Cmentarz w Tulcán

cmentarz_w_tulcan

Lord Thomas, który niekiedy zaszczyca Blogrysa komentarzem (poprzednim razem w imieniu Warszawy dziękował za filmik mentoringowy), dawno temu, jeszcze przed powstaniem tego blogu, załamywał browara w obliczu gospodarczej naiwności systemów RPG. Ubolewał podówczas nad koncepcją Miasta Bandytów, która w kryminalny sposób łamała kręgosłup rynkowej logice. Jeżeli wszyscy w mieście są bandytami – to z czego żyją? Co oni jedzą?!

W prawdziwym świecie miasta bandytów nie istnieją. Jednak istnieją miejscowości, w których prawie wszyscy mieszkańcy parają się aptekarstwem.

Czytaj dalej Cmentarz w Tulcán

Reklamy

Nowej notki na razie nie będzie (14)

nnnrnb

internet_explorer-old.PNGDowiedziałem się, że w starych wersjach Internet Explorera, jeszcze z końca lat dziewięćdziesiątych, przeglądarka w oryginalny sposób radziła sobie z nieznanym kodowaniem znaków. Jeżeli informacja o stronie kodowej nie była umieszczona w nagłówku witryny, IE przeprowadzał statystyczną analizę częstotliwości występowania liter w tekście. Język był rozpoznawany na podstawie powstałego histogramu. Oczywiście, przeglądarka myliła się za każdym razem, gdy słów było za mało, albo gdy by©y ekstraordynaryjne.

Mawiają, że bitcoin to pieniądz przyszłości. Ba, mawiają też, że blockchain, czyli rozproszona baza danych, na której oparte jest działanie bitcoina, posłuży w przyszłości także do innych celów: do prowadzenia ksiąg wieczystych, do podpisywania umów, do rejestrowania aut, do głosowania.

Wypadałoby zgrabnie przetłumaczyć blockchain na polski. Wyszło mi coś takiego:

blockchain = blokołańcuch = klocołańcuch = klocuch

Kto zrozumiał, ten zrozumiał.

Czytaj dalej Nowej notki na razie nie będzie (14)

La velocidad – Niebezpieczna prędkość

Ecuador_ingapirca_inca_ruins.jpgStojąc w korkach w zasmogowanym Quito wymyśliłem dwie gry drogowe; dwa motopasjanse do układania w głowie podczas mozolnego przedzierania się przez zatłoczoną stolicę Ekwadoru.

Pierwszy z nich nazwałem pico y placa od przepisów narzucających ograniczenia na ruch uliczny. Samochodom, których numer rejestracyjny kończy się na 1 lub 2, nie wolno jeździć po mieście w godzinach szczytu w poniedziałki. Cyfry 3 i 4 obowiązuje zakaz we wtorki, i tak dalej, aż do 9 i 0 w piątki. Sankcje za nieprzestrzeganie zasad są surowe. Jeżeli policja przyłapie nas na ich łamaniu, otrzymamy dwustudolarowy mandat, a niepokorne auto zostanie na dwie doby skonfiskowane. Za recydywę zaś powędrujemy na kilka dni do paki i przy odrobinie szczęścia Edward Miszczak przeprowadzi z nami wywiad.

Ale to w końcu Ameryka Łacińska. Nieutemperowani Latynosi nie zawsze przestrzegają wprowadzonych dla dobra społeczeństwa i powietrza reguł. Czasem przecież trzeba przedostać się z punktu A do punktu B, właśnie w godzinach szczytu, właśnie w „zły” dzień, właśnie samochodem. Gra w pico y plakę polega więc na tym, że w porze porannej lub popołudniowej obserwujemy uważnie samochody i przyznajemy sobie punkt za każdą wypatrzoną niedozwoloną rejestrację. A jeżeli sami również poruszamy się nielegalnie – punkty naliczane są podwójnie.

Czytaj dalej La velocidad – Niebezpieczna prędkość

Propozycja Garriotta

garriott.jpg

Nie wszyscy ojcowie przemysłu komputerowego byli nerdami. Niektórzy z nich posiadali charyzmę wymaksowaną do tego stopnia, że zakrzywiali rzeczywistość społeczną wokół siebie. Umieli zjednywać dowolnych ludzi do swych projektów i celów. Kanonicznym przykładem takiej postaci był dyrektor pięćdziesięciolecia Steve Jobs, ale zaliczyć do ich grona należy także mniej znanego Richarda Garriotta, twórcę legendarnej serii cRPG Ultima i notabene syna astronauty.

Sądząc po zainteresowaniach, młodego Garriotta należałoby określić mianem ewidentnego nerda. Interesował się komputerami, naukami ścisłymi, Tolkienem i grami fabularnymi spod znaku Dungeons & Dragons, w które grał z zapałem jako nastolatek pod koniec lat siedemdziesiątych. Pod względem umiejętności społecznych Richard typowym nerdem na pewno jednak nie był. Organizowane przezeń erpegowe spotkania cieszyły się taką popularnością, że do domu Garriottów wpadały pograć nawet szkolne osiłki, których kontakt z grami fabularnymi w innych okolicznościach ograniczałby się do bicia pryszczatych erpegowców na korytarzu na dużej przerwie.

Garriott był też mistrzem negocjacji. Jeg szkoła posiadała tylko jeden komputerowy terminal, który przez większość czasu i tak stał wyłączony. Richard zaproponował dyrektorowi następujący układ: uzyska nieskrępowany dostęp do urządzenia, a w zamian na koniec każdego semestru napisze elektroniczną grę fantasy. Jeżeli będzie działała, dostanie automatycznie szóstkę z informatyki. Jeżeli nie, pałę.

Dyrektor zastanowił się i stwierdził, że to trochę niesprawiedliwe. Dla Garriotta. Dorzucił od siebie mały bonus: całe to skomplikowane programowanie w BASIC-u zostanie potraktowane na świadectwie Richarda jako zaliczenie kursu z języka obcego.

Tak właśnie zakrzywia się rzeczywistość społeczną. Chociaż w Europie numer z BASIC-iem jako francuskim pewnie by nie przeszedł.

Źródło

Miłość w czasach empanady

ekwador_jedzenie

Pora wrzucić coś na ząb.

Wspomniałem wcześniej, że Ekwador jest agronomicznym zagłębiem Ameryki Łacińskiej. Taka pozycja musi owocować bogactwem i różnorodnością ekwadorskiej kuchni, różnorodnością tym większą, że, jak już wiemy, kontynentalna część kraju składa się z trzech odmiennych krain geograficznych: Amazonki, And oraz wybrzeża Pacyfiku. Nurty gastronomiczne mieszają się bez przeszkód.

Jednak najważniejsze słowo-klucz, którym należałoby określić ekwadorskie potrawy, brzmi: odmienność. Wszyscy wiemy, jakie wrażenia smakowe wiążą się z żarciem indyjskim i włoskim. Wielu z nas ma też konkretne i zgodne z prawdą wyobrażenia dotyczące kuchni arabskiej, francuskiej, greckiej czy meksykańskiej. Ale przysmaki ekwadorskie? „Z czym to się je?”

Sprawa zasadnicza: Kuchnia ekwadorska posiada inną „bazę” niż rodzima. Za podkład smakowy zup oraz za ważny dodatek do mięs służy kilka odmian kukurydzy (łącznie z mąką kukurydzianą używaną zamiast pszennej) oraz zielone banany. Wespół przydają potrawom specyficznego, słodkawomącznego smaku. Dlatego właśnie rosół ekwadorski, choć jego zasadniczą część również stanowi najzwyczajniejsza w świecie kura, w ustach wybrzmiewa zupełnie inną nutę. Do owej inności trzeba się wpierw przyzwyczaić, ale po upływie tygodnia-dwóch zimne ognia naszego języka, jak śpiewał poeta, będą swobodnie ślizgać się po skórce pieczywa… to znaczy po miejscowych specjałach.

Czytaj dalej Miłość w czasach empanady

Dolarowy równik

quito_naglowek

Żart, którym Was zaraz uraczę, jest w gruncie rzeczy nieśmieszny i nerdowski. Nic na to nie poradzę. Przyplątał się jakoś na początku lipca i umocował na dobre w mojej głowie.

Otóż w trakcie wędrówek po Ekwadorze, wskutek czujnego obserwowania miejscowej ludności – czujnego nie jak w „bałem się, żeby mnie nie rąbneli”, ale jak w „liznąłem trochę socjologii i antropologii, więc wypadałoby zauważyć więcej niż pierwszy lepszy gringo-turysta” – otóż przyszło mi wówczas na myśl, że gdyby kolejna część Indiany Jonesa rozgrywała się w tamtym rejonie świata, winna nosić tytuł Indiana Jones i Arka Redystrybucji Podatkowej lub Indiana Jones i Ostatni Współczynnik Giniego.

Mówiłem, żart hermetyczny, nieśmieszny… ale przynajmniej kolejnej części wrażeń wywiezionych z Ekwadoru nie muszę rozpoczynać in medias res.

Czytaj dalej Dolarowy równik

Pierwsze państwo pod Słońcem

Ekwador2017-Alausi04-pociag

Dobrodziejstwa przycisku SCHEDULE wraz z nadmiarem czasu wolnego typowym dla schyłku roku szkolnego sprawiły, że latem, będąc daleko od łączy, „blogowałem” dwa-trzy razy w tygodniu. Natomiast od czasu powrotu z bardzo długich wakacji zdążyłem jedynie wrzucić nerdowską notkę o drugim sezonie starego Star Treka oraz kolejny odcinek Filmorysu.

Najwyższa pora, by spisać wspomnienia z równikowego wyjazdu. Kilka osób pytało mnie zresztą w realu i wirtualu: „Kiedy relacja z Ekwadoru na Blogrysie?”. To miłe.

Wymyśliłem, że zamiast płodzić jeden sążnisty, gęsto przetykany zdjęciami esej, przedstawię wrażenia w formie serii wpisów. Pierwsza połowa każdego będzie tekstem, połowa druga składać się będzie z fotek z opisami, w razie potrzeby dłuższymi.

Jedziemy! To znaczy, lecimy.

Czytaj dalej Pierwsze państwo pod Słońcem

Jak zacząłem kochać design

Moroccan

W marcu dzieliłem się wrażeniami z tygodniowego pobytu w Maroku. Napisałem dwie sążniste notki. Wypada wreszcie uzupełnić tamte wpisy ostatnią porcją zdjęć.

Ale skąd wziął się powyższy tytuł? Należy go rozumieć dosłownie. Otóż w Maroku, za kurzem ulic i brudem fasad, kryje się często przepiękny design. Mieszają się w nim elementy arabskie, berberskie i europejskie (francuskie). Wyprawa do Maroka pokazała mi, że jeśli chodzi o wystrój wnętrz i wykończenia mebli, Północna Europa i Europa Środkowo-Wschodnia zupełnie nie mają się (współcześnie) czym chwalić. Mówiąc dosadnie, w Polsce oraz w Norwegii żyjemy wśród funkcjonalnego paskudztwa spod znaku Ikei i meblościanki. Jak nie kicz, to szpanerstwo.

Podróże kształcą.

Czytaj dalej Jak zacząłem kochać design

Nowej notki na razie nie będzie (13)

nowej_notki_na_razie_nie_bedzie_8

1. Cezary Krysztopa, prawicowy rysownik satyryczny, wygląda jak syn Bogusława Lindy i Cezarego Pazury.

2. Znakomite motto dla wszystkich polemistów, nie tylko w erze dyskusji na buniu: „Niech twoje poglądy będą skrajne, ale starannie uzasadnione. Bądź zawsze gotów na ich zmianę, jeżeli tylko ktoś przedstawi solidne kontrargumenty.” Niestałe skrajne poglądy są bez wątpienia ciekawsze od poglądów letnich, lecz tożsamościowo niewzruszonych.

3. Niedawno kilka razy przytrafiło mi się coś takiego, że szedłem sobie chodnikiem, z naprzeciwka nadchodziła inna osoba, z oddali wydawało mi się, że jej twarz jest znajoma, ale z bliska – już taka nie była. Dziwne wrażenie. Rysy twarzy wydawały się wręcz morfować na moich oczach. Czy tak właśnie wygląda życie z prozopagnozją? Pewnie nie. Dla prozopagnostyków każda twarz wygląda tak samo.

4. „Zasadzał się on [pomysł] na tym, by obszar KL Auschwitz-Birkenau z przyległościami przekazać Niemcom na wieczność jako niepodzielne ich dziedzictwo, pomnik ich kultury, techniki, obyczaju, militarna zdobycz w skali tysiącleci.” To Marian Pilot. No ale coś za coś. Po Drugiej Wojnie Światowej należało wysiedlić wszystkich Niemców z Badenii-Wirtembergii i oddać kraj w wieczne posiadanie Żydom. Alternatywny Izrael na terenie Europy? Ciekawe, jak wskutek takiego zabiegu potoczyłaby się historia naszego kontynentu i reszty świata.

5. Muhammad Ali był największy. Umiał fruwać jak motyl, umiał żądlić jak pszczoła, ręka wroga nie trafi, jeśli oko ujrzeć nie zdoła.


6. Wyższą odmianą zwrotu akcji jest zwrot gatunku. Czytasz sobie książkę lub oglądasz film. Wydaje ci się, że rozpoznałeś już schemat gatunkowy. Wtem okazuje się, że kryminał przeistacza się w dramat (Gdzie jesteś, Amando) albo thriller w horror (Drabina Jakubowa). To najfajniejsza niespodzianka, jaką mogą zgotować nam powieściopisarze, reżyserzy i scenarzyści, choć oczywiście czytelnicy / widzowie o ograniczonych horyzontach estetyczno-intelektualnych na taki manewr zareagują z obrzydzeniem. Uwaga: zwrotu gatunku nie należy mylić z nieokreślonością gatunkową, czyli sytuacją, gdy twórcy świadomie mieszają ze sobą kilka schematów (The Host: Potwór, Atak na posterunek 13).

Duża przerwa

old_ecuador

Po sześciu latach pracy w budzie najwyższa pora wycisnąć bezwstydnie długie, nauczycielskie wakacje do ostatniej kropelki słońca. Dziś poleciałem na drugi koniec świata (z noclegiem i przesiadką w Madrycie), na którym to końcu spędzę półtora miesiąca. Odnowię zapasy energii gogicznej i najem się autentycznego ceviche.

Po krótkim wahaniu zdecydowałem, że nie wezmę ze sobą żadnego sprzętu elektronicznego. Połączę przyjemne z higienicznym, egzotyczną podróż z cyfrowym detoksem. Laptop (choć nowy i lekki), iPad (choć mały) oraz Kindle (choć wierny) zostają w domu. Smartfona nie mam, a empetrójka się nie liczy, bo nie angażuje oczu. Do plecaka spakowałem za to ledwie napoczętego moleskina oraz dwie grube książki.

Kontaktu ze mną zatem nie będzie. Ale wbrew pozorom Blogrys nie będzie milczał w czasie wakacji! Zaprogramowałem Sztuczną Inteligencją pn. „Schedule”, by pisała notki pod moją nieobecność. Będzie Wam tutaj coś wyskakiwało stosunkowo często.

Wszystkim życzę na lato wysp szczęśliwych i żegnam się dwoma rebusami.

pomarancza-obrana-240g

xf214_0706

Kto nie zrozumiał, niech pocieszy się piosenką.