Filmorys (14)

W numerze:

Miasto śmierci, czyli przeciętny thriller z Jennifer Lopez
W imieniu armii, czyli antywojenne rozczarowanie
Na Zachodzie bez zmian, czyli antywojenny klasyk
Dom, czyli dwadzieścia pierwszych lat PRL-u
Uciekinier, czyli Schwarzenegger jako zwierzyna źle wróży łowcom
Wybrzeże Moskitów, czyli Harrison Ford buduje cywilizację



Miasto śmierci
(Bordertown; 2006)

Ambitna dziennikarka Lauren Adrian (Jennifer Lopez) zostaje wysłana do meksykańskiego Ciudad Juárez położonego blisko granicy z USA. Ma napisać reportaż o licznych morderstwach, których ofiarami padają młode Meksykanki zatrudnione w tamtejszych fabrykach. Każdy widz, który obejrzał w swoim życiu więcej niż dziesięć filmów, domyśli się łatwo, że Adrian najpierw odbije się od muru milczenia, ale szybko odnajdzie też nieoczekiwanych sprzymierzeńców. W tym konkretnym przypadku będą nimi miejscowy reporter Diaz (Antonio Banderas), z którym bohaterka była wiele lat temu związana, i Eva, niedoszła ofiara morderców.

Pomimo ewidentnej sztampy pierwszych piętnaście minut daje nadzieję na przyzwoity film. Miasto śmierci oparto bowiem na wstrząsających faktach, a reżyser Gregory Nava całkiem sprawnie operuje kamerą i kolorystyką kadru. Niestety, jego dzieło szybko zapada się w przeciętność, choć da się je bezboleśnie obejrzeć do końca. Jeżeli jednak przyjmiemy prawdopodobną tezę, że celem Miasta śmierci było odważne naświetlenie ciemnej strony umowy handlowej NAFTA i jej konsekwencji dla ubogich krajów (tak jak o rok wcześniejszy Wierny ogrodnik wziął pod lupę biznes farmaceutyczny), to pozostaje stwierdzić, że film poniósł klęskę na całej linii.

Ciekawostka: Sądziłem, że w głównej roli obsadzono Jennifer Lopez przede wszystkim po to, by kreowana przez nią postać posługiwała się płynnie zarówno angielskim jak i hiszpańskim. Jednak Adrien z hiszpańskim nie radzi sobie za dobrze. Czyżby Lopez też nie?


*****
W imieniu armii
(The Messenger; 2009)

Wypalony weteran wojny w Iraku (Ben Foster) po powrocie do kraju dostaje przydział do armijnej Służby Powiadamiania o Zgonach (Casualty Notification). Jak nazwa jednostki wskazuje, praca polega na oficjalnym odwiedzaniu rodzin dopiero co poległych żołnierzy i ustnym informowaniu bliskich o nieszczęściu. Największa siła W imieniu armii tkwi właśnie w całkiem licznych i znakomicie nakręconych scenach, w których Will i cyniczny kapitan Stone (Woody Harrelson) odwiedzają rodziców i partnerów zmarłych żołnierzy donosząc im o tragediach. Szerokie spektrum paradokumentalnie ukazanych emocji — od rozpaczy, przez zrezygnowanie, aż po wściekłość — ogląda się z jakąś niezdrową fascynacją. Film przypomina nam więc w oryginalny sposób o tkwiącej w głębi każdego z nas Schadenfreude, ale tak poza tym wypada raczej kiepsko. Druga połowa robi się wprost nudna. Niedomaga fabuła, więc wątek uczucia rodzącego się pomiędzy Willem a wdową po zabitym żołnierzu nie ma się zupełnie o co zaczepić, podobnie jak nie najłatwiejsza relacja Willa i Stone'a. Owszem, W imieniu armii wygrało parę berlińskich nagród w 2009, ale chyba tylko dlatego, że stara się uchodzić za manifest antywojenny.


*****
Na Zachodzie bez zmian
(All Quiet on the Western Front; 1979)

Tymczasem manifestem antywojennym z prawdziwego zdarzenia jest Na Zachodzie bez zmian. Mowa oczywiście o ponadczasowej i przygnębiającej powieści Ericha Marii Remarque'a z 1929 r., która doczekała się dwóch ekranizacji. Tej wcześniejszej, z 1930 r., nie miałem okazji obejrzeć. Ta o prawie pół wieku późniejsza jest podobno zdecydowanie słabsza, ale i tak ogląda się ją nader dobrze.

Krótka ściąga dla osób mających literackie zaległości z klasyki: Bohaterem NZBZ jest Paul Baumer, maturzysta o artystycznej duszy, który wraz z wieloma kolegami z klasy wstępuje na ochotnika do niemieckiej armii podczas Pierwszej Wojny Światowej. Baumer i pozostali zostali skutecznie zindoktrynowani przez łysego nauczyciela (Donald Pleasance), ale nie ulega zarazem wątpliwości, że ich prowojenne nastawienie stanowi po prostu odbicie ogólnonarodowego marzenia o germańskiej supremacji. Pierwsze brutalne zderzenie z wojskową rzeczywistością następuje w obozie szkoleniowym, gdzie chłopcy trafiają do oddziału sadystycznego kaprala Himmelstossa (Ian Holm). Wielogodzinne czołganie się w błocie "na niby" to jednak małe bawarskie piwo w porównaniu z koszmarem prawdziwej wojny okopowej, która niedługo potem staje się udziałem młodych Niemców. W przetrwaniu pomaga poczciwość i serdeczność weterana Kaczyńskiego (sic!) (Ernest Borgnine) opiekującego się na froncie niedoświadczonymi żołnierzami.

Film dobry i ważny, choć nie wybitny. Zachęca jednak do ponownego — tudzież pierwszego — przeczytania pierwowzoru.


*****
Dom (12 pierwszych odcinków)
(1980-1987)

Domem jest Polska, która po ponad pięciu latach faszystowskiej okupacji musi dostosować się do komunistycznej rzeczywistości. Domem jest Warszawa, z mozołem odbudowywana przez dziesięć pierwszych lat PRL-u. Domem jest kamienica przy ul. Złotej 25, w której splatają się powojenne losy ludzi pochodzących z różnych środowisk. Na Złotą 25 los ciska także Andrzeja Talara, ambitnego chłopaka ze wsi, który niesłusznie posądzony o dezercję musi uciekać przed plutonem egzekucyjnym.

Na początku poprzedniej dekady Dom wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Po latach doceniam zawartą w serialu inteligentną krytykę socjalizmu, ale bogatszy o filmowe doświadczenia dostrzegam również parę wad. Środkowe odcinki wloką się za sprawą irytującego romansu Andrzeja i Basi — irytującego, bo Basia przez długi czas kaprysi, a Andrzej cały czas jest ciapowaty. Na szczęście zaraz potem sytuacja matrymonialna gwałtownie się zmienia, a warstwa rodzinno-uczuciowa nabiera wreszcie rumieńców. Po drugie, ogólnie rzecz biorąc fabuła nie jest aż tak emocjonująca, jak mi się wydawało. Interesująco wypada tu porównanie z innym słynnym polskim serialem, Polskimi drogami. Tam większość odcinków wciągała na całego, ale za to dwa ostatnie epizody rozczarowywały bardzo niezgrabnym domknięciem poszczególnych wątków. Natommiast w Domu dostajemy znakomity, łapiący za serce epilog, który w pełni rekompensuje wcześniejsze braki w intrygach. W finałowym odcinku Andrzej ze swomi dylematami usuwa się całkowicie w cień, a pierwsze skrzypce grają wreszcie pozostali lokatorzy — a wraz z nimi tytułowy Dom.

Krótkie wyjaśnienie, dlaczego mowa o "dwunastu pierwszych odcinkach": Otóż trzon serialu powstał w latach 1980-1987, natomiast pod koniec następnego dziesięciolecia nakręcono trzynaście następnych epizodów. Tych nie widziałem, lecz skądinąd wiem, że są zdecydowanie słabsze. Jednak ich największym grzechem jest psucie pierwotnego zamysłu scenarzystów, bowiem dwunasty odcinek skończył się w sposób wykluczający kontynuację. Przepustką do dalszych epizodów stała się później dokręcona na siłę scena. Jeżeli więc będziecie oglądali kiedyś nową wersję dwunastego odcinka, pamiętajcie, że tak naprawdę kończy się on w momencie wzruszającego zbliżenia na twarz starej Talarowej.


*****
Uciekinier
(The Running Man; 1987)

Miałem ochotę na wygrzewowy film ze Schwarzeneggerem. Pierwszy kwadrans zapowiadał co prawda chałę do kwadratu, ale potem postać Arnolda uciekła z więzienia, została ponownie złapana i trafiła wreszcie do brutalnego reality show, w którym stawką jest życie uczestników. Film nabrał wtedy wygrzewowych rumieńców, choć w gruncie rzeczy jego zasadnicza część przypomina grę komputerową i składa z kolejnych starć z groteskowymi bossami. Imię pierwszego z nich — Sub-Zero — przypomniało mi zresztą, że obejrzałem przecież pierwszą połowę Uciekiniera blisko dwadzieścia lat temu na Polonii 1 i byłem strasznie podjarany, ponieważ wydawało mi się, iż film nawiązuje do Mortal Kombat. Nie rozumiałem tylko, dlaczego przeciwnik Schwarzeneggera nie jest ninją w niebieskiej masce, lecz grubym Japończykiem udającym hokeistę…

Tymczasem w rzeczywistości film nakręcono w oparciu o wczesną powieść Stephena Kinga (w której żaden Sub-Zero skądinąd nie występował). Wielka szkoda, że nie zdecydowano się na wierniejszą ekranizację. Pierwowzór był bowiem inteligentną i ponurą dystopią, która kończyła się spektakularnym, samobójczym rozbiciem samolotu o wieżowiec złowrogiej telewizyjnej korporacji. Można więc powiedzieć, że Uciekinier-film zaprzepaścił szansę na drugą młodość po 11 września.


*****
Wybrzeże Moskitów
(The Mosquito Coast; 1986)

O najambitniejszym filmie Harrisona Forda słyszałem wiele razy, ale dopiero niedawno udało mi się go obejrzeć. Po seansie stanąłem przed (nienowym) dylematem: jak ocenić film, który trochę przynudza na płaszczyźnie fabularnej, ale za to stymuluje intelektualnie? Reżyser Peter Weir przenosząc na ekran powieść Paula Therouxa odgrzewa niby schemat tworzenia utopii zamieniającej się z czasem w piekło, ale ponieważ w fabułę wpleciono postać ekscentrycznego i apodyktycznego ojca-wynalazcy oraz konflikt między wiarą w technologię a religią, całość da się odczytywać na różne sposoby. Zachęca do tego świetny epilog z zapadającymi w pamięci ostatnimi słowami syna-narratora.

Ciekawostka: Na planie Wybrzeża Moskitów spotkali się stary i młody Indiana Jones. Przedwcześnie zmarły River Phoenix, grający tutaj starszego syna, dwa lata później w retrospekcji otwierającej Ostatnią krucjatę wcielił się na chwilę w młodego Henry'ego.


*****

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Filmorys (14)

  1. Maciek writes: Uciekinier jest dziwny. Zmarnował niewiarygodny potencjał, to widać ot tak – bez czytania pierwowzoru. Chyba jedną jedyną sceną akcji w tym filmie jest sekwencja: kontrola na lotnisku i próba ucieczki, bieg Arnolda S. Te sceny mają pewien niepokój (pomimo groteskowości torsu pana Arnolda) i bardzo dobrą dynamikę. Początek filmu jest w miarę, a dalej to (dla mnie) coooraz gorzej. Momentami beznadzieja. Postaci w grze (np. Sub-Zero) miały być chyba odnośnikami do komiksów, popkultury i próbą wizjonerską (media, ulice), futurystyczną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s