Unreal Remastered

Miłośnikom komputerowej muzyki elektronicznej z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych polecam zremasterowany soundtrack do pierwszego Unreala. To kawał solidnej, klimatycznej ścieżki dźwiękowej – nawet jeśli ktoś nie nagrał się wówczas tyle, żeby teraz mieć „lokacyjne” skojarzenia z poszczególnymi utworami.

Jak błądzący łach

Filip Łobodziński przełożył tytuł ikonicznej piosenki Boba Dylana Like a Rolling Stone na Jak błądzący łach. Okoliczności tej decyzji przedstawił w artykule, w którym dokonał zresztą wiwisekcji całości swego przekładu. Przeczytałem go z ogromną przyjemnością; mam słabość do wynurzeń tłumaczy zdradzających warsztatowe tajniki.

Chciałem, żeby za ilustrację lektury posłużyło mi polskie wykonanie Dylanowskiego szlagieru, ale traf sprawił, że najpierw natknąłem się na Czasy nadchodzą nowe zaśpiewane przez Muńka Staszczyka. Nie znałem – bardzo dobre.

Dumanie (1)

Wczoraj wieczorem słuchałem Radia 357, pogrobowca „starej” Trójki. Trafiłem przypadkowo na pierwszą miesięcznicę działalności stacji i nowy wariant legendarnej Listy Przebojów. Spłynęło na mnie — rychło w czas — olśnienie, że ponieważ mocne radia budują wokół siebie społeczność, często chodzi w nich o wspólne słuchanie muzyki, razem z prowadzącym audycję, który piosenki dla nas wybiera, i z tymi wszystkimi ludźmi, których nie znamy i nie widzimy, ale którzy niekiedy do Radia dzwonią. Tym sposobem tradycyjne radio staje się, w zależności od punktu widzenia, albo ostateczną bronią introwertyzmu — razem, ale jednak osobno — albo śmiertelnym wrogiem serwisów streamingowych rodzaju Spotify, w których każdy żyje i umiera samotnie.

Najlepsze z usłyszanych 2020

Rozglądasz się właśnie za eklektyczną plejlistą mieszającą piosenki stare i nowe, znane i nieznane, w przeważającej większości „mainstreamowe”, ale niekiedy kuriozalne? Proszę bardzo. Oto 58 piosenek, które wpadły mi głęboko w ucho w minionym roku. Znajdziesz tam na przykład:

  • pokaźną porcję indie z obfitego soundtracku Better Call Saul;
  • przejmującą Guajirę Santany;
  • kawałek, który samplował Eminem do swego największego hitu;
  • siedemnastominutowego przedstawiciela rocka progresywnego rodem z Norwegii;
  • rewelacyjny cover wykonany przez Williama Shatnera, tak, tego samego, który wcielił się w kapitana Kirka w pierwszym Star Treku;
  • gwinejski jazz z końca lat 70.;
  • niezapomniane utwory Robbiego Robertsona napisane do ścieżki dźwiękowej Irlandczyka;
  • poezję śpiewaną w wykonaniu Czesława Mozila oraz Meli Koteluk (ale tym razem nie w duecie);
  • magiczną interpretację Manhattanu Leonarda Cohena;
  • polski synthwave (polecił Arek, dzięki);
  • potężną kolędę Binga Crosby’ego;
  • szlagier Cindy Lauper, którego jakoś nigdy wcześniej nie słyszałem;
  • fragmenty OST z drugiego Silent Hilla i trzeciego sezonu LOST-a.

Wystarczyło na zachętę? No to plej, bo Ivan Kirchuk już czeka i chce opowiedzieć o starej Białorusi.

Już klęczę, mój adwokacie

Parę miesięcy temu żądzą zemsty, chrzęstem żwiru i grzmotami zwiastującymi srogą burzę zakończył się piąty sezon serialu Zadzwoń do Saula (Better Call Saul), prequelu i spin-offa fenomenalnego Breaking Bad. Domorośli prawnicy i zdemoralizowani nauczyciele chemii twierdzą zgodnie, że to jedna z najlepszych produkcji telewizyjnych wszech czasów. Na ostatni, szósty sezon poczekamy do przyszłego roku, ale już teraz nietrudno o opinie, iż Saul wyszedł Vince’owi Gilliganowi jeszcze lepiej niż BB. Niemożliwe, a jednak.

A ja powiem tak: Better Call Saul to serial zupełnie bez wyrazu.

Czytaj dalej Już klęczę, mój adwokacie

Najlepsze z usłyszanych w 2019

Dziesięć świetnych utworów, które usłyszałem w minionym roku (linki prowadzą na YT, a tutaj playlista):

G-Eazy ft. Son Lux: Eazy – ostatni utwór na ostatniej płycie G-Eazy’ego jest wyborny. Ośmielam się traktować go jako gwarancję jakości nowego albumu, który ukaże się jeszcze w tym roku (These Things Happen Too).
Sokół ft. Lena Osińska: Koniec gatunku – cóż za historię nam Sokół tutaj nawinął!
Lana Del Rey: Venice Bitch – siedem długich lat po Born to Die Lana nareszcie powróciła do formy i na wysokości Venice Bitch – z jej długą, psychodeliczną wstawką – osiągnęła maksimum swego najnowszego albumu.
Shawn Mendes & Camilla Cabello: Señorita – najseksowniejszy duet od czasu Something Stupid w wykonaniu Nicole Kidman i Robbiego Williamsa.
Lee Scratch Perry: Disco Devil – „…the disco devil dressed as a disco rebel”. Teraz marzę o podkoszulku z takim nadrukiem.
Anohni: 4 Degrees – Greta dostaje ataku paniki za każdym razem, gdy słyszy ten kawałek.
Madonna: Pray for Spanish Eyes – ileż jeszcze nieodkrytych (przeze mnie) pereł skrywa dorobek Madonny?
Karin Krog & John Surman: New Spring – na chwilę obecną jest to najdoskonalszy znany mi przedstawiciel awangardowego jazzu.
Stevie Wonder: Living for the City – cytując anona z Tuby: „Jakim sposobem niewidomy facet widzi więcej niż my wszyscy?”.
Robert Glasper Experiment: Smells Like Teen Spirit – cudowna aranżacja Cobainowskiego klasyka.

Dziesięć znakomitych płyt, które poznałem w minionym roku (linki prowadzą do Spotify z jednym jutubowym wyjątkiem):

Czytaj dalej Najlepsze z usłyszanych w 2019

Muzyka świecka na niedzielę (1)

Po pierwsze: Profesjonalnie zmiksowany nu-jazz / neo-soul. Nie zaliczam się do zagorzałych fanów Roberta Glaspera, bo choć nie sposób odmówić mu znakomitego warsztatu, to na swoich „zwykłych” płytach popada jakby w dźwiękową rutynę. Jednak na epce „Black Radio Recovered” (2012) pokrewne dusze wycisnęły z twórczości Glaspera – współpracującego akurat z tuzami pokroju Eryki Badu, Mos Defa i The Roots – ostatnie soki dostarczając słuchaczom niespełna czterdziestu magicznych minut.

Czytaj dalej Muzyka świecka na niedzielę (1)

Blogrys Mixtape 2018

longplay

Szczęśliwego Nowego Roku! Wracam po bez mała półrocznej nieobecności; na razie wyłącznie po to, by zgodnie z blogową (blogosferową) tradycją podsumować miniony rok przeczytanymi książkami, obejrzanymi filmami oraz wysłuchaną muzyką. Zaczynamy od nut.

Jedno jedyne kliknięcie dzieli Was od

Blogrys Mixtape 2018,

zestawu 58 kawałków, które wpadły mi w ucho tak głęboko, że skrupulatnie zanotowałem tytuł i wykonawcę.

Jedną trzecią playlisty stanowi, przyznaję bez bicia, pop; drugą trzecią utwory z popowych pograniczy; trzecią trzecią zaś przedstawiciele innych, niekoniecznie jasno zdefiniowanych gatunków. Mixtape jest więc całkiem łatwy i bardzo przyjemny w słuchaniu. Nie usiłuje schlebiać wyrafinowanym melomańskim gustom, ale ze względu na jego eklektyczność mogę zaręczyć, że każdy wyłowi przynajmniej trzy… nie, pięć perełek. Przynajmniej!

Z przykrością stwierdzam, że w zestawie nie znalazła się ani jedna polska piosenka. Poza tym prawie w ogóle nie wrzucałem doń utworów z albumów, które podobały mi się od początku do końca, chociaż wiele takowych rozbrzmiewało w mym głośniku i słuchawkach w ubiegłym roku. No to w kolejności alfabetycznej i z króciutkimi omówieniami:

  • René Aubry: Petits sauts délicats avec grand écart (2018) – delikatna, przeurocza francuska elektronika, nieślubne dziecko Vangelisa i Jarre’a.
  • The Band: Music From Big Pink (1968) – ZESPÓŁ lepiej odkryć późno niż nigdy…
  • James Brown: 20 All Time Greatest Hits! (1991) – …podobnie jak Janusza Brąziaka, mistrza soulu (ale on obił mi się przynajmniej wcześniej o uszy).
  • Leonard Cohen: The Future (1992) – akurat tej płyty Cohena nie znałem jak dotąd w całości, chociaż kiedyś, dawno temu, przy pomocy pochodzącej z niej piosenki przetrąciłem Blogrysowi kręgosłup.
  • Diana & Marvin: Diana & Marvin [album pod linkiem jest niepełny, szukajcie całości na Spotify] (1973) – w minionym roku namiętnie słuchałem Marvina Gaye’a. Z Dianą Ross stworzył chyba duet wszech czasów, natomiast…
  • Marvin Gaye: What’s Going On (1971) – …na swoim legendarnym concept albumie jest cudowny w pojedynkę…
  • Marvin Gaye: Let’s Get It On (1973) – …i oczywiście warto zapoznać się z resztą jego dyskografii.
  • Genesis: We Can’t Dance (1991) – mam słabość do Phila Collinsa.
  • Sonny Landreth: Outward Bound (1992) – elektryczny blues jak marzenie.
  • Lao Che: Wiedza o społeczeństwie (2018) – najnowsza płyta Lao Che uchodzi wśród fanów za jedną ze słabszych w ich dorobku, ale w niczym mi to nie przeszkadza. Przesłuchałem ją już z dziesięć razy. Liczba mnoga bliżej Boga.
  • Madonna: Ray of Light (1998) – chciałbym, żeby wszystkie albumy popowe były choć w połowie tak przemyślane i sprawne warsztatowo jak światło Madonny.
  • Vangelis Papathanassiou: L’apocalypse des animaux (1973) – w końcu dane mi było przesłuchać w całości płytę, z której pochodzi urzekająca La Petite Fille de la mer.
  • Shakira: Laundry Service (2001) – do Shakiry też mam słabość!
  • Nina Simone: Little Girl Blue (1959) – nadgryzłem pokaźną dyskografię Simone. Jak na razie najbardziej podobała mi się jej debiutancka płyta, chociaż większość albumów wciąż przede mną.
  • Karsten Troyke: Noch Amul! (2012) – pierwszego września byłem w doborowym towarzystwie matki i żony na niezapomnianym koncercie Troykego, Niemca specjalizującego się w tradycyjnych piosenkach żydowskich.
  • Kamasi Washington: Heaven and Earth [nie ma na YT, szukajcie na S] (2018) – spiritual jazz bez pudła.

Zaledwie trzy z powyższych są rzeczywiście nowe, to znaczy datowane na 2018 r. Pozostałe odkryłem z zawstydzającym opóźnieniem. Tak już mam.

Pachnie „Teen Spiritem”

30kwintali

(tl;dr: Link do playlisty tutaj)

Usiadłem, żeby napisać muzyczny list miłosny do lat 90. Przejrzałem notatki i zabrałem się za układanie mixtape’u spod znaku nieśmiertelnych najntisów. Przypomniawszy sobie nagle o Blogrysie pomyślałem, że mogę przecież podzielić się składanką z innymi. Ale zestawień typu „Najlepsze piosenki dekady” jest w internecie bez liku. Żeby wysforować się choć troszkę, przykroiłem swoją plejlistę nożyczkami metodologicznymi, tak jak zrobiłem to niegdyś tworząc ranking coverów.

• Lata 90. zaczynają się u mnie w 1990 a kończą w 1999. Na razie bez innowacji.

• I pierwsza innowacja: Każdy wykonawca może pojawić się tylko raz. Wybacz, Michael. Zasada ta obowiązuje także wtedy, jeżeli komuś zdarza się śpiewać czasem solowo, czasem w grupie. Wybacz, Phil.

• Z każdego roku wziąłem pięć zachodnich (czyli przeważnie anglosaskich, choć trzech Włochów – zgadniecie, którzy to? – też się załapało) przebojów. Dorzuciłem 15 utworów polskich z całej dekady. Docisnąłem pięcioma zachodnimi kawałkami, dla których zabrakło miejsca w pierwszym etapie selekcji. Razem 70 kawałków.

• Decyduje wcześniejsza data premiery – singla lub albumu. Zadałem sobie odrobinę trudu i dość dokładnie te roczniki posprawdzałem.

• Do zestawienia nie trafiły The Sweetest Thing U2 oraz You’re My Heart, You’re My Soul Modern Talking, które uwielbiam, ale które są w gruncie rzeczy piosenkami z pierwszej połowy lat 80., tyle że pod koniec lat 90. wydano je z pompą i sukcesem ponownie.

• W mixtapie nie ma przebojów, które nagrano na potrzeby soundtracków lub które trafiły do (głośnych) filmów w roku swojej premiery. W przedbiegach odpadły więc I Will Always Love You Whitney Houston, Streets of Philadelphia Bruce’a Springsteena, Gangsta’s Paradise Coolio, I Don’t Wanna Miss a Thing Aerosmith, My Heart Will Go On Celine Dion, Iris Goo Goo Dolls, Golden Eye Tiny Turner, Everything I Do (I Do It For You) oraz Have You Ever Really Loved A Woman? Bryana Adamsa (szczególnie tej ostatniej mi żal).

• Ograniczam eurodance i disco, ale ich nie rugam.

• Queen musi być reprezentowany przez coś innego niż Bohemian Rhapsody (1992), bo to wszak przebój ponadczasowy.

• Składanka jest subiektywna, podstemplowana moim gustem i napędzana moim sentymentem. Trafiły tutaj piosenki, które lubię i które kojarzą mi się z latami dziewięćdziesiątymi najmocniej. Niby oczywista sprawa… lecz w zestawieniu nie znajdziecie m.in. Nothing Compares 2 U Sinéad O’Connor (szanuję, ale zbyt ckliwe), Ironic Alanis Morissette (nigdy mi do końca nie przypadło), Bitter Sweet Symphony The Verve (supercharakterystyczne, owszem, ale przegrało z innymi kawałkami), Freestyler Bomfunk MC’s (nie znosiłem i nie znoszę! schowajcie kosy! na szczęście to sama końcówka dekady, więc wybaczenie przyjdzie łatwo…), ani tytułowego (mowa o tytule notki) Smells Like Teen Spirit Nirvany (kiedyś uwielbiałem, potem mi się przejadło).

• Z drugiej strony wszystkie pozycje na liście (bez wyjątku) są utworami powszechnie znanymi. Nie trafiła tu zatem żadna Shawawa z albumu Hopsum-dyrdum grupy Blak Blak People tylko dlatego, że słyszałem ją często w dziewięćdziesiątym szóstym na wakacjach w Pcimiu Środkowym, i teraz wybornie mi się kojarzy.

• Zawsze myślałem, że tytułowy „teen spirit” to „gorzałka dla szczyli”, czyli jakaś odmiana taniego likieru. Tymczasem okazuje się, że Kurt Cobain śpiewał o dezodorancie dla nastolatek (serio)!

• Wahając się między utworem skoczniejszym a rzewniejszym, wybierałem skoczniejszy. Kogoś to dziwi? Przepraszam, Axl. Nie lubię deszczu w listopadzie.

• Nie ma tu w ogóle hip-hopu (nie licząc paru hip-popowych wyjątków), jako że w latach 90. go nie słuchałem.

• Zabrakło Chłopaków Z Tylnej Ulicy, ale są Pikantne Dziewczyny. Nie wpuściłem za to Britney Spears, zawsze mnie wkurzała.

• Odkryłem, że Typ niepokorny Stachursky’ego jest coverem. Pierwowzór znalazł się na plejliście.

• Metodologia przemienia się w wyliczankę ciekawostek, co znaczy, że niezwłocznie trzeba przejść do rzeczy!

Miłego słuchania. Jeżeli urodziłeś się mniej więcej w połowie lat osiemdziesiątych, na bank poniesie Cię za chwilę fala nostalgii. Jednakże ucieszę się najbardziej, jeśli mixtape przypomni Ci chociaż jeden od dawna nie słyszany szlagier.

:: YOUTUBE ::
:: SPOTIFY ::

(Na dzień dzisiejszy wersja YT jest kompletna; wersja S niestety nie, brakuje czterech polskich piosenek).

Bonusy:
25 nieśmiertelnych gwiazd jednego przeboju lat 90.
30 najwspanialszych teledysków lat 90.
Zestawienie alternatywne

Festiwal pieśni cygańskiej

ignacio_zuloaga-La_familia_del_torero_gitano.jpg

Cygańska muzyka towarzyszy nam od zawsze. Spróbujmy wybrać dziesięć najważniejszych piosenek z zaczarowanego kręgu kulturowego.

 

10

Zestawienie otwierają Władcy Narodu Cygańskiego zwani także popularnie Cygańskimi Królami. Grają w niepodrabialnym stylu rumba flamenca, który rozpozna każdy po trzech nutach. Gipsy Kings są potomkami andaluzyjskich gitanos, śpiewają po andaluzyjsku, lecz pochodzą z południowej Francji. Wielki przebój Djobi, Djoba znalazł się na ich trzeciej płycie wydanej w 1987 r.

Czytaj dalej Festiwal pieśni cygańskiej