą w przypadku poezji śpiewanej skoligaconej wszak z piosenką aktorską. Z materiałem na piątkę poradzili sobie między innymi Czesław Śpiewa, Misia Furtak i Mela Koteluk. Na szczęście każda piosenka ma słuchaczowi coś do zaoferowania – nawet jeśli tym czymś nie zawsze są umiejętności interpretacyjne wykonawcy – i każda z nich wnosi coś od siebie do antologii.

Zafascynowały mnie szczególnie warianty hip-hopowe, tj. „Rajski deser” L.U.C.-a oraz „Ostatnia prosta” Łony i Webbera, które wynoszą słowa Osieckiej na zupełnie nową orbitę. Szkoda, że polski hip-hop tak rzadko korzysta z dorobku „tradycyjnych” polskich poetów.

nowosiecka

Czytaj dalej Longplay (7)

Longplay (6)

longplay

TLCCrazySexyCool. Na Wielkiej Liście Wybitnych Albumów Hip-Hopowych, którą od wiosny systematycznie przerabiam, laski z TLC opatrzone są numerkiem 1995 i sąsiadują z Raekwonem, Mobb Deepem oraz Bone Thugs-n-Harmony. W przeciwieństwie do twardych czarnuchów z Nowego Jorku tudzież z Ohio, Tionnę, Lisę i Crystal łączy z hip-hopem subkulturowe pokrewieństwo, nie muzyczny styl jako taki. CrazySexyCool jest bowiem albumem śpiewanym – rapu tam jak na lekarstwo – i powinniśmy zaliczyć go do R&B. Warto poznać nie tylko dla Waterfalls, wielkiego przeboju połowy lat 90.

crazysexycool

Czytaj dalej Longplay (6)

Longplay (5)

longplay

Frank Ocean: Blonde. Awangardowe R&B ze szczyptą psychodeli. Takie albumy obchodzę zwykle szerokim łukiem; niekiedy tylko trącę je ostrożnie kijem, a potem w popłochu uciekam. Jednak Blonde jest absolutnie fascynujący w warstwach muzycznej oraz wokalnej. Za każdym kolejnym razem zyskuje w moich uszach. W zestawieniach najlepszych płyt z 2006 r. trafia zwykle do ściślej czołówki. Zasłużenie.

Czytaj dalej Longplay (5)

Ethiopiques

ethiopia.jpg

Jest sobie gatunek muzyki zwany „muzyką świata” tudzież world music. To wielki wór, do którego wrzucamy utwory ludowe („etniczne”) ze wszystkich kontynentów (z wyjątkiem Europy, oczywiście) oraz nowoczesną muzykę alternatywną tymiż utworami inspirowaną. Nie ma lepszego dowodu na bezczelną dominację kultury zachodniej nad światem niż ta etykietka. To przecież właśnie pop, rock i R&B powinny funkcjonować w globalnej świadomości jako stylistyczne drobiazgi, rozrywkowe kurioza, które wyewoluowały w ciągu ostatnich stu lat w Stanach Zjednoczonych i Europie. Tymczasem jest odwrotnie: Prawdziwa muzyka świata stanowi li tylko eksponat-dziwoląg upchnięty w jednej z bocznych sal akustycznej pinakoteki. Jasne, ma swoich zagorzałych entuzjastów, ale przecież z ilościowej definicji powinna być wręcz tożsama z głównym nurtem!

Jest sobie paryskie wydawnictwo Buda Musique założone w 1987 r. przez Dominique’a Buscaila i Gillesa Fruchaux specjalizujące się w musiques du monde. Działalność zaczęło od cygańskiego jazzu, balafonu i muzyki andyjskiej. Od tamtego czasu ich katalog rozrósł się do pół tysiąca pozycji podzielonych na kilka różnych serii wydawniczych.

Jest sobie wśród nich seria Éthiopiques wędrująca przez bogatą tradycję dźwiękową Etiopii i Erytrei. „Etiopiki” poświęcone są tamtejszej muzyce etnicznej oraz popularnej z lat 60. i 70. Pierwsza płyta ukazała się w 1998 r., najnowsza – w roku bieżącym. Kolekcja składa się obecnie z okrągłych trzydziestu części. Rozreklamował ją (choć to pewnie za duże słowo) Jim Jarmusch. Pamiętacie dziwną, ale fajną ścieżkę dźwiękowę filmu Broken Flowers? To właśnie był etiojazz Mulatu Astatkego i spółki.

Jest sobie bardzo stara, etiopska zakonnica o długim nazwisku: Yewubdar Tsegué-Maryam Guèbrou. W grudniu obchodzić będzie dziewięćdziesiąte czwarte urodziny. Dawno temu była nawet uczennicą polskiego skrzypka Aleksandra Kontorowicza w Kairze. W latach sześćdziesiątych zabrała się za komponowanie i wykonywanie muzyki. Zarobione pieniądze przeznaczała na sierociniec. Dwudziesta pierwsza płyta Ethiopiques zgromadziła jej utwory fortepianowe.

To szybka i zaczarowana muzyka. W moich uszach brzmi jak połączenie rytmicznego bluesa z nowoczesną muzyką fortepianową. Zabarwienie etniczne bierze się bodajże stąd, że Guèbrou korzystała ze skali pentatonicznej. Gdyby Erik Satie spędził urlop na Rogu Afryki łykając speed, jego Gnossiennes brzmiałyby pewnie tak jak kompozycje matki Tsegué-Maryam.

Longplay (4)

longplay

Dawes: We’re All Gonna Die. Poprock wciągający za uszy. Okej, wszyscy umrzemy, ale posłuchajmy najpierw Dawesa.

Mark Ernestus’ Ndagga Rhythm Force: Yermande. Znawcy mówią, że tak będzie brzmiała muzyka niedalekiej przyszłości. Łagodne techno nasycone afrykańskimi, plemiennymi rytmami, z zaśpiewami w języku niezrozumiałym dla Europejczyka. Jak znalazł na cyberpunkową sesję.

Różni wykonawcy: The Breakfast Club OST. Przede wszystkim nieśmiertelne Don’t You (Forget About Me). Reszta płyta dzielnie sekunduje Prostym Umysłom w podawaniu słuchaczowi dożylnej dawki licealnej melancholii. Oczywiście, warto też odświeżyć sobie cały film Johna Hughesa znany u nas pod tytułem Klub winowajców

Andrzej Wawrzyniak i Michał Wiśniewski: Sweterek, część 1. Dajcie Wiśniewskiemu szansę. To nie kolejna płyta Ich Troje, tylko poezja śpiewana. Do poziomu Kofty czy Osieckiej oczywiście sporo brakuje, ale nie jest źle.

The Internet: Ego Death. Jeżeli tak brzmi R&B, to ja poproszę o więcej! Nie zrażajcie się wulgaryzmem w pierwszej sekundzie.

Atelje: Meditation. Abstrakcyjny obraz dźwiękiem malowany. Zawartość w stu procentach zgodna z okładką albumu. Łagodna, pomysłowa elektronika, w sam raz na wrzucenie luzu.

OC Jazz Collective: Chronology. Hołd jazzowy złożony legendarnemu jRPG-owi pt. Chrono Trigger. Jeżeli nie lubisz, jeżeli nie grałeś, jeżeli nie wiesz, co to są jRPG – nic nie szkodzi. Posłuchaj po prostu fajnego jazzu.

Swet Shop Boys: Cashmere. Pierwszy album Chłopaków Ze Sweatshopu, czyli z fabryki ulokowanej w kraju Trzeciego Świata, w której w urągających ludzkiej godności warunkach produkuje się tanie ubrania eksportowane do zachodnich sieciówek – nie mylić z zamożnymi Chłopakami Ze Sklepu Ze Zwierzętami – był jednym z najciekawszych debiutów hip-hopowych minionego roku. SSB nie wstydzą się swoich korzeni: Heems jest amerykańskim Hindusem, a Riz MC pakistańskim Brytyjczykiem. Zaczynają od słów „Inszallah, maszallah, ale lepiej nie masza-lo [= martial law = stan wojenny]”, a potem robi się coraz lepiej.

Linton Kwesi Johnson: Independant Intavenshan. Dwie i pół godziny poezji dubowej śpiewanej (tudzież melodeklamowanej) w rytmie reggae. Johnson jest jak dotąd jedynym czarnoskórym poetą, którego wiersze opublikowano w serii Penguin Modern Classics.

Lew w lipcu

reggae.jpg

Apogeum lata. Upały. Ewentualnie burze i intensywne opady. (Jestem wciąż w Ekwadorze, notka została zaprogramowana, nie mogłem wiedzieć z wyprzedzeniem, jaka będzie dzisiaj w Polsce pogoda. Gorąco czy leje?). Grzebiemy w archiwach reggae z przyległościami (calypso, rocksteady, ska). Marleya odpuszczamy, bo Marleya wszyscy znamy. Tak chciała natura. Pitta patta.

Czytaj dalej Lew w lipcu

Longplay (3)

longplay

Zasady są trzy:

  • różne gatunki, dla każdego coś dobrego;
  • polecam albumy, które podobają mi się w całości (lub prawie w całości), nie takie, na których znalazło się zaledwie kilka przyzwoitych utworów;
  • linki prowadzą do wybranych kawałków (lub nawet całych albumów) na YouTubie.

 

Angles 9: Disappeared Behind the Sun. Najlepsi jazzmani ze Szwecji orbitują wokół słońca free jazzu. Tylko dla miłośników abstrakcji.

Flume: Skin. Dance’owa elektronika z Australii.

Prinz George: Illiterate Synth Pop. Jeżeli tak ma wyglądać analfabetyzm muzyczny, to ja ewijdkfjwljslkcjl. Synthpop z atmosferą.

Sia: This Is Acting. Popowy mainstream na dziś. Co druga piosenka świetna, pozostałe dobre. Energii na cały tydzień.

Slow Dakota: The Ascension of Slow Dakota. Kontemplacyjnie. Gdzieś pomiędzy poezją, muzyką i religią.

The 1975: I Like It When You Sleep, for You Are So Beautiful yet So Unaware of It. Cholernie różnorodny album indierockowy o cholernie długim tytule.

Różni wykonawcy: The Get Down OST (Part I & II). Eklektyczna składanka z bombowego miniserialu. Ze względu na jego epokę i tematykę, dużo tu hip-hopu i disco, ale zachęcam do przesłuchania, nawet jeśli w tych klimatach nie gustujecie. Łącznie prawie 40 piosenek, same perełki, kilka diamentów. Na przykład Toy Box to mistrzostwo erotycznego popu (i mam tu na myśli kombinację zmysłowej muzyki i przewrotnych słów, nie wygląd wokalistki). Nie wykluczam zarazem, że aby docenić geniusz tego soundtracku, należy najpierw obejrzeć i polubić serial.

The Range: Potential. Elektronika z Nowego Jorku.

Wye Oak: Shriek. Skrzyżowanie indie rocku z indie folkiem.

ZHU: generationwhy. Elektronika chińsko-amerykańska.

Życie według singli (3)

zycie_wedlug_singli

Osoby, które mnie znają osobiście, albo które mnie nie znają, ale klikały uprzednio w polecane przeze mnie piosenki, doskonale wiedzą, że mój gust muzyczny porusza się w rejestrach alternatywnego popu (synthpopu, new wave’u, art popu, indie itd.) z częstymi odchyleniami w kierunku alternatywnego rocka (post-rocka, rocka progresywnego itd.), muzyki elektronicznej oraz (w porywach) klimatów jazzowych. Nad wszystkim sprawują pieczę Bracia Figo Fagot oraz Eurowizja.

Niewiele się w tej materii zmieniło.

Chociaż nie, zmieniło się; od kilku miesięcy słucham namiętnie gatunku, który przez całe życie nie tylko zaniedbywałem, ale którym wręcz pogardzałem: hip-hopu. Postanowiłem zaznajomić się chronologicznie ze wszystkimi kanonicznymi albumami hip-hopowymi. Jestem w tej chwili w okolicach roku 1990 r. Ale na notki, zestawienia i artykuły ilustrowane czarnymi, groźnymi, obwieszonymi złotem raperami przyjdzie jeszcze pora. Na razie trzymajmy się deklaracji stylistycznej z pierwszego akapitu.

W najnowszej plejliście („na lato”) proponuję równe pięćdziesiąt piosenek (w tym jedną ukrytą). Dominuje alternatywny pop, czasami żwawy, czasami melancholijny. Są też rodzynki. Mam nadzieję, że znakomita większość tych utworów jest nieznana i nieosłuchana, że stacje radiowe w ostatnich czasach nie katowały nimi bez końca słuchaczy. Sami sprawdźcie.

Ludziom, które nie gustują w alternatywnym popie, ale wierzą, że od czasu do czasu nawet i ja potrafię w muzycznym odmęcie wyłowić perełki, zwracam szczególną uwagę na pierwsze gejowskie country, żydowskie modlitwy, psychodeliczny rock w wykonaniu niemieckich metali, sentymentalny szlagier wylansowany przez nowy serial Netfliksu oraz krautrock o Maluchu.

A może by tak indywidualne dedykacje? Bądź co bądź wiem o kilkunastu osobach, które (chyba…) zaglądają tu regularnie. Możecie napisać w komentarzach, czy trafiłem (i dołożyć przy okazji cegiełkę do Blogrysowej społeczności; tak naprawdę nie interesuje mnie zbytnio, czy trafiłem, chodzi przede wszystkim o te cegiełki). Jeśli o kimś zapomniałem, to przepraszam. Niech się śmiało upomni na privie.

Dla Arka – bo powiedziałeś mi, żebym lecąc do Ekwadoru słuchał ekwadorskiej muzyki, a ja Ci odpowiedziałem, że będę słuchał BFF, żeby nie zapomnieć o Polsce. Latynoskiej muzyki sam sobie możesz posłuchać.
Dla Baczka – strzał w ciemno.
Dla Bartosza – bo Sobral wygrał tegoroczną Eurowizję.
Dla Dabroza – bo to dziwny pop, a Ty zwykłego nie lubisz chyba na pewno.
Dla Damiana – bo na bank uwielbiasz pop po hiszpańsku.
Dla Deckarda – strzelam w ciemno, kalibruj śmiało.
Dla Eza – w sumie nie mam pojęcia, czego słuchasz, więc jeżeli piosenka Ci się nie spodoba, to chociaż nasycisz oczy czekoladowym teledyskiem.
Dla Grzegorza – o ile dobrze pamiętam, podobał Ci się wokal Anthony’ego / ANOHNI-ego.
Dla Mariusza – co to za dźwięk???
Dla Michała S. – doceniłeś zestawienie coverów, więc może spodoba Ci się ten, który odkryłem niedawno. Uwaga! Piosenka „ukryta”, nie ma jej na plejliście jutubowej, link prowadzi na Soundcloud.
Dla Misiołaka – jeśli nadal słuchasz alternatywy (a może Dobra Zmiana nastała też w Czwórce?), to było z czego wybierać.
Dla Sebastiana – mogę spudłować, ale przynajmniej docenisz ten czteronutowy (?) bas przy refrenie (chyba docenisz… obyś docenił…).
Dla Sejiego – bo jesteś bogobojny.
Dla Staszka – bo istnieje nikła szansa, że oglądałeś 13RW.
Dla Tomka – bo wszyscy wiemy, że lubisz takie rzewne starocie.
Dla Mateusza W. – bo chyba nie pogardzisz piosenką, która każe jeść grzyby, w wykonaniu zespołu, który namawia do zjedzenia babci.
Dla Mateusza Z. – bo what goes around, comes around.